Mój dawny znajomy miał 26 lat. Czasem pisaliśmy i opowiadał mi, jak jego żona troszczy się o dzieci, dając mi swoje „porady i sugestie”. Często ją chwalił, a ja z zaciekawieniem słuchałem, bo sam niedawno założyłem rodzinę. Powiedział mi, że ma troje dzieci. Jego żona była od niego starsza o około pięć lat. Po pewnym czasie zniknął. Sądziłem, że ma sporo obowiązków, dlatego rzadziej pisze. Później jednak dowiedziałem się, że rozwiódł się z żoną i zajął się ich najmłodsza córeczką.
Potem wrócił do naszych rozmów i wyznał, że dwójka starszych dzieci nie jest jego. Zawiózł córeczkę do swojej matki, która mieszkała na wsi, a sam wrócił z powrotem do miasta. Pamiętam jak chwalił się, że założył konto oszczędnościowe dla swojej córki.
– Ona nie potrzebuje pieniędzy, ona potrzebuje rodziców – mówiłem.
– Muszę pracować, inaczej kto pomoże rodzinie? Babcia może opiekować się wnuczką, pieniądze w dzisiejszych czasach są najważniejsze.
Wiedziałem, że to, co robi, jest nieodpowiednie, ale nie chciałem mu tego mówić.
Po tej rozmowie zniknął na blisko pół roku. Gdy wrócił, wyjaśnił, że zmienił pracę i zabrał ze sobą córeczkę. Malutka uczęszcza już do przedszkola i bierze udział w wielu zajęciach. Początkowo było trudno, ale dostosowuje się. Nie ma zamiaru szukać żony. Jest przekonany, że współczesne kobiety nie są gotowe do odpowiedzialności i wcielenia się w rolę matki cudzego dziecka. Nie mam wątpliwości, że dobry jest z niego ojciec, ale przecież nic nie zastąpi miłości i czułości matki. Wszystkie dziewczynki tego potrzebują. Nie mogę zrozumieć, jak jej własna mama żyje nie troszcząc się o los córki?






