Mój syn nie chciał, żebym nosiła tę bluzę. Mówił, że wyglądam w niej jak stara wariatka z lumpeksu. A ja mu na to: dobrze, niech sobie myślą, że wariatka. Ważne, żeby kamery myślały tak samo.

Zaczęło się od tego, że w lutym dostałam mandat za przejście na czerwonym. Tylko że ja nigdy nie przechodzę na czerwonym, bo mam chore kolano i po prostu nie zdążyłabym przebiec. A tam, na skrzyżowaniu Kościuszki i Długiej, stałam spokojnie i czekałam, aż się zmieni. Mandat przyszedł pocztą. Czterysta złotych. Na zdjęciu z monitoringu — jakaś kobieta w mojej kurtce. Przynajmniej tak twierdził system.

Pojechałam do siedziby straży miejskiej na Wiejskiej. Pani w okienku powiedziała, że odwołanie mogę złożyć pisemnie, ale lepiej nie liczyć na uznanie, bo algorytm rozpoznawania twarzy ma skuteczność dziewięćdziesiąt osiem procent. Spytałam, kto ustala te procenty. Pani wzruszyła ramionami i wróciła do rozwiązywania krzyżówki.

I wtedy sobie przypomniałam, że mój kuzyn Tomek, ten, co siedzi w IT, opowiadał kiedyś przy śledzikach o takich ubraniach, co oszukują kamery. Myślałam wtedy, że to gadanie po alkoholu. A teraz nagle zaczęło mi się to wydawać jedyną sensowną rzeczą na świecie.

Tomek mieszka w Gdańsku. Nie widziałam go od pogrzebu ciotki Heleny, czyli jakieś siedem lat. Zadzwoniłam. Odebrał, jakby czekał przy telefonie. Zapytałam, czy to prawda z tymi ubraniami. On na to: ciociu, daj mi dwa tygodnie, to ci coś przyślę. I nie chciał wziąć ani złotówki. Powiedział, że testuje nowy wzór i jestem idealnym przypadkiem do badań.

Bluza przyszła w paczce. Czarna, z nadrukiem, który wygląda jak kilkanaście rozmytych twarzy nałożonych na siebie. Z daleka — chaos. Z bliska — jeszcze większy chaos. Na metce napisane: „Znaczenie użytkowe przy modelach kamer CV-3 i nowszych. Gwarancji brak, bo i tak nikomu nie wierzymy”.

Pierwszy raz założyłam ją do Biedronki. Nie dlatego, żeby coś sprawdzić, po prostu było zimno. Minęłam bramkę, ochroniarz nawet nie podniósł wzroku znad telefonu. Ale to akurat nie dowód, bo on zawsze patrzył w ten ekran, nawet jak ktoś wynosił całego łososia pod pachą.

Prawdziwy test zrobiłam tydzień później. Wróciłam na to samo skrzyżowanie, stanęłam dokładnie w tym miejscu, co wtedy. Kamera nad sygnalizatorem — taka mała, biała, obrotowa — patrzyła prosto na mnie. Stałam tak z minutę. Potem przeszłam na zielonym, jak porządny obywatel, i poszłam do domu.

Żadnego mandatu. Trzy miesiące. Cisza w skrzynce.

Syn powiedział, że to przypadek. Że ja sobie coś ubzdurałam i że lepiej, żebym nie opowiadała tego przy jego dziewczynie, bo ona pracuje w agencji marketingowej i wie wszystko o modzie. Spytałam, czy ona wie coś o tym, jak wygląda zdjęcie z miejskiego monitoringu, kiedy człowiek nic nie zrobił. Syn nie odpowiedział. Włączył PlayStation.

A ja zaczęłam nosić tę bluzę codziennie. Do apteki, do urzędu, po bułki, na spacer nad Odrę. W osiedlowym warzywniaku pan Tadek zapytał, czy to jakaś nowa kolekcja z fitness klubu. Odpowiedziałam, że nie, to z fitnessu dla oczu. Roześmiał się, choć chyba nie zrozumiał.

Pewnej nocy, jakoś w środę, przyszła wiadomość od Tomka. Długi SMS, taki że telefon musiał przewijać. Pisał, że wzór się przyjął, że zrobili z tym wejście na targi w Berlinie, że inwestor z Wrocławia się odezwał. I że chcą, żebym wystąpiła w ich filmiku promocyjnym. Ja, siedemdziesięciolatka z Gorzowa, w bluzie, co wygląda jak pocięta tapeta z lat dziewięćdziesiątych.

Nie odpisałam od razu. Zrobiłam herbatę, usiadłam na balkonie. W bloku naprzeciwko paliło się jedno okno. Ktoś tam siedział przy biurku, pochylony nad czymś. Nie miałam pojęcia kim jest, ale on też mógł widzieć mnie. I gdyby tak sprawdzić w jakimś systemie — czy ja w ogóle jestem? Czy jestem tylko pikselami, które da się do kogoś dopasować, przypiąć jak karteczkę do akt?

Rano odpisałam Tomkowi: „Wchodzę w to, ale pod jednym warunkiem. W filmiku nie pokażecie mojej twarzy”.

Bo cały sens tej bluzy jest taki, żeby nikt nie wiedział, kto pod nią jest. Żeby pani z okienka ze straży miejskiej nie wpisała do systemu kolejnego numeru. Żeby mój syn, który mówi, że przesadzam, sam kiedyś nie musiał udowadniać, że nie był na skrzyżowaniu, na którym nie był.

Filmik nagrali w piwnicy jakiegoś start-upu na Nadodrzu. Dwie godziny. Kazali mi chodzić tam i z powrotem przed kamerą, która według nich rozpoznawała dziewięćdziesiąt dziewięć procent twarzy. Patrzyli na monitor i coś tam klikali. Na końcu jeden z nich, młody chłopak z brodą jak z podręcznika hipstera, powiedział: „No i co, ani razu cię nie złapała”. To była najprzyjemniejsza rzecz, jaką usłyszałam w tym roku.

Tydzień temu Tomek przysłał link do filmiku na jakimś nowym serwisie. Nie wiem, ile razy go obejrzeli. Mojego imienia tam nie ma. Jest tylko napis: „Przechodzień numer cztery. Wiek podany jako: brak danych”. Syn nie skomentował. Za to jego dziewczyna, ta od mody, zapytała, czy zdobędę jej kontakt do projektanta. Podobno teraz takie rzeczy to trend.

A ja dalej noszę bluzę. Tylko już nie codziennie. Czasem mam ochotę, żeby mnie po prostu zobaczyli. Żeby Tadek z warzywniaka zobaczył i powiedział: dzień dobry, pani Jadziu. Bez skanowania, bez plasowania, bez dziewięćdziesięciu ośmiu procent. Tak zwyczajnie — twarz w twarz. Człowiek się robi na widok robota tęskny za tym, co wypada z bramek w Biedronce.

Tomek zaś pytał, czy może przekazać mój numer telefonu producentowi. Powiedziałam, że nie. Niech sami mnie znajdą. Jeśli ich kamery są takie dobre, to nie będzie z tym problemu. Jak dotąd — cisza.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

6 + osiem =

Mój syn nie chciał, żebym nosiła tę bluzę. Mówił, że wyglądam w niej jak stara wariatka z lumpeksu. A ja mu na to: dobrze, niech sobie myślą, że wariatka. Ważne, żeby kamery myślały tak samo.