Zastąpił nam syna, którego straciliśmy przy porodzie

Ta historia mogła na zawsze pozostać tajemnicą albo jednym z tych żartów, który opowiadają rodzice lub rodzeństwo, gdy mówią, że ktoś został podrzucony lub podmieniony na oddziale położniczym.

Zaczynając od początku, byliśmy z żoną małżeństwem przez ponad pięć lat, zanim zdecydowaliśmy się pomyśleć o dziecku. Na początku była to całkowicie spontaniczna decyzja i pragnienie. Zaczęliśmy fantazjować o tym, jak wspaniale byłoby wychować piękną dziewczynkę lub chłopca, na jakie zajęcia moglibyśmy posłać dziecko, jak pomoglibyśmy mu w odrabianiu lekcji w szkole, ile radości przyniosłaby nam opieka nad małym członkiem rodziny. To by nas jeszcze bardziej zbliżyło do siebie i sprawiło, że bylibyśmy spełnieni.

Najpierw poszliśmy do lekarza na konsultację, aby zaplanować ciążę, chcieliśmy się przebadać i dowiedzieć wszystkiego o ewentualnym ryzyku. Wszystko było w porządku, ale się nie udało. Moja żona ma skłonność do dramatyzowania i już po pierwszym niepowodzeniu martwiła się, że coś jest z nami nie tak. Lekarz przekonał ją, że nie należy panikować i wszystkiego analizować, tylko zrelaksować się i płynąć z prądem. Tak właśnie zrobiliśmy i w ten sposób osiągnęliśmy to, czego oczekiwaliśmy.

Ciąża przebiegała prawidłowo do dziewiątego miesiąca. Kiedy poród się opóźniał, lekarz postanowił wywołać go sztucznie. Byłem obecny w szpitalu przez cały czas, a także przy porodzie i wiedziałem, że coś poszło nie tak. Zostałem wyproszony z sali porodowej, zanim dziecko się urodziło. Nawet teraz pamiętam, że trzęsły mi się ręce, cały trząsłem się tak, jakbym miał dreszcze. Nie mogę sobie nawet wyobrazić, jak trudne i przerażające było to dla mojej żony.

Lekarz podszedł do mnie, a ja widziałem na jego twarzy, że zaraz usłyszę niezbyt radosną wiadomość, ale takiej, którą usłyszałem zupełnie się nie spodziewałem – straciliśmy dziecko. Uświadomienie sobie tego było o tyle okrutne, że czułem, jak porusza się w brzuchu, wspólnie z żoną wybraliśmy już dla niego imię, przez ostatnie miesiące żyliśmy w oczekiwaniu na powiększenie rodziny. Czułem, że nasze marzenia zostały zmiażdżone i zdeptane.

Byłem wtedy w lekkim szoku, nie od razu dotarły do mnie dalsze słowa lekarza, a on mówił, że prowadzi inną ciężarną kobietę, która tego ranka urodziła chłopca. Niemal od początku ciąży mówiła, że nie chce tego dziecka i że prawdopodobnie będzie musiała oddać je do domu dziecka. Lekarz zapytał mnie więc, czy nie chcielibyśmy teraz wziąć tego dziecka pod swoją opiekę, łamiąc tym samym wszelkie zasady. Chciał, żebym nie mówił żonie, ale nie mogłem jej tego zrobić. Byliśmy przyzwyczajeni do dyskutowania i wspólnego podejmowania decyzji.

Przyznam szczerze, że obawiałem się jej odmowy po stracie własnego dziecka. Tak się nie stało. W tym małym chłopcu znaleźliśmy ukojenie i od pierwszego spotkania pokochaliśmy go jak własnego. Kiedy wyszliśmy ze szpitala, obiecaliśmy sobie z żoną, że będziemy tworzyć rodzinę, a wszystkie złe rzeczy, które się nam i jemu przytrafiły, zostaną za nami i nigdy do tego nie wrócimy.

Nasz Damian nic nie wie i raczej się nigdy nie dowie. Od dwunastu lat udaje nam się nie wspominać tego, co wydarzyło się w dniu jego narodzin. Mimo że nadal jest mi trochę smutno i czuję ból na myśl o stracie mojego dziecka, to gdy patrzę na Damiana, przepełnia mnie radość i nadzieja. My pomogliśmy jemu, a on pomógł nam.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziewiętnaście − 15 =

Zastąpił nam syna, którego straciliśmy przy porodzie