Niepilnowane dziecko biegało, wspinało się wszędzie, brało cudze rzeczy i ściągało jedzenie ze stolików. Nawet nie chciał ubrać butów mimo usilnych i wielokrotnych prób rodziców, które wcześniej sobie zdjął.
Kiedy ktoś próbował go jakoś uspokoić, zaczynał krzyczeć na cały pociąg. Od czasu do czasu jemu ojcu już całkowicie puszczały nerwy i dawał synowi klapsa, ale wtedy dzieciak krzyczał jeszcze bardziej.
Pasażerowie podjęli próbę poproszenia matki o doprowadzenie dziecka do porządku, ale wtedy odpowiadała: “To wolicie, żeby krzyczał i płakał?”. Oznacza to, że wszyscy mieliśmy tylko taki “wybór”: albo dziecko robi wszystko, co mu się podoba albo krzyczy. No tak, bo opcji, że matka dziecka odpowiednio się nim zajmie jak widać nie była już w ogóle brana pod uwagę.
Była to kuszetka, ponieważ jechałam z Przemyśla nad morzem więc wiedziałam, że to jedyna dobra opcja podróży na tak długą drogę. Po tym, jak położyłam się na swoim miejscu żeby iść spać, ten dzieciak z brudnymi stopami postanowił wpakować się do mojego łóżka. Wtedy moja cierpliwość się skończyła.
Złapałam chłopca i przeniosłam go na jego miejsce mówiąc surowo i nieprzyjemnie, że jak jeszcze raz spróbuje wejść do mojego łóżka, to wyląduje na korytarzu. Dzieciak był tak przestraszony, że zapomniał nawet krzyczeć, a jego matka powiedziała do niego “nie będziesz już tam chodził, to jakaś zła Pani”. Dziecko nie krzyczało, ale wszystko doskonale rozumiało.
Pozostali pasażerowie nadal tolerowali wybryki chłopca i otrzymali w związku z tym pełny program jego możliwości. Lepiej być chyba postrzeganą jako “zła Pani”, ale za to móc podróżować w spokoju.






