Marek prawie nie pamiętał swoich rodziców. Kiedy umarła jego mama był malutki. Ojciec nie chciał sam wychowywać dziecka, więc zawiózł syna na wieś, gdzie mieszkała babcia Marka. Akurat robiła coś w kurniku, więc nie widziała nadjeżdżającego samochodu, jedynie usłyszała trzaśnięcie drzwiami. Kiedy wyszła na dwór zauważyła, że przy furtce stoi mały chłopiec i kurczowo trzyma się bramy. Babcię zszokowało, że ojciec, bez żadnego słowa, podrzucił jej swoje dziecko. Zabrała wystraszone dziecko do domu. Wieczorem do domu wrócił dziadek, który cały dzień spędził na polu. Zobaczywszy chłopca zdziwiony usłyszał o sposobie dostarczenia wnuka pod ich dom. Długo w nocy rozmawiali na temat dzisiejszej młodzieży i tego, jak mają sobie teraz poradzić. Wiedzieli, że nie zostawią dziecka samego i zajmą się nim na tyle, na ile starczy im sił. Starsi ludzie wychowywali chłopca najlepiej jak potrafili.
Marek szybko dorastał i coraz więcej pomagał dziadkom. Rósł wychowywany w poczuciu szacunku do ludzi, miłości do natury i potrzebie ciężkiej pracy. Dziadkowie byli szczęśliwi widząc, na kogo wyrósł ich wnuk. Był tak podobny do ich córki, że nie mogli czasami oderwać od niego wzroku. Cieszyli się, że pamięć o ich dziecku przetrwała w tym chłopcu.
Marek niebawem miał skończyć szkołę średnią. Widzieli, że chłopak bardzo dobrze się uczy i zaczęli rozważać nad jego dalszym losem. Z jednej strony chcieli, by znalazł sobie żonę i zamieszkał z nią u nich. Wtedy nie zostaliby sami i mieli go nadal blisko siebie. Z drugiej strony wiedzieli, że w dzisiejszych czasach liczy się wykształcenie i trzeba dać Markowi szansę na inne życie. Wyciągnęli więc wszystkie zaoszczędzone na własny pogrzeb pieniądze i wysłali chłopaka na studia do miasta. Marek dostał się na studia ekonomiczne i ukończył je z dyplomem.
Wbrew ich obawom, Markowi nie spodobało się w dużym mieście. Wrócił do nich, nie zapomniał skąd pochodzi, nie porzucił tych starych ludzi, którzy stali się jego ukochanymi “rodzicami”. Młody mężczyzna postanowił ożywić małą wioskę. Wziął pożyczkę, kupił ziemię, zatrudnił ludzi. Zbudował wielką farmę i zainwestował w krowy. Wkrótce zabrakło we wsi ludzi, którzy mogliby u niego pracować, więc wystawił ogłoszenie o zatrudnieniu ludzi z zamieszkaniem. Wyremontował stary, tanio zakupiony dom, by ewentualni kandydaci do pracy mieli gdzie mieszkać. Chociaż proponował dobre wynagrodzenie, ludzie nie pchali się do pracy na wsi. Zgłosił się tylko jeden mężczyzna. Brudny, zarośnięty, w obdartych ubraniach. Było widać, że los nie obszedł się z nim łaskawie.
Mężczyzna w rozmowie z Markiem oświadczył, że jest jego ojcem. Nie prosił o wybaczenie, bo wiedział, że nie ma usprawiedliwienia dla tego, co zrobił. Nie chciał pieniędzy. Poprosił Marka jedynie o to, by pozwolił mu być blisko niego. Zaoferował pomoc we wszystkim, w czym tylko będzie w stanie pomóc. Powiedział, że jest sam, nikt go nie potrzebuje, więc może chociaż synowi się na coś przyda.
Marek nic nie odparł na te rewelacje. Patrzył na płaczącego mężczyznę stojącego przed nim i nie wiedział co ma myśleć. Wybaczył ojcu, chociaż nie od razu. Pozwolił mu zamieszkać w wyremontowanym domu i czasami prosił go o pomoc. Od tej pory ojciec mieszkał blisko swojego dziecka i starał się, jak mógł, by naprawić swój błąd z młodości. Bał się samotności i tego, że nie będzie nikomu potrzebny. Czy Waszym zdaniem Marek powinien wybaczyć ojcu?
