Wierzyłem, że wrócą.

Wierzyłem, że wrócą.

Nie pamiętam czasu sprzed pobytu w domu dziecka. Bez względu na to, jak wytężam pamięć, nie pamiętam głosu mamy, twarzy taty, smaku domowego jedzenia lub atmosfery przytulnego domu. Inni ludzie, między innymi pracownicy domu dziecka mówili mi, że moi rodzice byli dobrymi ludźmi, bardzo mnie kochali ale z powodu pożaru, który wydarzył się w naszym mieszkaniu, tylko ja przeżyłem z naszej rodziny.

Czasami bardzo trudne jest przebywanie w takim miejscu, pozbawionym miłości i rodziny, której nie masz nie dlatego, że rodzice byli pijakami ale dlatego, że straciłeś ich w mgnieniu oka, kiedy byłeś całkiem mały, a teraz nawet ich nie pamiętasz.

Kiedy zabrali mnie do sierocińca, miałem około czterech lat. Przez pewien czas byłem leczony z powodu oparzeń, mam blizny na całym ciele. Niektóre opiekunki szeptały, słyszałem, że przy takich deformacjach moje szanse na adopcję są bardzo małe. Głupie, ale nie wierzyłem, że moi rodzice umarli, że już ich nie ma, nie mogłem po prostu tego zrozumieć. I dlatego czekałem na nich, miałem nadzieję, że mnie zabiorą. A potem czekałem na kogokolwiek, kto by mnie pokochał.

Ciąg szarych dni wypełnionych niezadowolonymi ludźmi wokół, niegrzecznymi starszymi dziećmi i swoim okropnym wyglądem nie do zniesienia. Płakałem każdej nocy, marząc, żeby ktoś mnie stąd zabrał. Po bajkach przed snem modliłem się, aby pewnego dnia przyleciał do mnie Piotruś Pan.

Kiedy skończyłem sześć lat, prawie natychmiast po urodzinach, nauczycielka zabrała mnie z zajęć plastycznych. Była bardzo podekscytowana, poprawiała moje ubrania, kazała mi zachowywać się przyzwoicie, jakbym kiedyś schodził do poziomu lokalnych łobuzów.

W małym szarym pokoju czekało na mnie dwoje ludzi – kobieta i mężczyzna. Przez jakiś czas po prostu patrzyliśmy na siebie, wspierając komunikację niewerbalną ledwo zauważalnymi gestami, takimi jak drapanie się po brodzie, kiwanie głową i inne rzeczy.

Nauczycielka przedstawiła mnie, opowiedziała o moich hobby, powiedziała, że jestem bardzo słodkim i spokojnym chłopcem, nie brałem nigdy udziału w żadnej bójce. Bałem się, żeby nie wspomniała o moich bliznach ale nie zrobiła tego – małżeństwo już o tym wiedziało.

Dwoje dorosłych przedstawiło się, zaoferowało mi szklankę lemoniady i spacer po terenie sierocińca. Przeszedłem już wszystkie ścieżki wzdłuż i wszerz ale zgodziłem się na spacer z nimi. Wiele się ode mnie nie spodziewali usłyszeć, nie zadawali pytań ale sami ciągle rozmawiali i opowiadali, gdzie pracują, gdzie mieszkają, wspominali, że mają psa w domu…

Byłem świadomy tego, dlaczego ci dwoje przyszli. A kiedy odeszli, moja nadzieja i wiara wzrosły dziesięciokrotnie. Teraz modliłem się w nocy, aby wrócili. I zrobili to!

Kilka dni później zostałem ponownie wezwany na spacer, a pod koniec spaceru rozpoczęli ze mną poważną rozmowę. Okazało się, że mają już dziecko, ich własne. Nie wiem dlaczego, ale byłem bardzo zdenerwowany. Brzmiało to tak, jakby się usprawiedliwiali, jednocześnie przepraszając za dawanie mi nadziei, którą teraz zamierzali odebrać. A potem mężczyzna powiedział, że chcieliby mnie adoptować. Bardzo mnie lubili i obiecują mnie kochać tak samo jak rodzonego syna.

Oczywiście moi prawdziwi rodzice nie wrócili po mnie i nigdy nie przypomnę sobie, jak wyglądała moja prawdziwa mama i tata, ale byłem bardzo szczęśliwy, że znów znalazłem rodzinę. Wierzyłem, że mnie zabiorą, że po mnie wrócą, a moje życzenie spełniło się w najlepszy możliwy sposób.

Z domu dziecka wyjeżdżałem przepełniony radością i nadzieją. Już wtedy oczekiwałem życia z nowym bratem, z nowymi rodzicami i oczywiście z psem!

I ani razu nikt z nas tego nie żałował – kochali mnie pomimo moich blizn, a ja nigdy nie sprawiałem im kłopotów, chociaż czasami chcieli, żebym był trochę bardziej niegrzeczny, jak każde dziecko.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

8 − pięć =

Wierzyłem, że wrócą.