Jestem wściekła na mojego zięcia Marcina. On kompletnie nie umie gospodarować pieniędzmi pomimo tego, że pochodzi z prostej rodziny. Sam pracuje dorywczo, a traktuje moją córkę tak, jakby był mężem milionerki.
Moja córka haruje od świtu do zmierzchu, a jej mąż potrafi zmarnotrawić wszystkie jej oszczędności bez mrugnięcia okiem. Kiedy zatrzymałam się u nich na parę dni, zauważyłam, że Marcin zostawiał nawet włączone światła na noc. Świeciły się do samego świtu.
Rano zapytałam zięcia, dlaczego tak robi:
– Nasza córka boi się zasypiać w ciemności, więc zostawiamy dla niej włączoną lampę.
To samo z telewizorem. Nawet w ciągu dnia włącza telewizor, chociaż nikt nie ogląda.
– Wokół nas jest taki hałas z ulicy, że musimy mieć coś do słuchania. Inaczej czułby się nieswojo – odparował.
On czułby się nieswojo, rozumiecie to? Powinien najpierw zrozumieć, ile pieniędzy miesięcznie wydaje na rachunek za prąd. Mówię mu, że skoro wydają lekką ręką pieniądze na rachunki, to przynajmniej powinien szukać okazji w sklepie, żeby móc kupić coś do domu taniej. Ale Marcin jest po prostu zbyt wygodnicki. Nie chce mu się przejść do sąsiedniego sklepu i kupić mięso trochę taniej, idzie tam gdzie bliżej.
Szczególnie kiedy wychodzi z dzieckiem, mógłby pójść dalej i przejść kilka budynków do sklepu. Nie ma sensu mu wszystkiego wyjaśniać.
Przyniosłam im trochę sukienek dla dziecka od naszych sąsiadów. Przed tym jak je do nich zaniosłam, wyprałam je i wyprasowałam, aby wnuczka mogła od razu przymierzać. Ale Marcin odrzucił prezent, twierdząc, że niektóre ubranka mają plamki lub dziury. A w czym to przeszkadza przy domu? Nawet nie założył tych rzeczy dziecku i oddał wszystko mnie. Takiego mam pecha z moim zięciem.






