Kwadrans po pierwszej w nocy zabrzęczał domofon w moim mieszkaniu na Bogucicach, w tym bloku przy Zajęczej, gdzie mieszkam od trzydziestu lat. Za drzwiami stał Kacper, z plecakiem na jednym ramieniu i oczami tak czerwonymi, jakby płakał przez całą drogę.
— Babciu, mogę u ciebie? — powiedział, zanim zdążyłam otworzyć na całą szerokość.
Wpuściłam go bez pytania. Do jego matki, Renaty, napisałam tylko trzy słowa: „Jest u mnie, śpi". Telefon dzwonił potem jeszcze z osiem razy, aż do trzeciej — nie odbierałam. Rano usmażyłam jajecznicę na dwa żółtka, tak jak lubił, kiedy miał osiem lat i przyjeżdżał do mnie na wakacje do Katowic. Milczałam, aż sam zaczął mówić.
Zaczęło się od tej jajecznicy. Wziął widelec, nabrał kawałek, przełknął i powiedział cicho:
— Taka jak zawsze. Mama nigdy nie umie tak zrobić.
A potem pochylił się nisko nad talerzem i się rozpłakał. Kacper. Siedemnaście lat, metr osiemdziesiąt pięć, nogi za długie na krzesło kuchenne, które kupiłam jeszcze z moim mężem Zenkiem. Płakał tak samo, jak wtedy, gdy jako sześciolatek spadł z drabinki na placu zabaw przy kościele świętego Szczepana. Nie dotknęłam go. Wiem, że brzmi to dziwnie, ale znam tego chłopaka — gdybym go teraz przytuliła, zamknąłby się jak zamek błyskawiczny. Więc siedziałam naprzeciwko z kubkiem kawy zbożowej i czekałam.
Za oknem Bogucice budziły się powoli: tramwaj numer sześć zaskrzypiał na zakręcie w stronę pętli, sąsiadka z parteru trzasnęła drzwiami klatki, wychodząc z psem. Zwykły piątkowy poranek, dziewiętnastego września.
— Tata się wyprowadził — powiedział wreszcie Kacper i otarł nos rękawem bluzy.
Odstawiłam kubek. Uderzył o blat głośniej, niż chciałam, i oboje drgnęliśmy.
— Jak to wyprowadził?
— No wyprowadził się, babciu. Spakował torbę wczoraj wieczorem i wyszedł. Mama rzucała w niego talerzami. Tymi z serwisu w niebieski wzorek, pamiętasz? Dwa się rozbiły.
Serwis w niebieski wzorek. Podarowałam go Renacie na ślub z moim synem, Michałem, czternaście lat temu. Pamiętam, jak w sklepie na Rynku wahałam się między tym a bardziej stonowanym, kremowym. Wanda, moja koleżanka z zakładu fryzjerskiego, gdzie przepracowałam dwadzieścia sześć lat, powiedziała mi wtedy: „Bierz ten niebieski, Basiu. Będzie im służył całe życie".
Całe życie. Dwa się rozbiły.
Michał to mój jedynak. Urodził się, kiedy miałam dwadzieścia cztery lata, a Zenek już wtedy pracował na kontrakcie w Niemczech, wracał raz na dwa miesiące. Wychowywałam syna praktycznie sama przez trzynaście lat, aż Zenek dostał wreszcie stałą pracę w Katowicach. Wtedy Michał miał już swoje sprawy, swoje sekrety, pierwszego papierosa wypalonego za śmietnikiem. Zenek próbował nadrobić stracony czas, ale jak nadrobić trzynaście lat nieobecności przy odrabianiu lekcji i nocnych gorączkach? Michał nigdy mu tego wprost nie wypomniał, ale ja widziałam. Patrzył na ojca jak na gościa, który zostaje na kolację i zaraz wyjdzie.
Zenek zmarł sześć lat temu. Nowotwór trzustki, cztery miesiące od diagnozy do końca. Michał płakał na cmentarzu przy ulicy Francuskiej, ale do dziś nie wiem, czy opłakiwał ojca, którego miał, czy tego, którego nigdy nie zdążył poznać. Nie pytałam go o to. Może powinnam była.
— Kacper, a ty jak się tu w ogóle dostałeś? — zapytałam, bo dopiero teraz dotarło do mnie, że jest pierwsza w nocy, a chłopak ma siedemnaście lat.
— Autobusem do dworca, potem nocnym do Bogucic. Wysiedliśmy na Kościuszki i resztę szedłem piechotą.
— Sam? W nocy?
Wzruszył ramionami. Siedemnaście lat. Pół Katowic pieszo z plecakiem, bo w domu latały talerze.
Telefon na kredensie zawibrował znowu. Na wyświetlaczu „Renata". Siódmy raz od rana. Nie odebrałam. Kacper zerknął na mnie z taką ulgą, że coś się we mnie ścisnęło.
— Babciu, ja tam nie wracam.
Niczego mu nie obiecałam. Nauczyłam się przez sześćdziesiąt jeden lat życia, że obietnice składane w piątek rano nad jajecznicą rzadko przeżywają niedzielę.
Kacper poszedł spać do pokoju, który kiedyś należał do Michała. Wisi tam jeszcze plakat jakiegoś zespołu metalowego z lat dziewięćdziesiątych i model żaglówki sklejony krzywo. Zaniosłam mu czystą pościel w kratkę. Zasnął w ciągu minuty. Stałam nad nim i patrzyłam na jego twarz, tak podobną do twarzy Zenka, że na moment coś mnie zabolało w piersi.
Dopiero wtedy odebrałam telefon od Renaty.
— Basiu, oddaj mi syna!
Krzyczała tak, że odsunęłam słuchawkę od ucha.
— Renata, on śpi. Jest bezpieczny.
— Nie miałaś prawa go zatrzymywać!
— Sam przyszedł.
— Bo Michał zamącił mu w głowie! Twój syn to kłamca i manipulant, a teraz wciąga w to dziecko!
Milczałam. Znałam Renatę od czternastu lat. Pamiętałam ją jako cichą dziewczynę z apteki na Zawodziu, która na pierwszym obiedzie u mnie zjadła dwie porcje żurku i powiedziała: „Pani Basiu, nikt tak nie gotuje jak pani". Lubiłam ją, może nawet kochałam jak córkę, której nigdy nie miałam. Ale teraz w słuchawce był ktoś obcy — ktoś, kogo strach zamienił w furię.
— Renata, co się właściwie między wami stało?
Zamilkła na chwilę, a potem powiedziała inaczej, ciszej, jakby ją coś nagle opuściło:
— On chce sprzedać warsztat. Nasz warsztat, przy Mysłowickiej. Ten, który prowadzimy od dziesięciu lat. Chce sprzedać bez mojej zgody, bo formalnie jest zapisany tylko na niego.
Wtedy zrozumiałam, o co naprawdę chodziło. Nie o zdradę, nie o inną kobietę — o pieniądze i o papier, na którym stało jedno nazwisko zamiast dwóch. Michał, mój syn, chciał sprzedać warsztat samochodowy koledze z Mikołowa za sto dwadzieścia tysięcy złotych, żeby spłacić długi, o których Renata nie wiedziała. Grał na automatach w salonie przy Chorzowskiej od ponad roku. Renata dowiedziała się wczoraj, przypadkiem, kiedy komornik zadzwonił do niej, nie do niego.
Przez weekend Kacper prawie się nie odzywał, tylko jadł to, co gotowałam, i grał na telefonie na moim starym fotelu. W niedzielę wieczorem przyjechała Renata — sama, bez Michała. Usiadła przy tym samym stole, przy którym dwa dni wcześniej jej syn płakał nad jajecznicą, i powiedziała, że idzie do notariusza w poniedziałek rano, żeby zabezpieczyć swoją połowę majątku, i że składa pozew o podział.
W poniedziałek, dwudziestego drugiego września, pojechałam z nią. Nie musiała mnie prosić — po prostu włożyłam płaszcz i wsiadłam do jej starej Skody zaparkowanej pod blokiem. W kancelarii przy ulicy Mickiewicza Renata otworzyła teczkę z dokumentami warsztatu, umową najmu lokalu i wyciągiem z konta firmowego na telefonie. Notariusz, kobieta w okularach, mówiła rzeczowo, tłumacząc, że skoro warsztat kupiono w trakcie małżeństwa, Renacie przysługuje połowa, niezależnie od tego, na kogo formalnie zapisano nieruchomość i sprzęt.
Renata podpisała wniosek o zabezpieczenie majątku i zmieniła dostęp do konta firmowego, tego samego dnia po południu, w oddziale banku przy Sokolskiej. Michał zadzwonił do niej wieczorem — nie mogła już wypłacić pieniędzy na spłatę długu bez jej zgody. Przyjechał pod blok Renaty około dwudziestej, ale drzwi na klatkę już go nie wpuściły, bo zmieniła kod. Stał pod domofonem kilka minut, potem odjechał.
Kacper został u mnie jeszcze dwa tygodnie, dopóki rodzice nie ustalili tymczasowego mieszkania dla Michała u jego kolegi w Chorzowie. Wrócił potem do matki, ale co piątek przyjeżdża do mnie na kolację. W zeszły piątek znowu usmażyłam jajecznicę na dwa żółtka. Zjadł w milczeniu, a potem powiedział, że warsztat zostaje, bo mama znalazła wspólnika, który spłacił połowę długu w zamian za udziały.
Nie zapytałam go o ojca. On sam nie zapytał mnie o nic. Po prostu odsunął talerz, wstał i zaczął zbierać naczynia ze stołu, tak jak zawsze robił to jego dziadek.






