Dziewiętnaście dni na gzymsie kościoła Świętej Jadwigi

Pani Basiu, to do pani piszę, bo to pani wywiesiła tę kartkę na drzwiach kościoła, że kota ma tu nie być. Mieszkam na Kopernika, trzy bramy od plebanii, i chcę pani opowiedzieć coś, co pół Grudziądza już wie, tylko pani chyba nie chodzi na targ w czwartki.

Rudy zniknął w połowie sierpnia. Dozorca od Świętej Jadwigi, pan Zenon, zauważył go pierwszy – kot siedział na gzymsie wieży, tam gdzie kiedyś było gniazdo bocianie, jakieś osiem metrów nad ziemią. Nikt nie wie, jak się tam wdrapał. Może uciekał przed psem, może po prostu się pomylił, wskakując z rynny na rynnę. W każdym razie utknął. Przez dziewiętnaście dni siedział na tym wąskim występie z cegły, patrząc w dół na dziedziniec, na zakrystię, na ludzi, których znał od lat.

Bo Rudy nie był byle jakim bezdomnym kotem. To on witał dzieciaki wracające ze szkoły podstawowej przy Legionów, to jemu stara pani Weronika z bloku obok wynosiła co rano miseczkę mleka, to za nim uganiał się wnuk kościelnego, kiedy przychodził w niedzielę na mszę o dziesiątej. Parafialne panie ze wspólnoty różańcowej dokarmiały go resztkami po spotkaniach – ktoś zawsze miał w torbie kawałek parówki. Rudy był tak samo częścią tego podwórka jak stary kasztanowiec przy furtce.

A jednak tam, na górze, zachowywał się tak, jakby już się pogodził z tym, że komuś przeszkadza. Nie miauczał w nocy, nie robił scen. Siedział cicho, czasem tylko poruszał ogonem, kiedy ktoś przechodził dołem i zadzierał głowę, żeby sprawdzić, czy jeszcze tam jest.

Straż pożarna z ulicy Mickiewicza przyjeżdżała dwa razy – za pierwszym razem drabina nie sięgała, za drugim Rudy tak się przestraszył warkotu silnika, że wcisnął się głębiej w kąt, aż strażacy odpuścili, żeby go nie zapędzić jeszcze wyżej. Zbierano się codziennie pod wieżą, ktoś przynosił krzesełko z zakrystii, żeby usiąść i popilnować, czy nie spadnie. Jedna z wolontariuszek, Ela, wnosiła mu jedzenie na długim kiju wędkarskim, przywiązując kawałek kurczaka sznurkiem – tylko po to, żeby nie zgłodniał do reszty.

Dziewiętnastego dnia rano zjawił się kominiarz, pan Grzesiek, z drabiną teleskopową i siatką na długim uchwycie. Nikt się nie spodziewał, że pójdzie tak łatwo. Rudy nie drapał, nie próbował uciekać w głąb muru. Pozwolił się objąć, jakby czekał właśnie na taki gest – bez pośpiechu, bez szarpaniny. Kiedy zniósł go na dół, na dziedzińcu zebrało się już z piętnaście osób, ktoś klaskał, pani Weronika płakała, trzymając w ręku tę samą miseczkę, z której karmiła go od lat.

Teraz Rudy mieszka na podwórku szkolnym przy Legionów – tam, gdzie dzieci go rozpoznają i tam, gdzie już nikt nie każe mu się chować. Woźna zrobiła mu z kartonu domek, wyściełała starym kocem, dzieci na przerwach noszą mu resztki kanapek.

Więc, pani Basiu – może zamiast kartki na drzwiach, warto by było powiesić tam miseczkę.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

12 − 4 =

Dziewiętnaście dni na gzymsie kościoła Świętej Jadwigi