Stopy, które przestały czuć chodnik

Ciemna, wilgotna noc pod koniec sierpnia. Bożena Kowalik obudziła się o pierwszej dwadzieścia, bo coś ją swędziało w prawej stopie tak mocno, że przebiło się przez sen. Zapaliła lampkę, odrzuciła kołdrę i zobaczyła pod piątym palcem bąbel wielkości pięciozłotówki, sączący się żółtawym płynem, a wokół niego skórę czerwoną jak po oparzeniu. Nie bolało. To było najgorsze — że nie bolało zupełnie.

Miała cukrzycę typu 2 od jedenastu lat. Zastrzyki insuliny robiła sobie sama, rano i wieczorem, w kuchni przy stole pokrytym ceratą w kwiatki. Glukometr leżał obok solniczki — taki widok, do którego przywykła córka, wnuki, sąsiadka zza ściany. Cyfry na małym ekranie bywały różne. Czasem 140, czasem 220. Bożena machała ręką: „Jakoś to będzie", i sięgała po drugi kawałek sernika, bo przecież jeden dzień nie robi różnicy.

Mrowienie w palcach stóp pojawiło się jeszcze przed pandemią, ale przypisywała je zimnu, złym butom, sześćdziesięciu sześciu latom na karku. W tym wieku różne rzeczy bolą, powtarzała sobie, choć emeryturę dostawała od roku i ledwo starczało jej do pierwszego. Potem doszło pieczenie — jakby ktoś przyłożył podeszwy do kaloryfera. A później, powoli, czucie zaczęło znikać zupełnie. Najpierw w opuszkach palców, potem w całej stopie.

Diagnoza padła kilka miesięcy wcześniej, w przychodni przy ulicy Grodzkiej, gdy lekarka dotknęła jej stopy cienkim monofilamentem i zapytała: „Czuje pani to?". Bożena odpowiedziała szczerze: „Co mam czuć?". Doktor Wierzbicka nie owijała w bawełnę — neuropatia cukrzycowa, nerwy w stopach uszkodzone przez lata podwyższonego cukru, rana, której pani nie poczuje, może się zainfekować, zanim pani zauważy, że coś jest nie tak. W najgorszym razie kończy się to amputacją.

Bożena wyszła wtedy z gabinetu z receptą, skierowaniem i postanowieniem, które przetrwało jakieś dwa tygodnie. Kupiła lusterko na długim uchwycie, oglądała stopy trzy wieczory z rzędu, a potem znudziło jej się siedzenie na brzegu łóżka z zadartą nogą jak podczas pedicure'u, którego nikt jej nie robił za darmo. Wróciła do klapek z targu, bo ortopedyczne buty ze sklepu przy dworcu kosztowały sto osiemdziesiąt złotych, a ona nie zamierzała wydawać takiej sumy na coś, co wyglądało jak dla kaleki.

Kinga, jej wnuczka, studentka pierwszego roku pielęgniarstwa w Kielcach, dowiedziała się o tym przez telefon i się wściekła.

— Babcia, ja się uczę na tym, jak ludzie tracą nogi przez dokładnie to, co babcia teraz robi — powiedziała, a w tle słychać było zgiełk stołówki akademickiej, brzęk tac. — Mam zaraz kolokwium z patofizjologii, nie mam czasu jeździć do Radomia i tłumaczyć to samo drugi raz.

— To nie jedź — odparła Bożena, urażona, i odłożyła słuchawkę pierwsza, co zdarzało jej się rzadko.

Nie rozmawiały przez dziesięć dni. Bożena w tym czasie jadła sernik na przekór, dwa kawałki zamiast jednego, i nie zaglądała pod stopy wcale, bo bała się, co może tam zobaczyć, a strach łatwiej było zagłuszyć obrażoną dumą niż lusterkiem.

Aż do tej nocy z bąblem pod piątym palcem.

Usiadła na łóżku, sięgnęła po lusterko, które leżało na szafce nocnej, przysypane paragonami, i wtedy jej ręce zaczęły się trząść na tyle mocno, że lusterko wyślizgnęło się z palców i spadło na podłogę z trzaskiem pękającego szkła. Bożena spojrzała na odłamki, potem na swoją stopę, i pierwszy raz od miesięcy pomyślała nie „jakoś to będzie", tylko: a jeśli już za późno.

Wykręciła numer Kingi drżącym palcem, myląc się dwa razy.

— Kinga, ja… mam coś na nodze. Bąbel. Duży. Nie boli mnie, i to mnie przeraża, bo pamiętam, co mówiłaś o drutach.

Po drugiej stronie chwila ciszy, szelest kołdry, jakby dziewczyna zrywała się z łóżka.

— Babcia, nie dotykaj tego, nie przekłuwaj, niczym nie smaruj. Jesteś sama w domu?

— Tak.

— To siadaj i czekaj, dzwonię po pogotowie ratunkowe, a potem do mamy, niech przyjedzie.

Karetka przyjechała po dwudziestu minutach, które Bożena spędziła nieruchomo na krześle w przedpokoju, z nogą wyciągniętą przed siebie, jakby bała się, że ruch sprawi, że coś w środku pęknie. Ratownik obejrzał stopę, powiedział, że to na szczęście jeszcze nie flegmona, tylko stan zapalny po otarciu od nowych, sztywnych klapek, ale że jeszcze tydzień zwłoki i mogliby mówić o czymś dużo gorszym. Zabrał ją na ostry dyżur, gdzie przez dwa dni leżała na obserwacji, dostawała antybiotyk dożylnie i słuchała, jak pielęgniarki zmieniają jej opatrunek co osiem godzin.

Kinga przyjechała trzeciego dnia, autobusem, zaraz po kolokwium, z plecakiem, w którym miała jeszcze skrypt z patofizjologii. Usiadła przy łóżku, nie na krześle dla gości, tylko na brzegu materaca, tak jak kiedyś siadała na taborecie w kuchni babci.

— Zdałaś? — spytała Bożena, zanim jeszcze cokolwiek innego padło między nimi.

— Zdałam. Na czwórkę.

— To dobrze.

Milczały chwilę, obie patrząc na zabandażowaną stopę wystającą spod kołdry.

— Przepraszam, że się rozłączyłam wtedy pierwsza — powiedziała w końcu Bożena.

— Ja się bardziej wściekałam na tę chorobę niż na babcię. Tylko to nie tak wychodzi przez telefon.

Bożena wyciągnęła rękę i położyła ją na dłoni wnuczki, na tej samej dłoni, która kiedyś obierała z nią ziemniaki na taborecie w kuchni.

— Kup mi te buty ortopedyczne, jak wyjdę — powiedziała. — Te sto osiemdziesiąt złotych. I to lusterko drugie, bo tamto rozbiłam.

Kinga się roześmiała, cicho, przez nos, i wyjęła z plecaka telefon, żeby zapisać sobie na liście zakupów: lusterko, wata, opatrunki, i gdzieś niżej, mniejszymi literami — sernik, bo babcia i tak go kupi, więc niech chociaż będzie ten z mniejszą ilością cukru.

Cztery miesiące później hemoglobina glikowana Bożeny spadła z 8,9 do 7,4. Stopa się zagoiła, blizna została mała, biała, ledwo widoczna. Co wieczór o dwudziestej pierwszej Bożena siadała na brzegu łóżka z nowym lusterkiem i oglądała stopy centymetr po centymetrze, a czasem, kiedy Kinga zostawała na weekend, robiły to razem — jedna trzymała lusterko, druga mówiła, na co patrzeć, i przy okazji kłóciły się o to, czy trzeba obierać ziemniaki ze skórką, czy bez.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

5 × 4 =

Stopy, które przestały czuć chodnik