Do kogo przyszłaś? rzucił chłopak siedzący za kontuarem, nie odrywając oczu od ekranu swojego telefonu, który w tym dziwnym śnie pulsował jak serce owada. Jego modna fryzura i markowy sweter unosiły się lekko w powietrzu, obwieszczając z daleka jego własną wagę i całkowitą obojętność wobec świata, który zdawał się rozpuszczać wokół.
Elżbieta Anna Kowalska poprawiła na ramieniu swoją prostą, lecz solidną torebkę. W tym śnie ubrała się celowo skromnie, by zniknąć w tłumie: zwykła bluzka, spódnica sięgająca za kolana, buty na płaskim obcasie, które lekko zapadały w podłogę jak w miękką glinę. Poprzedni dyrektor, zmęczony Grzegorz o siwych włosach, z którym załatwiła sprzedaż firmy, uśmiechnął się we śnie, gdy usłyszał o jej planie. Koń trojański, Elżbieto Anno Kowalska powiedział z uznaniem. Połkną przynętę, nie zauważając haczyka. Nie domyślą się, kim naprawdę jesteś, dopóki nie będzie za późno.
Jestem waszą nową pracownicą. Przyszłam do działu dokumentacji odparła spokojnym, cichym głosem, celowo unikając wszelkiego tonu rozkazującego. Chłopak wreszcie podniósł na nią wzrok. Zmierzył ją od stóp do głów: od wytartych butów po starannie uczesane siwe włosy a w jego oczach błysnęła otwarta, bezczelna kpina. Nawet nie próbował tego ukryć. Ach, tak. Mówili, że przyjdzie ktoś nowy. Odebrałaś kartę wstępu u ochrony? Tak, mam ją tutaj. Leniwie wskazał na obrotowe drzwi, jakby pokazywał drogę zbłąkanemu owadu. Twoje miejsce pracy jest gdzieś tam z tyłu. Jakoś sobie poradzisz.
Elżbieta Anna Kowalska skinęła głową. Poradzę sobie powtórzyła w myślach, wkraczając do open space, który w tym śnie brzęczał jak ogromny ul pełen pszczół w garniturach, gdzie klawiatury brzęczały zamiast skrzydeł. Przez czterdzieści lat radziła sobie w labiryntach życia, które wirowały jak kalejdoskop. Po nagłej śmierci męża ożywiła niemal bankrutujące przedsiębiorstwo. Zarządzała skomplikowanymi inwestycjami, które pomnażały jej majątek. I odkryła, jak nie zwariować od nudy i samotności w wielkim, pustym domu mając sześćdziesiąt pięć lat. Ta kwitnąca, lecz wewnątrz przegniła firma IT przynajmniej tak to czuła była w ostatnich czasach najbardziej ekscytującym wyzwaniem. Jej biurko stało w najbardziej oddalonym kącie, tuż przy drzwiach do archiwum. Było stare, z porysowanym blatem i skrzypiącym krzesłem niczym mała wyspa z przeszłości w oceanie lśniącej technologii, która w śnie falowała jak woda.
Już się wdrażasz? zabrzmiał za jej plecami mdląco słodki głos. Przed nią stała Beata, szefowa marketingu, w kość słoniową kolorowym, idealnie wyprasowanym garniturze spodniowym. Drogie perfumy i zapach sukcesu otaczały ją jak mgła. Próbuję uśmiechnęła się łagodnie Elżbieta Anna Kowalska. Będziesz musiała przejrzeć zeszłoroczne kontrakty związane z projektem Syriusz. Są w archiwum. Nie sądzę, żeby to było trudne w jej głosie przebijała się wyniosła wyższość, jakby zadawała proste zadanie osobie upośledzonej umysłowo. Beata patrzyła na nią jak na dziwne, wymarłe skamielinę. Gdy oddaliła się krokiem wojskowym, Elżbieta Anna Kowalska usłyszała za plecami ciche chichoty. W HR całkowicie odbiło. Niedługo zaczną przyjmować dinozaury. Elżbieta Anna Kowalska udała, że nie słyszy. Musiała jeszcze rozejrzeć się po okolicy. Ruszyła w stronę działu rozwoju i zatrzymała się przed szklaną ścianą sali konferencyjnej, gdzie kilku młodych ludzi gorączkowo dyskutowało o czymś. Szanowna pani, szuka pani czegoś? zagadnął wysoki chłopak, wychodząc zza biurka. Marcin, główny programista. Gwiazda przyszłości firmy przynajmniej tak brzmiał opis na jego temat. Opis, który zdawał się być przez niego samego napisany. Tak, drogi, szukam archiwum. Marcin uśmiechnął się, a potem odwrócił do kolegów, którzy z zainteresowaniem obserwowali scenę, jakby oglądali darmowy pokaz cyrkowy, gdzie aktorzy mieli twarze z płynnego wosku. Babciu, chyba pani trafiła na zupełnie zły dział. Archiwum jest tam w tamtą stronę wskazał niepewnie w kierunku biurka kobiety. My tu wykonujemy poważną pracę. Coś, o czym pani nawet nie śniła. Grupa za nim cicho się roześmiała. Elżbieta Anna Kowalska czuła, jak wewnątrz narasta zimny, spokojny gniew, niczym powolna lawa. Patrzyła na samozadowolone twarze, na drogi zegarek na nadgarstku Marcina. Wszystko to zostało kupione za jej pieniądze, które w śnie unosiły się jak banknoty w powietrzu. Dziękuję odpowiedziała równym głosem. Teraz już dokładnie wiem, dokąd mam iść.
Archiwum było małym, duszącym pokojem bez okien, gdzie półki zdawały się poruszać jak żywe istoty. Elżbieta Anna Kowalska zabrała się do pracy. Teczka z projektem Syriusz szybko się znalazła. Metodycznie zaczęła przeglądać papiery. Kontrakty, załączniki, protokoły odbioru. Na papierze wszystko wyglądało idealnie. Ale jej wprawne oko natychmiast wychwyciło kilka podejrzanych szczegółów. W aktach dotyczących podwykonawcy o nazwie Cyber-Systemy kwoty były zaokrąglane do pełnych tysięcy mogło to być niedbalstwo, ale też celowe działanie, by ukryć prawdziwe rozliczenia. Opisy wykonanych prac były mgliste: usługi doradcze, wsparcie analityczne, optymalizacja procesów. Klasyczne metody wyprowadzania pieniędzy dobrze jej znane jeszcze z lat dziewięćdziesiątych, gdzie cienie tańczyły na ścianach. Kilka godzin później skrzypnęły drzwi. W progu pojawiła się młoda dziewczyna o przestraszonych oczach, które w tym śnie błyszczały jak mokre kamienie. Dzień dobry. Nazywam się Kasia, jestem z księgowości. Beata powiedziała, że pani tu jest Pewnie trudno bez dostępu elektronicznego? Mogę pomóc. W głosie dziewczyny nie było nawet odrobiny pogardy. Dziękuję, Kasiu. Byłabyś bardzo miła. Ech, to naprawdę nic wielkiego. Tylko oni no cóż nie zawsze rozumieją, że nie każdy rodzi się z tabletem w dłoni jąkała się Kasia i zaczerwieniła. Podczas gdy Kasia sensownie wyjaśniała interfejs programu, Elżbieta Anna Kowalska myślała, że nawet w najbrudniejszym bagnie można znaleźć czyste źródło, które w tym śnie bulgotało cicho. Ledwie Kasia odeszła, w drzwiach już pojawił się Marcin. No, mi pilnie potrzeba kopii kontraktu z Cyber-Systemy. Mówił tak, jakby wydawał polecenie służącej, której głos odbijał się echem w pustce. Dzień dobry odparła spokojnie Elżbieta Anna Kowalska. Właśnie przeglądam te dokumenty. Proszę o minutę. Minutę? Ja nie mam minut. Za pięć minut mam rozmowę. Dlaczego to jeszcze nie jest zdigitalizowane? Co oni tu w ogóle robią? Pyszałkowatość była jego słabym punktem. Był przekonany, że nikt a zwłaszcza ta stara kobieta nie odważy się ani nie będzie w stanie sprawdzić jego pracy. Dziś jest mój pierwszy dzień pracy odpowiedziała równym głosem. I staram się uporządkować to, czego inni nie zrobili przede mną. Nie obchodzi mnie to! przerwał i podszedłszy do biurka, bez żadnej uprzejmości wyrwał jej z rąk poszukiwaną teczkę. Z wami, starymi, zawsze są same kłopoty! Potem wybuchnął i trzasnął drzwiami za sobą. Elżbieta Anna Kowalska nie spojrzała za nim. Widziała już wszystko, co trzeba było zobaczyć. Wyjęła telefon, który w śnie drżał jak mały ptak, i wykręciła numer swojego prywatnego prawnika. Arkadiuszu, dzień dobry. Proszę sprawdzić pewną firmę. Nazywają się Cyber-Systemy. Czuję, że mogą mieć bardzo interesujące grono właścicieli. Następnego ranka telefon zadrżał. Elżbieto Anno Kowalska, miała pani rację. Cyber-Systemy to pusta firma-słup. Zarejestrowana na nazwisko pewnego obywatela Wiśniewskiego. Kuzyna Marcina, głównego programisty. Klasyczny chwyt. Dziękuję, Arkadiuszu. Dokładnie tego byłam ciekawa.
Szczytowy moment nastąpił po lunchu. Całe biuro zostało zwołane na cotygodniowe spotkanie. Beata promieniała, opowiadając o sukcesach. O, zdaje się, że zapomniałam wydrukować raport konwersji. Elżbieto odezwała się przez mikrofon, jej głos brzmiał jadowicie słodko , bądź tak miła, przynieś z archiwum teczkę za czwarty kwartał. Ale tym razem postaraj się nie zgubić. Po sali przebiegł cichy chichot. Elżbieta Anna Kowalska wstała w milczeniu. Punkt powrotu został już przekroczony, jakby drzwi zamknęły się za nią na zawsze. Kilka minut później wróciła. Marcin stał z Beatą i coś do siebie szeptali, ich słowa unosząc się jak dym. A oto nasz wybawiciel! oznajmił głośno Marcin. Mogłabyś być trochę szybsza. Czas to pieniądz. Zwłaszcza nasz pieniądz. A to jedno słowo nasz było ostatnią kroplą, która przepełniła czarę, rozlewając się jak atrament w wodzie. Elżbieta Anna Kowalska wyprostowała się. Poprzednie zgarbienie zniknęło bez śladu, jakby zrzuciła starą skórę. Jej spojrzenie stwardniało jak kamień. Masz rację, Marcinie. Czas rzeczywiście to pieniądz. Zwłaszcza te pieniądze, które zostały wyprane przez firmę Cyber-Systemy. Nie wydaje ci się, że ten projekt był dla ciebie osobiście znacznie bardziej dochodowy niż dla samej firmy? Twarz Marcina się zmieniła. Uśmiech zwiędł na niej jak zwiędły kwiat w śnie. Ja ja nie rozumiem, o czym pani mówi. Naprawdę? To może potrafisz wyjaśnić obecnym, w jakim stopniu spokrewniony jesteś z pewnym panem Wiśniewskim? W sali konferencyjnej zapadła martwa cisza, gęsta jak mgła. Beata próbowała ratować sytuację. Przepraszam, ale jakim prawem ta nasza pracownica wtrąca się w nasze sprawy finansowe? Elżbieta Anna Kowalska nawet na nią nie spojrzała. Powoli obeszła stół i zatrzymała się na jego końcu. Moje prawo jest najprostsze. Pozwólcie, że się przedstawię. Elżbieta Anna Kowalska. Nowa właścicielka firmy. Gdyby w sali wybuchła bomba, zdumienie byłoby mniejsze. Marcinie kontynuowała lodowatym głosem , jesteś zwolniony. Moi prawnicy skontaktują się z tobą i twoim kuzynem. Radzę nie opuszczać miasta. Marcin osunął się i bez słowa usiadł na krześle. Pani, Beato, również jest pani zwolniona. Z powodu braku kompetencji zawodowych i zatruwania atmosfery w pracy. Twarz Beaty poczerwieniała. Jak pani śmie! Śmiem odparła ostro Elżbieta Anna Kowalska. Ma pani godzinę na spakowanie rzeczy. Służba ochrony panią wyprowadzi. To dotyczy wszystkich, którzy uważają wiek za powód do drwin. Młody chłopak z recepcji i kilku programistów z działu mogą odejść. W sali zapanował strach, jak lodowaty wiatr. W najbliższych dniach w firmie rozpocznie się pełny audyt. Jej spojrzenie trafiło na przestraszoną twarz Kasi, która kryła się w odległym kącie sali. Kasiu, proszę, podejdź tutaj. Kasia drżąc podeszła do stołu. W ciągu dwóch dni była pani jedyną pracownicą, która nie tylko wykazała się profesjonalizmem, ale również podstawowym człowieczeństwem. Właśnie tworzę nowy dział kontroli wewnętrznej i chciałabym, aby pani również dołączyła do mojego zespołu. Jutro omówimy pani nową rolę i szczegóły szkolenia. Kasia z wrażenia otworzyła usta, ale nie mogła wydobyć głosu. Da pani radę powiedziała stanowczo Elżbieta Anna Kowalska. A teraz niech wszyscy wracają do pracy. Wyjątkiem są zwolnieni. Dzień pracy trwa dalej. Odwróciła się i wyszła, pozostawiając za sobą rozpadający się świat, zbudowany na pysze i wyższości, gdzie ściany powoli kruszyły się jak piasek. Nie czuła triumfu. Tylko zimne, ciche zadowolenie to, które odczuwa człowiek po dobrze wykonanej pracy. Bo aby zbudować dom na solidnych fundamentach, trzeba najpierw oczyścić teren z zgnilizny. A ona właśnie rozpoczęła wielką porządkową. Do kogo przyszłaś? rzucił chłopak siedzący za kontuarem, nie odrywając oczu od ekranu swojego telefonu, który w tym dziwnym śnie pulsował jak serce owada. Jego modna fryzura i markowy sweter unosiły się lekko w powietrzu, obwieszczając z daleka jego własną wagę i całkowitą obojętność wobec świata, który zdawał się rozpuszczać wokół.
Elżbieta Anna Kowalska poprawiła na ramieniu swoją prostą, lecz solidną torebkę. W tym śnie ubrała się celowo skromnie, by zniknąć w tłumie: zwykła bluzka, spódnica sięgająca za kolana, buty na płaskim obcasie, które lekko zapadały w podłogę jak w miękką glinę. Poprzedni dyrektor, zmęczony Grzegorz o siwych włosach, z którym załatwiła sprzedaż firmy, uśmiechnął się we śnie, gdy usłyszał o jej planie. Koń trojański, Elżbieto Anno Kowalska powiedział z uznaniem. Połkną przynętę, nie zauważając haczyka. Nie domyślą się, kim naprawdę jesteś, dopóki nie będzie za późno.
Jestem waszą nową pracownicą. Przyszłam do działu dokumentacji odparła spokojnym, cichym głosem, celowo unikając wszelkiego tonu rozkazującego. Chłopak wreszcie podniósł na nią wzrok. Zmierzył ją od stóp do głów: od wytartych butów po starannie uczesane siwe włosy a w jego oczach błysnęła otwarta, bezczelna kpina. Nawet nie próbował tego ukryć. Ach, tak. Mówili, że przyjdzie ktoś nowy. Odebrałaś kartę wstępu u ochrony? Tak, mam ją tutaj. Leniwie wskazał na obrotowe drzwi, jakby pokazywał drogę zbłąkanemu owadu. Twoje miejsce pracy jest gdzieś tam z tyłu. Jakoś sobie poradzisz.
Elżbieta Anna Kowalska skinęła głową. Poradzę sobie powtórzyła w myślach, wkraczając do open space, który w tym śnie brzęczał jak ogromny ul pełen pszczół w garniturach, gdzie klawiatury brzęczały zamiast skrzydeł. Przez czterdzieści lat radziła sobie w labiryntach życia, które wirowały jak kalejdoskop. Po nagłej śmierci męża ożywiła niemal bankrutujące przedsiębiorstwo. Zarządzała skomplikowanymi inwestycjami, które pomnażały jej majątek. I odkryła, jak nie zwariować od nudy i samotności w wielkim, pustym domu mając sześćdziesiąt pięć lat. Ta kwitnąca, lecz wewnątrz przegniła firma IT przynajmniej tak to czuła była w ostatnich czasach najbardziej ekscytującym wyzwaniem. Jej biurko stało w najbardziej oddalonym kącie, tuż przy drzwiach do archiwum. Było stare, z porysowanym blatem i skrzypiącym krzesłem niczym mała wyspa z przeszłości w oceanie lśniącej technologii, która w śnie falowała jak woda.
Już się wdrażasz? zabrzmiał za jej plecami mdląco słodki głos. Przed nią stała Beata, szefowa marketingu, w kość słoniową kolorowym, idealnie wyprasowanym garniturze spodniowym. Drogie perfumy i zapach sukcesu otaczały ją jak mgła. Próbuję uśmiechnęła się łagodnie Elżbieta Anna Kowalska. Będziesz musiała przejrzeć zeszłoroczne kontrakty związane z projektem Syriusz. Są w archiwum. Nie sądzę, żeby to było trudne w jej głosie przebijała się wyniosła wyższość, jakby zadawała proste zadanie osobie upośledzonej umysłowo. Beata patrzyła na nią jak na dziwne, wymarłe skamielinę. Gdy oddaliła się krokiem wojskowym, Elżbieta Anna Kowalska usłyszała za plecami ciche chichoty. W HR całkowicie odbiło. Niedługo zaczną przyjmować dinozaury. Elżbieta Anna Kowalska udała, że nie słyszy. Musiała jeszcze rozejrzeć się po okolicy. Ruszyła w stronę działu rozwoju i zatrzymała się przed szklaną ścianą sali konferencyjnej, gdzie kilku młodych ludzi gorączkowo dyskutowało o czymś. Szanowna pani, szuka pani czegoś? zagadnął wysoki chłopak, wychodząc zza biurka. Marcin, główny programista. Gwiazda przyszłości firmy przynajmniej tak brzmiał opis na jego temat. Opis, który zdawał się być przez niego samego napisany. Tak, drogi, szukam archiwum. Marcin uśmiechnął się, a potem odwrócił do kolegów, którzy z zainteresowaniem obserwowali scenę, jakby oglądali darmowy pokaz cyrkowy, gdzie aktorzy mieli twarze z płynnego wosku. Babciu, chyba pani trafiła na zupełnie zły dział. Archiwum jest tam w tamtą stronę wskazał niepewnie w kierunku biurka kobiety. My tu wykonujemy poważną pracę. Coś, o czym pani nawet nie śniła. Grupa za nim cicho się roześmiała. Elżbieta Anna Kowalska czuła, jak wewnątrz narasta zimny, spokojny gniew, niczym powolna lawa. Patrzyła na samozadowolone twarze, na drogi zegarek na nadgarstku Marcina. Wszystko to zostało kupione za jej pieniądze, które w śnie unosiły się jak banknoty w powietrzu. Dziękuję odpowiedziała równym głosem. Teraz już dokładnie wiem, dokąd mam iść.
Archiwum było małym, duszącym pokojem bez okien, gdzie półki zdawały się poruszać jak żywe istoty. Elżbieta Anna Kowalska zabrała się do pracy. Teczka z projektem Syriusz szybko się znalazła. Metodycznie zaczęła przeglądać papiery. Kontrakty, załączniki, protokoły odbioru. Na papierze wszystko wyglądało idealnie. Ale jej wprawne oko natychmiast wychwyciło kilka podejrzanych szczegółów. W aktach dotyczących podwykonawcy o nazwie Cyber-Systemy kwoty były zaokrąglane do pełnych tysięcy mogło to być niedbalstwo, ale też celowe działanie, by ukryć prawdziwe rozliczenia. Opisy wykonanych prac były mgliste: usługi doradcze, wsparcie analityczne, optymalizacja procesów. Klasyczne metody wyprowadzania pieniędzy dobrze jej znane jeszcze z lat dziewięćdziesiątych, gdzie cienie tańczyły na ścianach. Kilka godzin później skrzypnęły drzwi. W progu pojawiła się młoda dziewczyna o przestraszonych oczach, które w tym śnie błyszczały jak mokre kamienie. Dzień dobry. Nazywam się Kasia, jestem z księgowości. Beata powiedziała, że pani tu jest Pewnie trudno bez dostępu elektronicznego? Mogę pomóc. W głosie dziewczyny nie było nawet odrobiny pogardy. Dziękuję, Kasiu. Byłabyś bardzo miła. Ech, to naprawdę nic wielkiego. Tylko oni no cóż nie zawsze rozumieją, że nie każdy rodzi się z tabletem w dłoni jąkała się Kasia i zaczerwieniła. Podczas gdy Kasia sensownie wyjaśniała interfejs programu, Elżbieta Anna Kowalska myślała, że nawet w najbrudniejszym bagnie można znaleźć czyste źródło, które w tym śnie bulgotało cicho. Ledwie Kasia odeszła, w drzwiach już pojawił się Marcin. No, mi pilnie potrzeba kopii kontraktu z Cyber-Systemy. Mówił tak, jakby wydawał polecenie służącej, której głos odbijał się echem w pustce. Dzień dobry odparła spokojnie Elżbieta Anna Kowalska. Właśnie przeglądam te dokumenty. Proszę o minutę. Minutę? Ja nie mam minut. Za pięć minut mam rozmowę. Dlaczego to jeszcze nie jest zdigitalizowane? Co oni tu w ogóle robią? Pyszałkowatość była jego słabym punktem. Był przekonany, że nikt a zwłaszcza ta stara kobieta nie odważy się ani nie będzie w stanie sprawdzić jego pracy. Dziś jest mój pierwszy dzień pracy odpowiedziała równym głosem. I staram się uporządkować to, czego inni nie zrobili przede mną. Nie obchodzi mnie to! przerwał i podszedłszy do biurka, bez żadnej uprzejmości wyrwał jej z rąk poszukiwaną teczkę. Z wami, starymi, zawsze są same kłopoty! Potem wybuchnął i trzasnął drzwiami za sobą. Elżbieta Anna Kowalska nie spojrzała za nim. Widziała już wszystko, co trzeba było zobaczyć. Wyjęła telefon, który w śnie drżał jak mały ptak, i wykręciła numer swojego prywatnego prawnika. Arkadiuszu, dzień dobry. Proszę sprawdzić pewną firmę. Nazywają się Cyber-Systemy. Czuję, że mogą mieć bardzo interesujące grono właścicieli. Następnego ranka telefon zadrżał. Elżbieto Anno Kowalska, miała pani rację. Cyber-Systemy to pusta firma-słup. Zarejestrowana na nazwisko pewnego obywatela Wiśniewskiego. Kuzyna Marcina, głównego programisty. Klasyczny chwyt. Dziękuję, Arkadiuszu. Dokładnie tego byłam ciekawa.
Szczytowy moment nastąpił po lunchu. Całe biuro zostało zwołane na cotygodniowe spotkanie. Beata promieniała, opowiadając o sukcesach. O, zdaje się, że zapomniałam wydrukować raport konwersji. Elżbieto odezwała się przez mikrofon, jej głos brzmiał jadowicie słodko , bądź tak miła, przynieś z archiwum teczkę za czwarty kwartał. Ale tym razem postaraj się nie zgubić. Po sali przebiegł cichy chichot. Elżbieta Anna Kowalska wstała w milczeniu. Punkt powrotu został już przekroczony, jakby drzwi zamknęły się za nią na zawsze. Kilka minut później wróciła. Marcin stał z Beatą i coś do siebie szeptali, ich słowa unosząc się jak dym. A oto nasz wybawiciel! oznajmił głośno Marcin. Mogłabyś być trochę szybsza. Czas to pieniądz. Zwłaszcza nasz pieniądz. A to jedno słowo nasz było ostatnią kroplą, która przepełniła czarę, rozlewając się jak atrament w wodzie. Elżbieta Anna Kowalska wyprostowała się. Poprzednie zgarbienie zniknęło bez śladu, jakby zrzuciła starą skórę. Jej spojrzenie stwardniało jak kamień. Masz rację, Marcinie. Czas rzeczywiście to pieniądz. Zwłaszcza te pieniądze, które zostały wyprane przez firmę Cyber-Systemy. Nie wydaje ci się, że ten projekt był dla ciebie osobiście znacznie bardziej dochodowy niż dla samej firmy? Twarz Marcina się zmieniła. Uśmiech zwiędł na niej jak zwiędły kwiat w śnie. Ja ja nie rozumiem, o czym pani mówi. Naprawdę? To może potrafisz wyjaśnić obecnym, w jakim stopniu spokrewniony jesteś z pewnym panem Wiśniewskim? W sali konferencyjnej zapadła martwa cisza, gęsta jak mgła. Beata próbowała ratować sytuację. Przepraszam, ale jakim prawem ta nasza pracownica wtrąca się w nasze sprawy finansowe? Elżbieta Anna Kowalska nawet na nią nie spojrzała. Powoli obeszła stół i zatrzymała się na jego końcu. Moje prawo jest najprostsze. Pozwólcie, że się przedstawię. Elżbieta Anna Kowalska. Nowa właścicielka firmy. Gdyby w sali wybuchła bomba, zdumienie byłoby mniejsze. Marcinie kontynuowała lodowatym głosem , jesteś zwolniony. Moi prawnicy skontaktują się z tobą i twoim kuzynem. Radzę nie opuszczać miasta. Marcin osunął się i bez słowa usiadł na krześle. Pani, Beato, również jest pani zwolniona. Z powodu braku kompetencji zawodowych i zatruwania atmosfery w pracy. Twarz Beaty poczerwieniała. Jak pani śmie! Śmiem odparła ostro Elżbieta Anna Kowalska. Ma pani godzinę na spakowanie rzeczy. Służba ochrony panią wyprowadzi. To dotyczy wszystkich, którzy uważają wiek za powód do drwin. Młody chłopak z recepcji i kilku programistów z działu mogą odejść. W sali zapanował strach, jak lodowaty wiatr. W najbliższych dniach w firmie rozpocznie się pełny audyt. Jej spojrzenie trafiło na przestraszoną twarz Kasi, która kryła się w odległym kącie sali. Kasiu, proszę, podejdź tutaj. Kasia drżąc podeszła do stołu. W ciągu dwóch dni była pani jedyną pracownicą, która nie tylko wykazała się profesjonalizmem, ale również podstawowym człowieczeństwem. Właśnie tworzę nowy dział kontroli wewnętrznej i chciałabym, aby pani również dołączyła do mojego zespołu. Jutro omówimy pani nową rolę i szczegóły szkolenia. Kasia z wrażenia otworzyła usta, ale nie mogła wydobyć głosu. Da pani radę powiedziała stanowczo Elżbieta Anna Kowalska. A teraz niech wszyscy wracają do pracy. Wyjątkiem są zwolnieni. Dzień pracy trwa dalej. Odwróciła się i wyszła, pozostawiając za sobą rozpadający się świat, zbudowany na pysze i wyższości, gdzie ściany powoli kruszyły się jak piasek. Nie czuła triumfu. Tylko zimne, ciche zadowolenie to, które odczuwa człowiek po dobrze wykonanej pracy. Bo aby zbudować dom na solidnych fundamentach, trzeba najpierw oczyścić teren z zgnilizny. A ona właśnie rozpoczęła wielką porządkową.






