Mój syn, jeszcze za czasów kawalerskich dostał ode mnie i od męża mieszkanie – niewielką kawalerkę znajdującą się w bloku niedaleko naszego. We własnym zakresie ją wyremontował, więc nie mogę powiedzieć, że nie dołożył się do mieszkania. Nie jesteśmy bogaci, ale Mirek jest naszym jedynym dzieckiem i od lat oszczędzaliśmy pieniądze, by móc sprawić mu taki prezent, gdy dorośnie. Parę lat później poznał Kingę, wydawała się całkiem w porządku i nigdy nie mieliśmy z nią żadnych nieporozumień. Po ślubie zamieszkali w kawalerce syna i jakoś sobie radzili. Oboje pracowali, potem Kinia zaszła w ciążę, po roku w kolejną, a kiedy chciała wrócić do pracy, okazało się, że jej etat został zredukowany. Mirek nie zarabia źle, do tego mają 500 plus na dzieci, więc moja synowa postanowiła jakiś czas zostać z dziećmi w domu, a powrót do pracy zszedł na dalszy plan.
Kiedy Igorek skończył rok, Kinga zaczęła narzekać na zbyt małe mieszkanie i snuła plany o czymś większym. Niestety nie mieli zbyt dużo oszczędności przy jednej wypłacie i nie było mowy nawet o wynajmie większego mieszkania, a co dopiero o zakupie. Wtedy żona mojego syna wpadła na genialny plan – wymyśliła sobie, że powinni przeprowadzić się do większego miasta, gdzie mogłaby znaleźć dobrze płatną pracę. Wyszła z propozycją sprzedaży mieszkania Mirka i rozpoczęcia nowego życia gdzieś indziej, z lepszymi perspektywami – była wręcz przekonana, że jej plan nie ma słabych punktów. Nawet znała jedną koleżankę, która po przeprowadzce do tego miasta zaczęła świetnie zarabiać.
Mój syn mocno stąpa po ziemi i odmówił tak ryzykownego planu, a wtedy Kinga postawiła mu ultimatum – albo przeprowadzka, albo rozwód i ograniczenie kontaktu z dziećmi. Nie mogłam uwierzyć, że była do tego zdolna, Mirek musiał mnie przekonywać, że nie żartuje kiedy mi o tym opowiedział. Nie wiedziałam co mam mu powiedzieć, poprosiłam, żeby nie rezygnował z pracy i zapytał o możliwość zdalnego wykonywania obowiązków przez jakiś czas, a kiedy Kinga znalazłaby zatrudnienie, mógłby poszukać czegoś dla siebie. Niestety syn nie przyjął mojej rady, stwierdził, że dzieci są dla niego ważniejsze i zaryzykuje, by nie stracić rodziny. Powiedział mi też coś, co mnie zabolało: „Mamo, zawsze robiłem to, co mi radziłaś, teraz chcę sam o sobie decydować, nie wtrącaj się”. Nie rozumiem dlaczego nie powiedział nic wcześniej, tylko nagle teraz zaczęły mu przeszkadzać moje rady.
