— Babciu Alu! — zawołał Mateusz. — Kto pozwolił pani trzymać wilka we wsi?

Babciu Haniu! zawołał Mateusz. Kto wam pozwolił trzymać wilka we wsi?

Pani Hanna ze smutkiem rozpłakała się, widząc zwalony płot. Już nie raz podpierała go deskami i łatała spróchniałe słupki, łudząc się, że płot wytrzyma, aż uzbiera wystarczająco dużo pieniędzy z tej skromnej emerytury. Ale nic z tego! Płot się rozpadł.

Od dziesięciu lat Hanna radziła sobie sama z gospodarstwem, odkąd jej ukochany Władysław, odszedł do lepszego świata. Miał złote ręce. Dopóki żył, pani Hanna nie miała powodów do zmartwień. Władysław był majstrem od wszystkiego stolarz, cieśla, prawdziwy złotnik wśród sąsiadów.

Wszystko potrafił zrobić sam, więc nie było potrzeby wzywać majstrów. We wsi szanowano go za dobrotliwość i pracowitość. Spędzili wspólnie szczęśliwe 40 lat, braku jednego dnia do okrągłej rocznicy. Schludny dom, obfite zbiory w ogrodzie, zadbane zwierzęta wszystko to owoc ich wspólnej pracy.

Mieli jednego syna Jerzego, swoją dumę i radość. Od małego przyzwyczajał się do pracy; nie trzeba było mu nic nakazywać. Gdy matka wracała z pola zmęczona, syn już przynosił drewno, wodę, rozpalał kuchnię i poił krowę.

Władysław wracając z pracy obmywał twarz i siadał na ganku z fajką, gdy żona szykowała kolację. Wieczorami wszyscy razem siadali przy stole, dzieląc się nowinami dnia. Byli szczęśliwi.

Czas mijał nieubłaganie, zostawiając jedynie wspomnienia. Jerzy dorósł, opuścił rodzinny dom, wyjechał do Warszawy na studia, potem żenił się z miejską dziewczyną, Martą. Osiadł w stolicy. Najpierw przyjeżdżał na urlopy, lecz z czasem żona namówiła go na zagraniczne wyjazdy i tak już co roku. Władysław nie mógł zrozumieć wyboru syna.

Gdzie ten nasz Jurek się tak zmęczył? To pewnie ta Marta mu w głowie poprzewracała. Po co mu te podróże?

Ojciec tęsknił, matka cierpiała. Co mogli? Żyli nadzieją na choćby list od syna. Niestety, pewnego razu Władysław zachorował. Odmawiał jedzenia, gasł w oczach. Lekarze zalecali leki, lecz w końcu odesłali go do domu. Na wiosnę, gdy las rozbrzmiewał śpiewem słowików, Władysław odszedł.

Jerzy przyjechał na pogrzeb, gorzko płakał, wyrzucając sobie, że nie zdążył ojca pożegnać. Został tydzień, wrócił do Warszawy. W dziesięć kolejnych lat napisał matce tylko trzy listy. Hanna została sama. Sprzedała krowę i owce sąsiadom.

Po co jej teraz zwierzęta? Krowa długo stała za bramą, słuchając łez starej gospodyni. Hanna zamykała się w izbie i płakała, zatykając uszy.

Bez męskich rąk gospodarstwo podupadało. To przeciekał dach, to zgniły ganek groził zawaleniem, to piwnicę zalewała woda Hanna starała się jak mogła. Z emerytury odkładała grosz do grosza na fachowców, czasem radziła sobie sama przecież wyrosła na wsi.

Tak toczyły się jej dni, gdy los przyniósł kolejne nieszczęście. Jej wzrok nagle się pogorszył, choć dotąd widziała dobrze. Poszła do wiejskiego sklepu i ledwo dojrzała ceny na towarach. Po paru miesiącach nie widziała już nawet szyldu sklepowego.

Przyjechała pielęgniarka, obejrzała ją i nalegała na badanie w szpitalu.

Pani Hanno, chce pani oślepnąć? Zrobią operację i wzrok wróci!

Ale babcia bała się szpitala, odmówiła. Po roku niemal zupełnie straciła wzrok, lecz specjalnie się tym nie przejmowała.

A po co mi to światło? Telewizji i tak nie oglądam, tylko słucham radia. Jak spiker czyta wiadomości, to mi starczy. Po domu kręcę się na pamięć.

Zdarzało się jednak, że ogarniał ją niepokój. We wsi przybyło nieuczciwych ludzi. Często przyjeżdżali złodzieje, rabowali opuszczone domy, wynosili wszystko, co się dało. Hanna bała się, bo nie miała psa, który odstraszyłby obcych groźnym szczekaniem.

Zapytała myśliwego Stanisława:

Nie wiesz, czy leśniczy nie ma szczeniaków? Wzięłabym, choćby najmniejszego. Wychowam sama

Stanisław popatrzył na staruszkę z zainteresowaniem:

Babciu Haniu, po co ci szczeniaki husky? To psy do lasu. Mogę ci przywieźć rasowego owczarka z miasta.

Owczarek pewnie drogi

Nie droższy niż pieniądze, babciu Haniu.

No to przywieź.

Hanna policzyła skromne oszczędności starczy na porządnego psa. Ale Stanisław, człowiek niepewny, ciągle odwlekał obietnicę. Hanna narzekała na puste słowa, choć w duchu współczuła. Był samotny bez żony i dzieci, jego jedyna towarzyszka to butelka.

Stanisław, równolatek jej Jerzego, nigdy ze wsi nie wyjeżdżał. Źle czuł się w mieście. Największą jego pasją było myślistwo potrafił znikać w lesie na kilka dni.

Po sezonie łowieckim trudnił się różnymi pracami: kopał ogródki, majstrował, naprawiał maszyny. Zarobione od babć pieniądze szybko roztapiał na alkohol.

Po pijackich ciągach szedł w las podpuchnięty, chory i pełen skruchy. Po paru dniach wracał z koszem grzybów, jagód, ryb czy orzeszków. Sprzedawał za grosze i znowu szedł w tango. A mimo wszystko pomagał Hani w gospodarstwie oczywiście za zapłatą. Teraz, gdy runął płot, znów musiała do niego się zwrócić.

Z psem trzeba będzie poczekać westchnęła z trudem Hanna. Najpierw zapłacę Stanisławowi za płot, a kasy ledwie starczy.

Stanisław nie przyszedł z pustymi rękami. W jego torbie oprócz narzędzi coś się ruszało. Uśmiechnąwszy się, zawołał Hanię.

Popatrz, kogo ci przyniosłem. Otworzył torbę.

Staruszka wyczuła małą, puszystą łepetynkę.

Staszku, naprawdę przyniosłeś mi szczeniaka?

Najlepszego z najlepszych. Pełnokrwisty owczarek, babciu.

Szczeniak popiskiwał, próbując się wydostać. Hanna przestraszyła się:

Ale mnie nie stać! Tylko na płot mam!

Nie będę go niósł z powrotem! przekomarzał się Stanisław. Wiesz, ile tysięcy zapłaciłem za psa?

Co robić? Musiała Hanna pójść do sklepu, gdzie sprzedawczyni dała jej pięć butelek wódki na zeszyt i zapisała jej nazwisko w zeszycie dłużników.

Do wieczora Staszek naprawił płot, Hanna nakarmiła go obiadem i polała kieliszek. Poczęstowany piciem, rozgadany, zaczął udzielać rad, wskazując na szczeniaka skulonego przy piecu.

Trzeba karmić dwa razy dziennie i kupić mocny łańcuch wyrośnie wielki i silny. Na psach się wyznaję.

Tak pojawił się w jej domu nowy lokator Burek. Hanna pokochała szczeniaka, a on odwdzięczył się oddaniem. Za każdym razem, gdy Hanna wychodziła do Burka, podskakiwał radośnie, próbując polizać swoją panią. Tylko jedno martwiło pies rósł na potęgę, a nie szczekał. Hanię to smuciło.

O, Staszku! Aleś mnie wykiwał! Sprzedałeś mi bylejakiego psa!

Cóż, nie wyrzuci takiego stworzenia. Nawet szczekać nie musi! Sąsiedzkie psy nawet nie śmiały zaszczekać na Burka, który wyrósł ogromny, prawie do pasa swojej pani.

Kiedyś do wsi przyjechał Mateusz, miejscowy myśliwy, aby kupić sól, zapałki i prowiant na zimowy sezon polowań. Przechodząc koło domu Hani, nagle znieruchomiał na widok Burka.

Babciu Haniu! zawołał Mateusz. Kto wam pozwolił trzymać wilka we wsi?

Hanna przeżegnała się z przejęcia.

Matko Boska! Jakaż ze mnie naiwna! Ten oszust Staszek mnie nabrał! Mówił, że to owczarek

Mateusz poradził poważnie:

Babciu, trzeba go odprowadzić do lasu. Może być nieszczęście.

W oczach staruszki pojawiły się łzy. Jakże żal jej było rozstawać się z Burkiem! Dobry, łagodny, choć wilk. Ale ostatnio stał się niespokojny, rwał się z łańcucha. Ludzie patrzyli na niego z lękiem. Nie było wyjścia.

Mateusz zawiózł wilka do lasu. Burek pomachał ogonem i zniknął między drzewami. Nigdy więcej go nie widziano.

Hanna rozpaczała po ukochanym zwierzęciu i złościła się na Staszka. A ten żałował chciał dobrze. Tamtej zimy wlókł się przez las, natknął się na tropy niedźwiedzia. Z oddali słychać było żałosne piski. Staszek miał zamiar uciec, bo tam, gdzie młode, jest i niedźwiedzica. Ale dźwięki nie były niedźwiedzie.

Rozgarnął krzaki, znalazł norę. Leżała martwa wilczyca, a obok rozszarpane wilczki widać niedźwiedź je napadł. Przeżył tylko jeden maluch schowany w norze.

Staszkowi żal się zrobiło sieroty. Wziął go do siebie i podsunął Hani, by się nim zaopiekowała. Myślał, że wilk, gdy dorośnie, sam ucieknie do lasu, a w tym czasie on sprowadzi babci prawdziwego psa. Lecz plan popsuł Mateusz.

Staszek kilka dni krążył wokół domu Hani, nie mając odwagi wejść. Zima szalała na polu. Hanna rozpalała piec, by nie zamarznąć.

Nagle ktoś zapukał do drzwi. Staruszka pośpieszyła otworzyć. Na progu stał mężczyzna.

Dobry wieczór, babciu. Pozwoli pani przekimać? Szłem do sąsiedniej wsi i zabłądziłem.

A jak cię zwą, synku? Źle widzę.

Borys.

Hanna zmarszczyła brwi.

Z naszych to Borysa nie znam

Tu niedawno kupiłem dom, babciu. Chciałem obejrzeć, lecz auto ugrzęzło. Musiałem iść piechotą, zawierucha taka!

Toś kupił chałupę po świętym Januszu?

Przytaknął.

Tak.

Hanna zaprosiła go do kuchni, postawiła czajnik. Nie zauważyła, jak łakomie przeglądał kredens, gdzie wieśniacy chowali oszczędności i kosztowności.

Kiedy babcia krzątała się przy garnku, przybysz zaczął szperać w kredensie. Hanna usłyszała skrzypienie drzwiczek.

Co tam robisz, Borys?

Przecież była reforma pieniędzy! Pomagam się pozbyć starych!

Staruszka zmrużyła oczy.

Kłamstwo. Nie było żadnej reformy! Kim ty jesteś?!

Mężczyzna sięgnął po nóż i przyłożył jej do szyi.

Cicho, babciu. Dawaj forsę, złoto i jedzenie!

Hannę ogarnął strach stanęła oko w oko z bandytą. Jej los wydawał się przesądzony…

Gdy nagle drzwi otworzyły się z hukiem i do izby wpadł wielki wilk, rzucił się na napastnika. Tamten krzyknął, lecz gruby szalik uratował go od rozszarpania. Nożem zranił wilka w łopatkę. Burek uskoczył, a rabuś uciekł.

W tym czasie Staszek szedł do Hani, by przeprosić. Pod domem zauważył uciekającego z nożem człowieka. Pobiegł do Hani, a w kuchni ujrzał zakrwawionego Burka. Zrozumiawszy, co zaszło, pognał do dzielnicowego.

Złodzieja złapano i osadzono na nowy wyrok.

Burek został bohaterem wsi. Ludzie przynosili mu smakołyki, podziwiali go. Wilka nie przywiązywano już nigdy stał się wolny. Zawsze jednak wracał do babci Hani, przynosząc czasem z lasu Staszka po polowaniu.

Wkrótce przy domu stanął czarny jeep. Ktoś rąbał drewno. To Jerzy, syn Hani. Gdy zobaczył Staszka, rozłożył ręce do uścisku.

Wieczorem wszyscy siedzieli razem, a Hanna promieniała szczęściem. Jerzy uprosił ją, by pojechała do szpitala w Warszawie na operację.

No, skoro trzeba westchnęła cicho. Wnuczek przyjedzie latem, chcę go zobaczyć. Staszku, dopilnuj domu i Burka. Dobrze?

Staszek przytaknął. Burek rozłożył się przy piecu, zadowolony, że jego miejsce zawsze będzie tu, z przyjaciółmi.

Jeśli chcesz więcej takich opowieści, pamiętaj, by zaglądać tu częściej! Podziel się refleksją w komentarzu i zostaw serduszko, jeśli lubisz tę historię.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

9 − 4 =

— Babciu Alu! — zawołał Mateusz. — Kto pozwolił pani trzymać wilka we wsi?