Byłam już mężatką, gdy zmarli moi rodzice. Mój brat Sebastian miał się ożenić, a spadek po rodzicach, który podzieliliśmy po równo, został częściowo przeznaczony na jego wesele.
Rodzice Marty, dali nowożeńcom własne mieszkanie, a oni sami wprowadzili się do domu, który właśnie został ukończony.
Sebastian jak pamiętam, zawsze marzył o życiu na własnym podwórku i nawet zasadził kilka drzew owocowych obok wieżowca, w którym mieszkali. Swoim marzeniem zaraził żonę i po sprzedaniu mieszkania i dołożeniu pieniędzy pozostałych ze spadku, kupili działkę ze starym, zniszczonym domem. Musieli dokonać remontu, aby mogli w nim prowadzić normalne życie, oczywiście zaciągnęli kredyt w banku.
Na działce rozpoczęto prace, doprowadzono nowe instalacje wodociągowe i kanalizacyjne. Generalny remont wymagał nowej porcji funduszy, ale firma, w której pracował mój brat, zbankrutowała, Marta miała właśnie rodzić i nadszedł moment, w którym musieli przyznać, że sami nie dadzą rady.
O schronienie zwrócili się do rodziców żony Sebastiana. Nie mogli odmówić, ale nierozsądne dzieci, musiały słuchać, co myślą o nich rodzice. Wspólne życie, nie było łatwe dla wszystkich, ponieważ teściowie musieli utrzymać dwoje dorosłych ludzi i nowonarodzoną wnuczkę.
Brat nie chciał nic słyszeć o sprzedaży ziemi, wierzył, że w końcu znajdzie dobrą posadę, a Marta zacznie pracować i skończą dom.
Podczas kolejnego spotkania z bratem, poznałam szczegóły ich życia w domu rodziców jego żony. Byli zakładnikami tej sytuacji, więc musieli robić to, co kazali im starsi ludzie. Wszystkie pieniądze młodej pary zostały przekazane rodzicom, którzy mogli z nimi postąpić, według własnego uznania. Z ojcem było łatwiej, ale matka Marty była typem kobiety, która nie potrafiła pogodzić się z żadną stratą, ani finansową, ani emocjonalną. Nie przepuściła żadnej okazji, by pouczyć córkę, że ona i jej mąż nie posłuchali jej rad i postanowili pójść własną drogą. Matka oznajmiła im, ponieważ ich utrzymywali, że potrawy, które będą gotować na co dzień, będą również dla nich, ale jakieś droższe rarytasy, nie będą dostawali, bo nie stać jej z ojcem na takie wydatki.
Zapytałam Sebastiana, jak dziadkowie traktują wnuczkę?
– Dobrze, przynajmniej dziecko otrzymuje miłość, opiekę i najlepsze pożywienie.
– Ale my? To frustrujące i upokarzające żyć w ten sposób, chodzić na wpół głodnym i ślinić się na zapachy lepszego jedzenia.
– Dlaczego nie gotujesz dla siebie?- zapytałam.
– Nie mamy takiej możliwości, trzeba mieć pieniądze w ręku, czego nam brak, więc nie możemy nic takiego kupić.
Kiedy usłyszałam tę historię, zrobiło mi się żal rodziny mojego brata i po rozmowie z mężem, zaproponowaliśmy, żeby zatrzymali się u nas, młodzi zgodzili się. Półtora miesiąca później, Sebastian znalazł dobrą pracę, zaoszczędzili trochę pieniędzy, skończyli remont i wprowadzili się do swojego domu.
Podczas ostatnich wydarzeń, kontakt z rodzicami Marty był ograniczony do minimum. Spotykali się tylko w wielkie święta, a ich relacje były napięte, ale to było do przewidzenia. Nie rozumiem przecież, jak można oszczędzać na jedzeniu dziecka. To nie jest tak, że nie chcieli dać swoich pieniędzy, po prostu ich nie mieli. Człowiek w pewnym momencie znalazł się w trudnej sytuacji, a najbliżsi, zamiast mu pomóc, zadali mu taki cios.
Owszem, w razie potrzeby brat i jego żona nigdy nie odmówią pomocy rodzicom, zawsze należy pozostać człowiekiem. Żadna sprzeczka o dom czy pieniądze, nie powinna dzielić rodziny.
