Był samotny, tak samotny, jak może być samotny stary, niepotrzebny i nie pamiętany przez nikogo człowiek.
Codziennie chodził deptakiem nad morze, siedział nieruchomo na kamieniu, wpatrując się w wieczny taniec fal, grę rozbłysków słońca na wodzie i słuchając plusku fal.
Zdejmował starą czapkę i wystawiał na świeżą bryzę pokrytą siatką zmarszczek, zmęczoną czasem twarzą.
***
Nie był stary ale samotność stała się jego sposobem na życie. Jeszcze niedawno młody, wesoły szczeniak, który zaznał ludzkiej opieki i miłości, teraz, gdy dorósł stał się niepotrzebny. Pewnego dnia właściciele zdali sobie sprawę, że pies jest zwykłym kundlem, wywieźli go daleko poza miasto i wyrzucili z samochodu gdzieś na autostradzie.
Przez jakiś czas próbował jeszcze wrócić do ludzi, podbiegał do nich, łasił się ale szorstkie okrzyki i kopnięcia szybko zniechęciły go do zaprzyjaźnienia się z tymi dziwnymi stworzeniami, którym wydaje się, że są panami świata. Pies stracił wiarę w człowieka i przestał podchodzić do ludzi. Nie znalazł przyjaciół także wśród innych psów, był samotnikiem, więc żył sam, zawsze czujny, zawsze w napięciu.
***
Starzec patrzył na grę wody i zanurzał się we wspomnieniach. Tutaj, nad morzem, nie czuł się przytłoczony przeszłością. W domu wszystko krzyczało o przeszłości: zdjęcia, rzeczy, wszelkie drobiazgi…
Skądś przyszedł chudy, na wpół łysy pies. Nieśmiało zbliżał się do starca. Mężczyzna wyciągnął kanapkę, którą przyniósł z domu i podzielił się jedzeniem ze swoim nowym towarzyszem.
Pies podszedł do tego starca, bo widać było, że życie go nie rozpieszczało. Ich spotkania nad morzem stały się rytuałem. Mężczyzna nigdy nic nie mówił a pies cenił sobie tą cichą i spokojną osobę. Oboje potrzebowali swojego towarzystwa i uwagi. Starzec przychodził, siadał zawsze na tym samym kamieniu, wyciągał kanapkę. I tak siedzieli we dwoje, patrzyli na wodę i czuli się dobrze, bo nie byli już sami.
Pewnego dnia starzec przemówił. Pies uważnie go słuchał, przechylając głowę na bok, poruszając uszami a czasem biorąc głęboki oddech. Starzec opowiadał psu o tym, jak wyglądało jego życie, jak szczęśliwy był z żoną i jak wspaniali byli jego synowie bliźniacy.
– Widzisz, kolego, skakałem z radości jak chłopiec: urodziło się dwóch synów naraz! Chłopaki dorastali tak zdrowo. Nazywaliśmy ich Migami. Wiesz dlaczego? Michał i Grzegorz. Byli zwinni, radośni i szybcy. Jak Migi. Co o tym myślisz?
Zostali pilotami! Obaj. Tak…A potem…potem tak się złożyło, że jeden z braci – Michał, zabrał do domu drugiego brata — Grześka.
Wiózł go w ciężkiej metalowej trumnie. Ładunek 200. Powiedział mi wtedy:
– Po co ta trumna? W płonącym samolocie nic nie zostało… To pudło jest… puste w środku…jedynie garść popiołów…
Moja żona po pogrzebie bardzo się zmieniła, zaczęła chorować i poprosiła Michała aby wrócił do domu. On jednak był uparty. Postanowił pomścić brata, został na drugą turę.
Pomścić… dostaliśmy drugą trumnę… Żona nie wytrzymała wszystkich nieszczęść. Zmarła tydzień po pogrzebie Michała. Zostałem sam. Ani wnuków, ani krewnych…Nie mam nawet psa.
Starzec zamilkł, zamknął oczy i pogrążył się w myślach. Potem powiedział psu:
– Wybacz, że cię tu zanudzam. Umiesz słuchać. Jesteś dobrym psem. Inteligentnym.
Pies lekko machnął ogonem i westchnął, spuszczając głowę, jakby chciał powiedzieć, że jego życie też nie było słodkie. Ten starzec ujął go jakąś emanującą z niego niepewnością i samotnością. Pies rozumiał, że stary człowiek też nie jest szczęśliwy na tym świecie, także jest samotny, tak jak on.
Starzec wstał ciężko z kamienia i poszedł do domu. Nigdy nie żegnał się z psem, wiedział, że jutro zobaczy go ponownie na starym miejscu i ta myśl rozgrzewała mu duszę.
Dwie samotności rozeszły się nad brzegiem morza aby później spotkać się na chwilę i ponownie skrzyżować swoje samotne orbity. Jak długo to mogło trwać?
Kto wie…
Pewnego dnia stary człowiek nie przyszedł. Nie przyszedł drugiego i trzeciego dnia. Pies siedział przy jego kamieniu i był smutny. Pewnie myślał, że ten człowiek też go oszukał, porzucił…Kto potrzebuje bezdomnego, nierasowego psa?
Do psa podszedł młody człowiek i zawołał:
– Piesku! Chodź ze mną, chodź! Twój znajomy chce cię zobaczyć.
Pies patrzył na mężczyznę z nieufnością ale ten wyjął z torby czapkę starca i dał mu ją powąchać. Pies wdychał znajomy zapach, wstał i podszedł po czapkę, którą mężczyzna trzymał w dłoni, od czasu do czasu pozwalając psu ją powąchać. W końcu pies za nim poszedł. Poszli w stronę domu, przed którym na ławeczce siedział starzec. Na kolanach trzymał ogromną, pyszną kanapkę z kiełbasą.
Starzec wyciągnął rękę do psa i wykrzyknął radośnie:
– Cześć, kolego. Jestem chory, skręciłem nogę. Nie mogę daleko chodzić. Poprosiłem sąsiada, żeby cię znalazł i przyprowadził. Zamieszkasz ze mną?
Pies machał ogonem i sapał z radości z długo oczekiwanego spotkania z ukochaną osobą. Zapomniał nawet o upragnionej kanapce, tak bardzo cieszył się z widoku starca.
Minął miesiąc.
Nad brzegiem morza ten sam starzec w czapce siedział na swoim ulubionym kamyku a obok niego kudłaty pies, który zmienił się w ciągu miesiąca w bardzo ładnego psa.
– Idziemy do domu? Musimy wyrzucić stare rzeczy, nakarmić cię i umyć okna. Nic nie robiłem w mieszkaniu od czasu pogrzebu mojej żony. Musimy wszystko uporządkować! Pies nie może mieszkać w zaniedbanym mieszkaniu! A my jeszcze będziemy żyć, prawda?
Oczy starca błysnęły bystro, uśmiechnął się i lekko wstając z kamyka potarł radośnie uśmiechniętego psa po kudłatym grzbiecie.
Tak kończy się samotność…
