Pracuję w warzywniaku na parterze bloku już jedenaście lat, kasa przy oknie, stąd widzę cały podwórkowy plac zabaw jak na dłoni. Pani Basia z trzeciego piętra przychodziła codziennie po bułki na kolację, zawsze o siedemnastej, zawsze te same drobne w foliowej saszetce. Rozmawiałyśmy o pogodzie, o cenach ziemniaków, czasem o wnukach, których nie miała, bo syn wyjechał do Niemiec dziesięć lat temu i telefon odbierał raz na miesiąc.
Ten wtorek zapamiętałam, bo akurat dostawa jajek się spóźniła i stałam przy drzwiach, czekając na kierowcę. Zobaczyłam, jak z windy wychodzi zięć pani Basi, Tomek, z wielką torbą IKEA pełną papierów. Szedł szybko, nie patrzył w stronę sklepu, chociaż zwykle wpadał po piwo. Coś w tym pośpiechu mnie zaniepokoiło, ale to nie moja sprawa, pomyślałam, i wróciłam do liczenia zaległych faktur.
Później, może z tydzień, pani Basia przyszła po bułki spóźniona, około dziewiętnastej, twarz miała szarą jak popiół po papierosie. Kupiła tylko wodę gazowaną, chociaż zawsze brała niegazowaną. Zapytałam, czy wszystko gra. Powiedziała, że musi usiąść na chwilę, bo nogi jej nie trzymają. Postawiłam jej krzesło od zaplecza, między workami z ziemniakami, i podałam szklankę wody z kranu, bo automat z wodą akurat się zepsuł.
Z tego, co wtedy powiedziała urywkami, między jednym haustem a drugim, wynikało, że warsztat samochodowy przy ulicy Kamiennej, ten sam, który prowadził jeszcze jej mąż, świętej pamięci Zenon, a po nim ona formalnie jako właścicielka od dwudziestu trzech lat, został przepisany na Tomka. Nie do końca zrozumiałam mechanizm — mówiła coś o pełnomocnictwie, które podpisała rok temu, gdy leżała w szpitalu po operacji biodra i nie mogła sama załatwiać spraw księgowych. Tomek miał wtedy tylko doglądać rachunków, tak jej powiedział. A teraz w KRS-ie, czy może to była ewidencja działalności, nie znam się na tym, figurował już jako jedyny właściciel.
Powiedziała, że kiedy zapytała syna, córkę właściwie, bo to jej córka Ania jest żoną Tomka, ta machnęła ręką i powiedziała, że mama i tak nie prowadzi już warsztatu, więc jaka różnica. Że dzieci — czworo wnucząt — będą kiedyś to dziedziczyć, więc lepiej, żeby było na Tomka, bo on się zna na podatkach. Pani Basia nie protestowała głośno, tylko spytała, gdzie ma teraz iść po swoją emeryturę uzupełniającą, bo część dochodu z wynajmu jednego boksu warsztatowego szła właśnie na to.
Zostawiłam ją na tym krześle jeszcze z piętnaście minut, kierowca z jajkami w końcu przyjechał, więc musiałam się rozdzielić między nią a rozładunek skrzynek. Kiedy wróciłam, siedziała już spokojniej, wpatrzona w półkę z konserwami, jakby liczyła puszki. Zapytałam, co teraz zrobi. Powiedziała, że pójdzie do notariusza, tego samego, który robił pełnomocnictwo, bo chce zobaczyć papier na własne oczy, a nie z opowieści Ani.
Nie widziałam jej potem przez dwa tygodnie. Sklep miał inwentaryzację, ja pracowałam na dwie zmiany, więc nawet gdyby przyszła, mogłabym ją przegapić. Dowiedziałam się reszty od Krysi, sąsiadki z drugiego piętra, która wpadła po pieczywo i chleb na zakwasie, ten sam, co zawsze brała pani Basia.
Krysia powiedziała, że pani Basia poszła do notariusza z synową — nie, poprawiła się, z córką — i faktycznie okazało się, że pełnomocnictwo, które podpisała rok temu, dawało Tomkowi prawo do reprezentowania jej w sprawach bieżących warsztatu, ale nie do przepisania własności. To zrobił na podstawie innego dokumentu, który podsunął jej do podpisu razem z papierami wypisowymi ze szpitala, kiedy była jeszcze na wpół odurzona po znieczuleniu. Notariusz, kiedy to usłyszał, powiedział, że przy takim stanie zdrowia podpis można podważyć, że jest na to droga sądowa, unieważnienie z powodu wady oświadczenia woli.
Pani Basia podobno nie krzyczała, nie robiła awantury. Wzięła tylko z powrotem pełną teczkę dokumentów, poszła do adwokata na Piłsudskiego, zapłaciła trzy tysiące osiemset złotych zaliczki z oszczędności, które trzymała na czarną godzinę w książeczce mieszkaniowej jeszcze z czasów PRL-u, i złożyła pozew o unieważnienie przepisania warsztatu.
Sprawa ciągnęła się osiem miesięcy. Widywałam panią Basię rzadziej, bo jeździła autobusem do sądu na Grabiszyńską, czasem wpadała potem po bułki, już w spódnicy zamiast dresu, jakby ubierała się specjalnie na te rozprawy. Raz powiedziała mi, stojąc przy kasie, że Tomek próbował dzwonić, przepraszać, tłumaczyć się stresem w pracy i kredytem na dom, ale ona nie odbierała. Że Ania przestała przyjeżdżać z dziećmi na niedzielny obiad, bo — jak to ujęła pani Basia — "podobno teraz nie ma czasu".
Wyrok zapadł w kwietniu. Sąd unieważnił przepisanie warsztatu, uznając, że dokument podpisany w szpitalu nie mógł być wyrazem świadomej woli. Warsztat wrócił formalnie do pani Basi.
Tego dnia, kiedy wróciła z sądu, przyszła do sklepu nie po bułki, tylko po butelkę wina musującego, tego tańszego, za dwadzieścia dwa złote, które zwykle kupowała tylko na Wigilię. Postawiła je na ladzie, zapłaciła, popatrzyła przez okno na plac zabaw, gdzie akurat jej wnuki — te same, które miały kiedyś dziedziczyć warsztat — bawiły się na huśtawce, przywiezione tego dnia wyjątkowo przez opiekunkę, nie przez Anię.
Powiedziała mi wtedy jedną rzecz, którą zapamiętałam dosłownie, bo rzadko mówiła tak konkretnie. Że następnego dnia jedzie do warsztatu z księgową, żeby zamknąć umowę najmu boksu, którą Tomek podpisał sam ze sobą na uprzywilejowanych warunkach, i że boks przejmie inny mechanik, znajomy jeszcze Zenona, który zaproponował normalną stawkę rynkową. Że dokumenty ma już w teczce, tej samej, w której nosiła papiery do sądu, i że jutro rano zmieni też zamki w biurze warsztatu, bo Tomek wciąż miał do niego klucz.
Nie wiem, czy Tomek kiedykolwiek wrócił po ten klucz i zastał inne zamki. Nie widziałam go już w sklepie. Pani Basia za to przychodzi codziennie o siedemnastej, jak dawniej, czasem teraz z rachunkami z warsztatu, które przegląda przy kasie, czekając, aż zapakuję jej bułki.






