Barbara Kwiatkowska ma siedemdziesiąt cztery lata i psa, który jest starszy od jej najmłodszego wnuka. Reksio, mieszaniec owczarka, przyszedł do niej jako szczeniak dwadzieścia trzy lata temu, kiedy jeszcze żył jej mąż i kiedy w mieszkaniu przy ulicy Grunwaldzkiej w Bydgoszczy było ich troje. Teraz jest dwoje. Pies ma zaćmę na obu oczach, biodra, które trzeszczą przy każdym wstawaniu, i sierść tak siwą, że sąsiedzi z klatki pytają czasem, czy to nie wilczur, tylko jakiś inny gatunek.
Barbara nie ma sentymentów do słowa "starość". Ma harmonogram. O szóstej rano zagrzewa mu ręcznik na kaloryferze, bo bez ciepła stawy bolą go bardziej. O siódmej podaje tabletki owinięte w plaster szynki, którą kupuje osobno, tylko dla niego, w sklepie na rogu. Emerytura wynosi tysiąc dziewięćset złotych, z czego na leki dla Reksia idzie czterysta dwadzieścia miesięcznie – karprofen na stawy, krople do oczu, suplement na serce. To ponad jedna piąta tego, co ma na życie.
Córka, Ewa, dzwoni raz w tygodniu, zwykle w niedzielę, kiedy wraca z centrum ogrodniczego pod Poznaniem, gdzie mieszka z mężem i dwójką dzieci. Rozmowy są krótkie i zawsze kończą się tym samym zdaniem.
– Mamo, on cierpi. Widziałam go w maju, ledwo wstał z legowiska.
– On wstał. Trochę mu zajęło, ale wstał.
– To nie jest życie, tylko czekanie na koniec.
– Dla niego to jest życie. Innego nie miał i nie chce.
Ewa nie mówi tego ze złości. Mówi to z tego samego miejsca, z którego kiedyś, przy łóżku ojca w szpitalu na Jurasza, powtarzała lekarzom, żeby nie przedłużali. Dla niej litość i miłość to jedno słowo. Dla Barbary – dwa różne światy.
W czerwcu Ewa przyjeżdża bez zapowiedzi, srebrnym kombi, z folderem od weterynarza z Poznania wydrukowanym na papierze firmowym kliniki. W środku – cennik eutanazji, siedemset złotych z dojazdem, i zdanie podkreślone żółtym markerem: "Jakość życia ważniejsza niż jego długość".
– Umówiłam wizytę domową na piątek – mówi, stawiając torbę na krześle w kuchni, tej samej, na której przed laty siadał ojciec. – Lekarz przyjedzie tu, do domu, żeby nie stresować go transportem. Zrobi to spokojnie, we śnie.
Barbara stoi przy zlewie, w rękach trzyma miskę Reksia, jeszcze mokrą po myciu. Nie odkłada jej.
– Kto ci kazał umawiać?
– Nikt. Sama się umówiłam, bo ty tego nie zrobisz, a ktoś musi.
– To ja decyduję, kiedy on ma dość. Nie ty z Poznania, nie lekarz, którego on nigdy nie widział.
– On jest u kresu sił, mamo. Ledwo je, ledwo chodzi na dwór, dwadzieścia trzy lata to jest więcej, niż kiedykolwiek miał żyć.
– Je. Chodzi. Wolniej niż kiedyś, ale to jego tempo, nie twoje.
Reksio, jakby wiedział, że mowa o nim, podnosi się z legowiska pod oknem, przechodzi przez kuchnię – powoli, z przystankiem przy nodze stołu, żeby złapać równowagę – i kładzie łeb na kolanach Barbary. Ona odstawia w końcu miskę i kładzie dłoń na jego karku, tam gdzie sierść jest najgęstsza.
– Widzisz? Przyszedł. Sam. Nikt go nie niósł.
Ewa milczy chwilę, patrząc na psa, który kiedyś biegał za jej rowerem po parku nad Brdą, a teraz stoi z lekko ugiętymi tylnymi łapami, żeby nie bolało.
– Odwołaj tę wizytę – mówi Barbara. – I następnym razem, zanim coś umówisz w moim domu, zapytaj.
– A jeśli on umrze w cierpieniu, kiedy mnie tu nie będzie? Będziesz mi to wypominać do końca życia?
– Jeśli umrze, będę wiedziała, że umarł tu, gdzie zna każdy kąt, obok mnie, a nie na stole u obcego człowieka, bo komuś było wygodniej w piątek.
Wizyta zostaje odwołana tego samego dnia, telefonem z kuchni, przy córce, która stoi oparta o framugę i nie mówi już nic. Ewa zostaje na noc, śpi w dawnym pokoju, a rano, zanim wyjeżdża, klęka przy legowisku i głaszcze psa długo, jakby się z czymś żegnała albo o coś przepraszała.
Reksio żyje jeszcze cztery miesiące. Odchodzi w październiku, we własnym legowisku, owinięty w ten sam ręcznik, który Barbara grzała mu na kaloryferze od dwudziestu trzech lat, z ręką swojej pani na karku. Barbara nie dzwoni po lekarza z Poznania. Dzwoni do swojego, tego z przychodni przy Kruszwickiej, który zna Reksia od szczenięcia i przyjeżdża sam, bez folderu, bez cennika, z jedną strzykawką i słowami: "Dobrze się nim zaopiekowałaś, Basiu. Do samego końca".
Na cmentarzu dla zwierząt pod miastem Barbara każe wyryć na małej tabliczce tylko jedną datę i jedno zdanie: "Dwadzieścia trzy lata razem. Do końca u siebie". Ewa przyjeżdża na pogrzeb, przywozi kwiaty, staje obok matki. Tym razem nie mówi nic o cierpieniu ani o piątku. Bierze matkę za rękę, mocno, palce zaciśnięte na jej palcach, i tak stoją obie przed tabliczką, aż wiatr znad pobliskiego lasu przewraca jedną z przyniesionych róż na trawę, a żadna z nich się po nią nie schyla.






