A po co mówić, że dziecko jest adoptowane? Wyobraź sobie, że jesteś w ciąży!

– A po co mówić, że dziecko jest adoptowane? Wyobraź sobie, że jesteś w ciąży!

Moja ciotka w młodości wyszła za Wiktora. Ich życie płynęło spokojnie i ciekawie a oni cały czas się mocno kochali. Cały wolny czas spędzali razem, podróżując i ciesząc się każdą chwilą. Był tylko jeden problem — żyli 10 lat i nie mieli dzieci.

Ciocia Jola czuła się gorsza. Lekarze wyraźnie dali do zrozumienia, że nie może mieć dzieci i nic tego nie zmieni. Było jej bardzo trudno się z tym pogodzić, po jakiś czasie nie mogła nawet patrzeć na dzieci innych ludzi, bo zaraz zaczynała płakać. Mama poradziła jej, aby adoptowała dziecko, udawała ciążę i nie mówiła nikomu, że dziecko jest adoptowane.

Kiedyś na taki krok decydowało się niewielu ludzi. Martwiono się o dziedziczne choroby czy skłonności a także o to, że kiedyś zjawią się po dziecko biologiczni rodzice. Joli udało się jednak namówić męża do adopcji i już po pół roku mogli się cieszyć posiadaniem syna.

Artur dorastał w zamożnej rodzinie, ale jego rodzice zginęli w strasznym wypadku. Starsze dzieci zostały rozesłane do krewnych, a on trafił do domu dziecka. Dziecko było chore, więc nikt nie chciał się z nim opiekować.

Lata 90. Nikt nie miał pieniędzy. Za co leczyć ? Jednak zaraz po adopcji Artura Wiktorowi zaproponowano kontrakt w Finlandii. Nie mógł odrzucić takiej oferty, bo trzeba było żyć dalej.

Jola sama wszystko ciągnęła. Lekarze, szpitale, masaże, baseny. W pogoni za zdrowiem przybranego syna nie zauważyła, że mąż pisał listy coraz rzadziej. W ogóle nie chciał przyjeżdżać, wymawiał się pracą i interesami. A potem okazało się, że w Finlandii spotkał swoją koleżankę i zaczął z nią romansować.

Wiktor najwyraźniej nie zamierzał walczyć o syna, miał inne plany na życie. Tak się złożyło, że wkrótce ciotka została sama z chorym dzieckiem w ramionach.

Żyło jej się ciężko, nie ma sensu nawet o tym mówić. Jej jedynym wsparciem był lekarz prowadzący Artura. Najpierw Andrzej po prostu jej pomógł, a później coś między nimi zaiskrzyło.

Był dobrym i łagodnym mężczyzną i kochał swojego małego pacjenta. Nawiasem mówiąc Artur był do niego bardzo podobny, wszyscy myśleli, że to jego syn.

Wyglądało na to, że wszystko się polepszyło, ale to nie koniec historii. Po pięciu latach, pewnego ranka, Jola obudziła się ze złym samopoczuciem. Dzień po dniu jej stan się nie zmieniał i w końcu okazało się, że jest w ciąży. Czy to nie cud?

Artur miał bzika na punkcie młodszego brata. Pomagał w każdy możliwy sposób, opiekował się nim i starał się być dla niego odważny. Nikt nie wie, że Artur jest adoptowany. I nie ma sensu o tym mówić. Co za różnica, krewni czy nie? Najważniejsze, że się kochają.

Czy uważacie, iż warto powiedzieć Arturowi, że nie jest rodzonym synem cioci Joli?

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwa × trzy =

A po co mówić, że dziecko jest adoptowane? Wyobraź sobie, że jesteś w ciąży!