Krzysiek jak co dzień zbierał się do pracy, a ja szykowałam dzieciaki do szkoły. Złapał kurtkę z wieszaka, pomachał nam ręką. I zniknął. I to dosłownie zniknął, bo nigdy już w naszym domu się nie pojawił.
Wyszłam za mąż bardzo młodo, choć moi rodzice byli temu przeciwni. Twierdzili, że mamy jeszcze czas. Mówili, żeby najpierw skończyć studia, dorobić się czegoś. Że jesteśmy zbyt młodzi, by podejmować decyzje na całe życie. Ale niewiele wskórali. Byłam młoda, zakochana i … w ciąży.
Wzięliśmy ślub, rodzice urządzili skromne przyjęcie weselne. Czułam się taka dorosła, choć miałam niespełna dziewiętnaście lat.
Kilka miesięcy po ślubie urodził się nasz syn Leoś, a trzy lata później córka Laura.
Nasza sielanka trwała dziesięć lat.
A potem przyszedł ten dzień, gdy wyszedł i postanowił nigdy już do nas nie wrócić.
Wciąż mam pamięci jego uśmiech i rękę podniesioną w geście pożegnania. Myślałam, że tylko do wieczora. Jednak okazało się być pożegnaniem na zawsze.
Nie. Nie zginął w wypadku ani nie przydarzyło mu się nic złego.
Po prostu zapragnął czegoś innego od życia i odszedł do innej. Spełnił się scenariusz mojego ojca, który przewidział, że coś takiego może się zdarzyć. I zdarzyło się, dzień przed rocznicą naszego ślubu.
Kilka dni później przysłał mi wiadomość:
” Wybacz. Nie planowałem tego. Ale się zakochałem. I czuję, że to jest prawdziwe, prawdziwsze od tego, co było między nami.”
Nie muszę chyba pisać, że załamałam się kompletnie. Jak miałam wytłumaczyć to dzieciom. Przepłakałam całą noc. Rano powiedziałam dzieciom, że tata do nas nie wróci. Nie mogły tego zrozumieć. Ja też nie mogłam pojąć, jak można tak z dnia na dzień przekreślić wszystko, co było i rozpocząć nowe życie.
Ja też musiałam zacząć nowe życie. Nie powiem, że było łatwo, bo nie było, ale dołożyłam wszelkich starań, aby dzieci miały wszystko i były szczęśliwe.
Tak mijały kolejne lata. Docierały do mnie jakieś wiadomości o moim byłym mężu. Był w kilku związkach. Z jednego miał nawet syna. Gdy robiło się poważne, robił to co mu wychodziło najlepiej. Uciekał.
Pewnego dnia spojrzałam w lusterko i zobaczyłam zadbaną, ładną, dość młodą kobietę. Pomyślałam, że może nie jest za późno, by poznać kogoś. Kogoś kto weźmie za rękę, przytuli. Znów poczułam chęć bycia kochaną. Ale nie zamierzałam szukać miłości na siłę.
Pomyślałam dość tego! Dość tej żałoby po człowieku, który nie był wart mojej miłości. Muszę ruszyć z miejsca, otworzyć się na nowe i znowu zacząć żyć. W mojej głowie zrodził się plan. Postanowiłam, że wyjadę z dziećmi na kilka dni w góry.
Jak postanowiłam, tak zrobiłam. I już trzy dni później byliśmy w drodze. Podróż minęła nam dość szybko. Dosłownie chwila już byliśmy w górach. Lato, piękna pogoda i majestatyczne szczyty gór.
Codziennie chodziliśmy na wycieczki. Było tak miło i przyjemnie.
Czwartego dnia wieczorem, zaczęło się zbierać na burzę. Było bardzo gorąco. Dzieciaki zeszły na dół pograć w bilarda z nowopoznanymi znajomymi, a ja postanowiłam wyjść na dwór. Przed pasjonatem stały ustawione leżaki. Przysiadłam na jednym. W oddali niebo przecinały zygzaki błyskawic.
Zamyśliłam się na chwile. Moje dzieci przestały już być dziećmi. Stały się mądrymi, młodymi ludźmi. Mają swoich znajomych i swoje zainteresowania. Tylko dotknąć a dorosną i opuszczą dom.
Nagle z zamyślenia wyrwał mnie męski głos.
” Zaklinasz burzę czy po prostu lubisz moknąć w deszczu?”
Nawet nie zauważyłam, że zaczęło padać.
Nieznajomy pomógł mi wstać z leżaka i zarzucił swoją marynarkę na ramiona. Padało coraz bardziej więc pobiegliśmy do pensjonatu. Przy wejściu zaproponowała mi lampkę wina na rozgrzanie. Zgodziłam się. Okazało się, że ma na imię Igor i mieszka w Krakowie. Dobrze nam się rozmawiało. Mieliśmy tyle wspólnych zainteresowań. Umówiliśmy się, że następny dzień spędzimy razem. Pozna moje dzieci i zrobimy sobie wspólny wypad na słowacką stronę Tatr. Igor od razu złapał dobry kontakt z moimi dziećmi. Cały czas się przekomarzali, a śmiechom nie było końca. Ostatnie dni pobytu spędzaliśmy razem. W końcu nadszedł dzień wyjazdu. Igor poprosił o adres i obiecał, że do nas przyjedzie. Podałam mu adres, ale nie bardzo wierzyłam w to, że nas odwiedzi. Wiadomo, jak się kończą wakacyjne znajomości.
Minęło kilka dni.
Pewnego popołudnia zadzwonił dzwonek do drzwi. Otworzyłam, a w drzwiach stał Igor z ogromnym bukietem róż. Jego odwiedziny stawały się coraz częstsze. Podczas którejś został już na zawsze. Tak naprawdę nigdy nie wiesz co ci los szykuje.
Wciąż mam w pamięci tamten dzień…
