– „Babciu, powinna Pani iść do innego działu” – chichotali młodzi współpracownicy na widok nowej koleżanki. Nie mieli pojęcia, że to ja kupiłam ich firmę.

Do kogo pani przyszła? rzucił chłopak za kontuarem, nie unosząc wzroku z telefonu, którego ekran w tym śnie pulsował jak bijące serce.
Jego starannie ułożona fryzura i markowy sweter z oddali głosiły własną doniosłość oraz zupełny brak zainteresowania tym, co dzieje się wokół.

Elżbieta Wronowska poprawiła na ramieniu skromną, lecz solidną torebkę. Ubrała się z rozmysłem, by nie rzucać się w oczy: prosta bluzka, spódnica do kolan, wygodne buty bez obcasów.

Były dyrektor, zmęczony Grzegorz o siwych włosach, z którym prowadziła transakcję sprzedaży przedsiębiorstwa, uśmiechnął się na wieść o jej zamiarze.
Koń trojański, Elżbieto Wronowska rzekł z aprobatą. Połkną przynętę, nie dostrzegą haczyka. Nigdy nie pojmą, kim pani naprawdę jest, dopóki nie będzie za późno.

Jestem ich nową koleżanką z pracy. Przyszłam do działu dokumentacji odparła spokojnym, stłumionym tonem, celowo pozbawiając go wszelkiej władczości.

Chłopak wreszcie podniósł głowę. Przejechał wzrokiem od zużytych butów aż po starannie uczesane siwe włosy, a w jego oczach zapłonęła jawna, bezwstydna drwina. Nie starał się jej nawet zamaskować.
A tak, mówili, że ktoś nowy ma dołączyć. Odebrała pani przepustkę u ochrony?
Tak, mam ją ze sobą.

Leniwym gestem wskazał na kołowrót, jakby odganiał natrętnego owada.
Pani miejsce jest gdzieś na samym końcu. Jakoś panią tam znajdzie.

Elżbieta Wronowska skinęła głową. Znajdę się powtórzyła w myślach, wkraczając do przestrzeni open space, która w tym śnie brzęczała jak rój, a biurka unosiły się lekko nad podłogą.

Od czterdziestu lat radziła sobie z meandrami życia. Po nagłej śmierci męża ożywiła przedsiębiorstwo bliskie bankructwa. Prowadziła zawiłe inwestycje, które pomnażały jej majątek. I odkryła sposób, by nie oszaleć w ogromnym, pustym domu pełnym nudy i samotności mając sześćdziesiąt pięć lat. Ta kwitnąca, lecz gnijąca od środka firma informatyczna tak przynajmniej ją postrzegała okazała się najciekawszym wyzwaniem ostatnich lat.

Jej biurko stało w najdalszym kącie, zaraz przy drzwiach do archiwum. Było stare, porysowane, z krzesłem, które skrzypiało przy każdym ruchu niczym mała wysepka z dawnych czasów pośród morza lśniących gadżetów, gdzie światła migały sennie.

Już się pani aklimatyzuje? rozległ się za plecami mdląco słodki głos. Przed nią pojawiła się Zofia, szefowa marketingu, w kostiumie w kolorze kości słoniowej, starannie wyprasowanym. Otoczona była wonią drogich perfum i aromatem powodzenia, który w śnie wirował jak dym.
Próbuję odpowiedziała łagodnie Elżbieta Wronowska.

Będzie musiała pani sprawdzić zeszłoroczne kontrakty związane z projektem Orzeł. Leżą w archiwum. Nie powinno to być zbyt trudne w jej słowach pobrzmiewała wyższość, jakby zadawała proste zadanie komuś, kto ledwo nadąża. Zofia spojrzała na nią jak na dziwaczną, wymarłą skamielinę. Gdy odeszła zdecydowanym krokiem, za plecami Elżbiety Wronowskiej rozległo się ciche chichotanie.
W dziale kadr całkiem odjechali z lekami. Zaraz zaczną przyjmować dinozaury.

Elżbieta Wronowska udała, że nic nie słyszy. Musiała jeszcze rozejrzeć się po okolicy. Ruszyła w kierunku działu rozwoju i przystanęła przy szklanej ścianie sali, w której kilku młodych ludzi gorączkowo się spierało.
Szuka pani czegoś, proszę pani? zagadnął wysoki chłopak, wychodząc zza biurka.

Tomek, główny programista. Przyszła gwiazda przedsiębiorstwa tak przynajmniej głosiła jego charakterystyka. Charakterystyka, którą najpewniej sam sobie ułożył.
Tak, synku, szukam archiwum.

Tomek uśmiechnął się i odwrócił do kolegów, którzy z zaciekawieniem przyglądali się scenie, jakby to był darmowy pokaz cyrkowy, lecz w tym śnie clowni topnieli w powietrzu.
Babciu, chyba trafiła pani do złego działu. Archiwum jest tam machnął ręką w nieokreślonym kierunku, wskazując w stronę jej biurka. My tu robimy poważne rzeczy. Takie, o jakich pani nawet nie marzyła.

Grupa za nim cicho zachichotała. Elżbieta Wronowska poczuła, jak w jej wnętrzu budzi się zimny, opanowany gniew, który w tym śnie przybierał kształt rozciągających się cieni. Spojrzała na zarozumiałe twarze, na drogi zegarek na przegubie Tomka. To wszystko zostało sfinansowane z jej pieniędzy, które w tym śnie spływały jak rzeka mgły.
Dziękuję odrzekła równym głosem. Już wiem dokładnie, gdzie mam iść.

Archiwum okazało się małym, pozbawionym okien pomieszczeniem, w którym powietrze było ciężkie jak w starym śnie. Elżbieta Wronowska zabrała się do przeglądania. Folder z projektem Orzeł znalazła bez trudu. Systematycznie przeglądała dokumenty. Umowy, dodatki, potwierdzenia wykonania. Na papierze wszystko wyglądało nienagannie. Jednak jej doświadczony wzrok od razu wychwycił niepokojące szczegóły. W teczkach dotyczących podwykonawcy Cyber-Systemy kwoty zaokrąglano do pełnych tysięcy mogło to być przeoczenie, lecz równie dobrze celowe zatajenie prawdziwych rozliczeń. Opisy wykonanych prac były mgliste: usługi doradcze, wsparcie w analizach, doskonalenie procesów. To klasyczne sposoby na wyprowadzanie środków znała je dobrze jeszcze z lat dziewięćdziesiątych, które w tym śnie pojawiały się jako cienie na ścianie.

Po kilku godzinach drzwi zaskrzypiały. W progu stanęła przestraszona młoda dziewczyna.
Dzień dobry. Nazywam się Basia, jestem z księgowości. Zofia wspomniała, że tu pani jest Na pewno trudno bez dostępu elektronicznego? Mogę pomóc.

W jej głosie nie pobrzmiewała żadna wyższość.
Dziękuję, Basiu. Byłoby to bardzo miłe.
Ależ skąd, to nic takiego. Po prostu oni cóż nie zawsze pojmują, że nie każdy przyszedł na świat z tabletem w dłoni wydukała Basia i zarumieniła się.

Gdy Basia jasno tłumaczyła działanie programu, Elżbieta Wronowska pomyślała, że nawet w najgęstszym bagnie można znaleźć czyste źródło, które w tym śnie tryskało jasną wodą. Zaledwie Basia wyszła, w drzwiach stanął Tomek.
No, pilnie potrzebuję egzemplarza umowy z Cyber-Systemy.

Mówił tonem, jakby wydawał rozkaz służącej.
Dzień dobry odparła spokojnie Elżbieta Wronowska. Właśnie je sprawdzam. Proszę o chwilę.
Chwilę? Nie mam chwili. Za pięć minut mam rozmowę. Dlaczego to nie jest jeszcze w systemie? Co tu w ogóle robią?

Arogancja była jego piętą achillesową. Uważał, że nikt a już na pewno nie ta starsza pani nie odważy się podważyć jego działań.
Dzisiaj zaczyna się mój pierwszy dzień odpowiedziała równym głosem. I próbuję naprawić to, czego inni nie uporządkowali.
Nie interesuje mnie to! przerwał i podszedłszy do biurka, bezceremonialnie wyrwał jej z rąk poszukiwany folder. Z wami, starymi, zawsze tylko kłopoty!

Następnie wybiegł, trzaskając drzwiami. Elżbieta Wronowska nie spojrzała za nim. Widziała już wszystko, co było potrzebne. Wyjęła telefon i wybrała numer swojego prawnika.
Andrzej, dzień dobry. Proszę sprawdzić jedną spółkę. Nazywa się Cyber-Systemy. Mam przeczucie, że jej właściciele mogą być bardzo interesujący.

Następnego ranka telefon zawibrował.
Elżbieto Wronowska, miała pani rację. Cyber-Systemy to pusta firma fasadowa. Zarejestrowana na nazwisko pewnego Kowalskiego. Kuzyna ich głównego dewelopera, Tomka. Typowy manewr.
Dziękuję, Andrzeju. Właśnie tego potrzebowałam.

Kulminacja nastąpiła po obiedzie. Całe biuro zwołano na cotygodniowe zebranie. Zofia promieniała, relacjonując osiągnięcia.
Ojej, chyba zapomniałam wydrukować raport konwersji. Elżbieto odezwała się przez mikrofon, jej głos brzmiał słodko i trująco , bądź łaskawa przynieść folder z czwartego kwartału z archiwum. Tylko tym razem postaraj się nie zabłądzić.

Po sali przebiegł cichy śmiech. Elżbieta Wronowska wstała bez słowa. Granica została przekroczona, a w tym śnie korytarz wydłużał się w nieskończoność. Po kilku minutach wróciła. Tomek stał obok Zofii i coś do niej szeptał.
A oto nasza zbawicielka! oznajmił donośnie Tomek. Mogłaby pani przyspieszyć. Czas to pieniądz. Zwłaszcza nasze pieniądze.

To jedno słowo nasze przelało czarę. Elżbieta Wronowska wyprostowała plecy. Poprzednie przygarbienie ulotniło się bez śladu. Jej wzrok stał się stalowy.
Ma pan rację, Tomku. Czas to rzeczywiście pieniądz. Szczególnie ten, który jest prany na czysto przez firmę Cyber-Systemy. Nie sądzi pan, że ten projekt przyniósł panu osobiście znacznie więcej korzyści niż całemu przedsiębiorstwu?

Twarz Tomka zmieniła się. Uśmiech zgasł.
Ja ja nie rozumiem, o co pani chodzi.
Naprawdę? To może wyjaśni pan wszystkim, jakie pokrewieństwo łączy pana z pewnym panem Kowalskim?

W sali zapadła grobowa cisza. Zofia próbowała ratować sytuację.
Przepraszam, ale na jakiej podstawie ta nasza pracownica wtrąca się do naszych finansów?

Elżbieta Wronowska nie zwróciła na nią uwagi. Powoli obeszła stół i stanęła na jego czele.
Moje prawo jest najprostsze. Pozwólcie, że się przedstawię. Elżbieta Wronowska. Nowa właścicielka firmy.

Gdyby w sali wybuchła bomba, zdziwienie byłoby mniejsze.
Tomku ciągnęła zimnym głosem , jest pan zwolniony. Moi prawnicy skontaktują się z panem i pańskim kuzynem. Radzę nie opuszczać miasta.

Tomek osunął się i bez słowa usiadł na krześle.
Pani Zofio, również jest pani zwolniona. Z powodu braku kompetencji i zatruwania atmosfery w pracy.

Twarz Zofii poczerwieniała. Jak pani śmie!
Śmiem odparła ostro Elżbieta Wronowska. Ma pani godzinę na spakowanie rzeczy. Ochrona panią wyprowadzi. To dotyczy wszystkich, którzy sądzą, że wiek usprawiedliwia drwiny. Młody recepcjonista i kilku programistów z działu mogą odejść.

W sali zapanował lęk.
W najbliższych dniach rozpocznie się w firmie pełny audyt.

Jej wzrok spoczął na przerażonej twarzy Basi, która kryła się w odległym kącie.
Basiu, proszę podejść.

Basia drżącymi krokami zbliżyła się do stołu.
W ciągu dwóch dni była pani jedyną osobą, która okazała nie tylko fachowość, ale i zwykłą ludzką życzliwość. Właśnie zakładam nowy dział kontroli wewnętrznej i chciałabym, by dołączyła pani do mojego zespołu. Jutro omówimy szczegóły nowej funkcji oraz szkolenia.

Basia z wrażenia otworzyła usta, lecz nie wydobyła z siebie słowa.
Da pani radę stwierdziła stanowczo Elżbieta Wronowska. Teraz niech wszyscy wrócą do swoich obowiązków. Zwolnieni są wyjątkiem. Dzień pracy trwa dalej.

Odwróciła się i wyszła, pozostawiając za sobą świat w ruinie, zbudowany na pysze i poczuciu wyższości. Nie odczuwała triumfu. Tylko zimne, ciche zadowolenie takie, jakie towarzyszy dobrze wykonanej pracy. Albowiem by wznieść dom na mocnych fundamentach, trzeba najpierw oczyścić plac z zgnilizny. A ona właśnie zaczynała wielkie porządki. Do kogo pani przyszła? rzucił chłopak za kontuarem, nie unosząc wzroku z telefonu, którego ekran w tym śnie pulsował jak bijące serce.
Jego starannie ułożona fryzura i markowy sweter z oddali głosiły własną doniosłość oraz zupełny brak zainteresowania tym, co dzieje się wokół.

Elżbieta Wronowska poprawiła na ramieniu skromną, lecz solidną torebkę. Ubrała się z rozmysłem, by nie rzucać się w oczy: prosta bluzka, spódnica do kolan, wygodne buty bez obcasów.

Były dyrektor, zmęczony Grzegorz o siwych włosach, z którym prowadziła transakcję sprzedaży przedsiębiorstwa, uśmiechnął się na wieść o jej zamiarze.
Koń trojański, Elżbieto Wronowska rzekł z aprobatą. Połkną przynętę, nie dostrzegą haczyka. Nigdy nie pojmą, kim pani naprawdę jest, dopóki nie będzie za późno.

Jestem ich nową koleżanką z pracy. Przyszłam do działu dokumentacji odparła spokojnym, stłumionym tonem, celowo pozbawiając go wszelkiej władczości.

Chłopak wreszcie podniósł głowę. Przejechał wzrokiem od zużytych butów aż po starannie uczesane siwe włosy, a w jego oczach zapłonęła jawna, bezwstydna drwina. Nie starał się jej nawet zamaskować.
A tak, mówili, że ktoś nowy ma dołączyć. Odebrała pani przepustkę u ochrony?
Tak, mam ją ze sobą.

Leniwym gestem wskazał na kołowrót, jakby odganiał natrętnego owada.
Pani miejsce jest gdzieś na samym końcu. Jakoś panią tam znajdzie.

Elżbieta Wronowska skinęła głową. Znajdę się powtórzyła w myślach, wkraczając do przestrzeni open space, która w tym śnie brzęczała jak rój, a biurka unosiły się lekko nad podłogą.

Od czterdziestu lat radziła sobie z meandrami życia. Po nagłej śmierci męża ożywiła przedsiębiorstwo bliskie bankructwa. Prowadziła zawiłe inwestycje, które pomnażały jej majątek. I odkryła sposób, by nie oszaleć w ogromnym, pustym domu pełnym nudy i samotności mając sześćdziesiąt pięć lat. Ta kwitnąca, lecz gnijąca od środka firma informatyczna tak przynajmniej ją postrzegała okazała się najciekawszym wyzwaniem ostatnich lat.

Jej biurko stało w najdalszym kącie, zaraz przy drzwiach do archiwum. Było stare, porysowane, z krzesłem, które skrzypiało przy każdym ruchu niczym mała wysepka z dawnych czasów pośród morza lśniących gadżetów, gdzie światła migały sennie.

Już się pani aklimatyzuje? rozległ się za plecami mdląco słodki głos. Przed nią pojawiła się Zofia, szefowa marketingu, w kostiumie w kolorze kości słoniowej, starannie wyprasowanym. Otoczona była wonią drogich perfum i aromatem powodzenia, który w śnie wirował jak dym.
Próbuję odpowiedziała łagodnie Elżbieta Wronowska.

Będzie musiała pani sprawdzić zeszłoroczne kontrakty związane z projektem Orzeł. Leżą w archiwum. Nie powinno to być zbyt trudne w jej słowach pobrzmiewała wyższość, jakby zadawała proste zadanie komuś, kto ledwo nadąża. Zofia spojrzała na nią jak na dziwaczną, wymarłą skamielinę. Gdy odeszła zdecydowanym krokiem, za plecami Elżbiety Wronowskiej rozległo się ciche chichotanie.
W dziale kadr całkiem odjechali z lekami. Zaraz zaczną przyjmować dinozaury.

Elżbieta Wronowska udała, że nic nie słyszy. Musiała jeszcze rozejrzeć się po okolicy. Ruszyła w kierunku działu rozwoju i przystanęła przy szklanej ścianie sali, w której kilku młodych ludzi gorączkowo się spierało.
Szuka pani czegoś, proszę pani? zagadnął wysoki chłopak, wychodząc zza biurka.

Tomek, główny programista. Przyszła gwiazda przedsiębiorstwa tak przynajmniej głosiła jego charakterystyka. Charakterystyka, którą najpewniej sam sobie ułożył.
Tak, synku, szukam archiwum.

Tomek uśmiechnął się i odwrócił do kolegów, którzy z zaciekawieniem przyglądali się scenie, jakby to był darmowy pokaz cyrkowy, lecz w tym śnie clowni topnieli w powietrzu.
Babciu, chyba trafiła pani do złego działu. Archiwum jest tam machnął ręką w nieokreślonym kierunku, wskazując w stronę jej biurka. My tu robimy poważne rzeczy. Takie, o jakich pani nawet nie marzyła.

Grupa za nim cicho zachichotała. Elżbieta Wronowska poczuła, jak w jej wnętrzu budzi się zimny, opanowany gniew, który w tym śnie przybierał kształt rozciągających się cieni. Spojrzała na zarozumiałe twarze, na drogi zegarek na przegubie Tomka. To wszystko zostało sfinansowane z jej pieniędzy, które w tym śnie spływały jak rzeka mgły.
Dziękuję odrzekła równym głosem. Już wiem dokładnie, gdzie mam iść.

Archiwum okazało się małym, pozbawionym okien pomieszczeniem, w którym powietrze było ciężkie jak w starym śnie. Elżbieta Wronowska zabrała się do przeglądania. Folder z projektem Orzeł znalazła bez trudu. Systematycznie przeglądała dokumenty. Umowy, dodatki, potwierdzenia wykonania. Na papierze wszystko wyglądało nienagannie. Jednak jej doświadczony wzrok od razu wychwycił niepokojące szczegóły. W teczkach dotyczących podwykonawcy Cyber-Systemy kwoty zaokrąglano do pełnych tysięcy mogło to być przeoczenie, lecz równie dobrze celowe zatajenie prawdziwych rozliczeń. Opisy wykonanych prac były mgliste: usługi doradcze, wsparcie w analizach, doskonalenie procesów. To klasyczne sposoby na wyprowadzanie środków znała je dobrze jeszcze z lat dziewięćdziesiątych, które w tym śnie pojawiały się jako cienie na ścianie.

Po kilku godzinach drzwi zaskrzypiały. W progu stanęła przestraszona młoda dziewczyna.
Dzień dobry. Nazywam się Basia, jestem z księgowości. Zofia wspomniała, że tu pani jest Na pewno trudno bez dostępu elektronicznego? Mogę pomóc.

W jej głosie nie pobrzmiewała żadna wyższość.
Dziękuję, Basiu. Byłoby to bardzo miłe.
Ależ skąd, to nic takiego. Po prostu oni cóż nie zawsze pojmują, że nie każdy przyszedł na świat z tabletem w dłoni wydukała Basia i zarumieniła się.

Gdy Basia jasno tłumaczyła działanie programu, Elżbieta Wronowska pomyślała, że nawet w najgęstszym bagnie można znaleźć czyste źródło, które w tym śnie tryskało jasną wodą. Zaledwie Basia wyszła, w drzwiach stanął Tomek.
No, pilnie potrzebuję egzemplarza umowy z Cyber-Systemy.

Mówił tonem, jakby wydawał rozkaz służącej.
Dzień dobry odparła spokojnie Elżbieta Wronowska. Właśnie je sprawdzam. Proszę o chwilę.
Chwilę? Nie mam chwili. Za pięć minut mam rozmowę. Dlaczego to nie jest jeszcze w systemie? Co tu w ogóle robią?

Arogancja była jego piętą achillesową. Uważał, że nikt a już na pewno nie ta starsza pani nie odważy się podważyć jego działań.
Dzisiaj zaczyna się mój pierwszy dzień odpowiedziała równym głosem. I próbuję naprawić to, czego inni nie uporządkowali.
Nie interesuje mnie to! przerwał i podszedłszy do biurka, bezceremonialnie wyrwał jej z rąk poszukiwany folder. Z wami, starymi, zawsze tylko kłopoty!

Następnie wybiegł, trzaskając drzwiami. Elżbieta Wronowska nie spojrzała za nim. Widziała już wszystko, co było potrzebne. Wyjęła telefon i wybrała numer swojego prawnika.
Andrzej, dzień dobry. Proszę sprawdzić jedną spółkę. Nazywa się Cyber-Systemy. Mam przeczucie, że jej właściciele mogą być bardzo interesujący.

Następnego ranka telefon zawibrował.
Elżbieto Wronowska, miała pani rację. Cyber-Systemy to pusta firma fasadowa. Zarejestrowana na nazwisko pewnego Kowalskiego. Kuzyna ich głównego dewelopera, Tomka. Typowy manewr.
Dziękuję, Andrzeju. Właśnie tego potrzebowałam.

Kulminacja nastąpiła po obiedzie. Całe biuro zwołano na cotygodniowe zebranie. Zofia promieniała, relacjonując osiągnięcia.
Ojej, chyba zapomniałam wydrukować raport konwersji. Elżbieto odezwała się przez mikrofon, jej głos brzmiał słodko i trująco , bądź łaskawa przynieść folder z czwartego kwartału z archiwum. Tylko tym razem postaraj się nie zabłądzić.

Po sali przebiegł cichy śmiech. Elżbieta Wronowska wstała bez słowa. Granica została przekroczona, a w tym śnie korytarz wydłużał się w nieskończoność. Po kilku minutach wróciła. Tomek stał obok Zofii i coś do niej szeptał.
A oto nasza zbawicielka! oznajmił donośnie Tomek. Mogłaby pani przyspieszyć. Czas to pieniądz. Zwłaszcza nasze pieniądze.

To jedno słowo nasze przelało czarę. Elżbieta Wronowska wyprostowała plecy. Poprzednie przygarbienie ulotniło się bez śladu. Jej wzrok stał się stalowy.
Ma pan rację, Tomku. Czas to rzeczywiście pieniądz. Szczególnie ten, który jest prany na czysto przez firmę Cyber-Systemy. Nie sądzi pan, że ten projekt przyniósł panu osobiście znacznie więcej korzyści niż całemu przedsiębiorstwu?

Twarz Tomka zmieniła się. Uśmiech zgasł.
Ja ja nie rozumiem, o co pani chodzi.
Naprawdę? To może wyjaśni pan wszystkim, jakie pokrewieństwo łączy pana z pewnym panem Kowalskim?

W sali zapadła grobowa cisza. Zofia próbowała ratować sytuację.
Przepraszam, ale na jakiej podstawie ta nasza pracownica wtrąca się do naszych finansów?

Elżbieta Wronowska nie zwróciła na nią uwagi. Powoli obeszła stół i stanęła na jego czele.
Moje prawo jest najprostsze. Pozwólcie, że się przedstawię. Elżbieta Wronowska. Nowa właścicielka firmy.

Gdyby w sali wybuchła bomba, zdziwienie byłoby mniejsze.
Tomku ciągnęła zimnym głosem , jest pan zwolniony. Moi prawnicy skontaktują się z panem i pańskim kuzynem. Radzę nie opuszczać miasta.

Tomek osunął się i bez słowa usiadł na krześle.
Pani Zofio, również jest pani zwolniona. Z powodu braku kompetencji i zatruwania atmosfery w pracy.

Twarz Zofii poczerwieniała. Jak pani śmie!
Śmiem odparła ostro Elżbieta Wronowska. Ma pani godzinę na spakowanie rzeczy. Ochrona panią wyprowadzi. To dotyczy wszystkich, którzy sądzą, że wiek usprawiedliwia drwiny. Młody recepcjonista i kilku programistów z działu mogą odejść.

W sali zapanował lęk.
W najbliższych dniach rozpocznie się w firmie pełny audyt.

Jej wzrok spoczął na przerażonej twarzy Basi, która kryła się w odległym kącie.
Basiu, proszę podejść.

Basia drżącymi krokami zbliżyła się do stołu.
W ciągu dwóch dni była pani jedyną osobą, która okazała nie tylko fachowość, ale i zwykłą ludzką życzliwość. Właśnie zakładam nowy dział kontroli wewnętrznej i chciałabym, by dołączyła pani do mojego zespołu. Jutro omówimy szczegóły nowej funkcji oraz szkolenia.

Basia z wrażenia otworzyła usta, lecz nie wydobyła z siebie słowa.
Da pani radę stwierdziła stanowczo Elżbieta Wronowska. Teraz niech wszyscy wrócą do swoich obowiązków. Zwolnieni są wyjątkiem. Dzień pracy trwa dalej.

Odwróciła się i wyszła, pozostawiając za sobą świat w ruinie, zbudowany na pysze i poczuciu wyższości. Nie odczuwała triumfu. Tylko zimne, ciche zadowolenie takie, jakie towarzyszy dobrze wykonanej pracy. Albowiem by wznieść dom na mocnych fundamentach, trzeba najpierw oczyścić plac z zgnilizny. A ona właśnie zaczynała wielkie porządki.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jeden + 13 =

– „Babciu, powinna Pani iść do innego działu” – chichotali młodzi współpracownicy na widok nowej koleżanki. Nie mieli pojęcia, że to ja kupiłam ich firmę.