Tak się złożyło, że z powodu kłopotów związanych z przeprowadzką, nie było czasu dla psa. Miałam wiele spraw do załatwienia, pracę do wykonania i inne zmartwienia. Dużo wysiłku i czasu kosztowało mnie uporządkowanie mieszkania, doprowadzenie go do porządku, wyremontowanie go trochę i doprowadzenie do ładu. Z psem byłoby o wiele przyjemniej, ale ja nie potrzebowałam zabawy, tylko czystszego i lepszego mieszkania. Postanowiłam więc oddać psa do mojej starszej siostry Magdy, żeby jej dzieci mogły się bawić, wypróbować się w roli właścicieli, cieszyć się z uszkodzeń tapety i kapci porozrzucanych po całym mieszkaniu, a także wyprowadzać Simsona na poranne i wieczorne spacery.
W noc przed przeprowadzką, zostawiłam psa, żeby rano móc pojechać z rzeczami do nowego mieszkania. Dzień zapowiadał się ciekawie i owocnie. Miałam dużo na głowie, nie martwiłam się specjalnie o mojego pupila i nie dzwoniłam, bo wiedziałam, że mogę polegać na siostrze.
Około godziny piątej wieczorem, kiedy porządkowałam swoje sprawy, zadzwoniła do mnie Magda. Powiedziała smutnym i pełnym poczucia winy głosem, że pies zerwał się ze smyczy i uciekł w nieznanym kierunku, a dzieci nie zdążyły go złapać.
Cóż to za wiadomość! Najlepszy prezent na przeprowadzkę. Oczywiście zaczęły się poszukiwania. Następnego dnia, jeszcze się rozglądałam pod domem siostry, kiedy zadzwonił do mnie mój dawny sąsiad, pytając, jak to się stało, że się przeprowadziłam i zostawiłam psa. Nie mogłam uwierzyć własnym uszom, a później oczom. Simson przeszedł przez pół miasta, żeby wrócić do mojego starego domu. Najwyraźniej uznał, że nie zostawiłam go tam tymczasowo, ale na stałe i wrócił na stare śmieci.
Po tym incydencie, zabrałam Simsona do naszego, nowego mieszkania. Był moim głównym pomocnikiem przy remoncie, a czasem wychodził na spacery z dziećmi mojej siostry. Okazał się moim wiernym przyjacielem i nie poszedłby do nikogo innego, jak tylko do mnie.
