Kiedy poznałem moją żonę, nie przypuszczałem, że będzie z nią taki problem… Jesteśmy małżeństwem dopiero 4 lata, a ja mam już dość. Ustalaliśmy, że będziemy oboje pracować, żeby szybciej spłacić kredyt na mieszkanie i móc przy tym żyć, jak zwyczajni ludzie – nie jeść byle czego i czasem pojechać na wakacje. Jednak okazuje się, że tylko ja mam stałe dochody, a Anka traktuje mnie jak dojną krowę. Zaraz po ślubie zwolniła się z pracy i zaczęła wymyślać jakieś swoje biznesy, nie mając do tego żadnego przygotowania. W pewnym momencie się poddała i co jakiś czas podejmuje prace dorywcze, w których nie jest w stanie się utrzymać, a wszystko co zarobi, wydaje na paznokcie i torebki. Oczywiście wydaje również pieniądze z naszego konta, które usilnie staram się zaoszczędzić, by nadpłacić kredyt.
Zawsze miała we mnie wsparcie, dopingowałem ją w szukaniu pracy, nie skąpiłem pieniędzy, gdy ich potrzebowała, ale ile można tak żyć? Żeby było nas stać na wakacje, muszę brać nadgodziny w pracy, a to odbija się na moim zdrowiu. Od dwóch lat nie jestem w stanie wypocząć, cały ciężar utrzymania mieszkania i zapewnienia choć niewielkiej poduszki finansowej, spadł na mnie. Od początku roku firma, w której jestem zatrudniony przeżywała kryzys, chodzą plotki o zwolnieniach, a ja miesiąc wcześniej zawaliłem jedną sprawę z powodu przemęczenia i boję się, że będę pierwszy do odstrzału.
Jakieś dwa tygodnie temu żona zauważyła moją zmianę nastroju i zapytała co się dzieje, więc szczerze powiedziałem jej o moich obawach. Nie podziewałem się, że tak zareaguje – zdenerwowała się, wręcz wpadła w szał i zaczęła na mnie krzyczeć, że muszę sobie poszukać nowej pracy, bo ona nie ma zamiaru spłacać moich długów. Wypomniała mi, że to ja nalegałem na zakup mieszkania na kredyt i nie chciałem mieszkać z teściami. Później wyliczała jakie koszty musimy przeze mnie ponosić, a ja stałem z otwartymi ustami i zastanawiałem się co zrobiła z kobietą, którą poślubiłem 4 lata wcześniej.
Miałem serdecznie dosyć słuchania tych wszystkich pretensji i poszedłem spać. Obudziłem się sam w łóżku, a w kuchni na stole leżała kartka, w której Anka napisała, że wyniosła się do rodziców. Cały czas mam nadzieję, że mnie przeprosi i wróci, ale minął drugi tydzień, a ona nawet nie odbiera moich telefonów… Najlepsze jest to, że jako jeden z niewielu w moim dziale nie zostałem zwolniony, podsumowali nasze wyniki i okazało się, że jestem jednym z lepszych pracowników, za co mnie nagrodzili podwyżką. Nie muszę już robić dodatkowych godzin, by było mnie stać na godne życie. W kilku ostatnich dni uświadomiłem sobie, że życie bez Anki jest znacznie prostsze, jestem w stanie więcej zaoszczędzić i jestem bardziej wypoczęty. Jeśli do mnie wróci, będziemy musieli przeprowadzić poważną rozmowę o przyszłości.

