Dwadzieścia minut do zamknięcia apteki

Pracuję w rejestracji przychodni na Grochowie od jedenastu lat i myślałam, że nic mnie już nie zaskoczy. Aż do wtorku.

Pani Krystyna przychodziła do nas co miesiąc po recepty – zawsze punktualnie o dziewiątej, zawsze z tą samą siatką w kratkę i termosem herbaty, bo czekanie potrafiło się przeciągnąć. Ostatnio jednak coś się zmieniło. Nie przyszła na wizytę kontrolną do kardiologa, potem odwołała termin u internisty, tłumacząc się przez telefon, że "jakoś nie ma siły". Pani doktor Wesołowska kazała mi zanotować to w karcie i dopilnować, żeby ktoś z rodziny się zgłosił. Nikt się nie zgłosił.

W poniedziałek wieczorem sąsiadka z dołu, pani Ziuta, zapukała do drzwi pani Krystyny z zapytaniem, czy odbiera paczkę od kuriera – i zastała ją na podłodze w przedpokoju. Karetka jechała dziewięć minut, bo akurat korek na Grenadierów. Trafiła na SOR do szpitala przy Grenadierów, tego samego, w którym leżała rok wcześniej z załamaniem biodra.

Zadzwoniłam do córki, bo numer mieliśmy w kartotece – Aneta, czterdzieści dwa lata, mieszka na Pradze-Południe, może pół godziny drogi. Przyjechała po dwóch godzinach, nie po dwudziestu minutach. Weszła do poczekalni w futrze narzuconym na piżamę, telefon przy uchu, i zanim jeszcze usiadła, zaczęła się awanturować przy okienku – dlaczego nikt nie zadzwonił wcześniej, dlaczego matka leży bez opieki, dlaczego w ogóle do tego doszło.

Lekarz dyżurny, młody, chyba nie miał jeszcze trzydziestki, tłumaczył jej cierpliwie, że pacjentka od miesięcy nie brała leków regularnie, że nie było kontaktu z rodziną, że stan jest ciężki. Aneta nie chciała tego słuchać. Powtarzała w kółko, że przecież dzwoniła do mamy w każdą niedzielę.

– Kiedy pani ostatnio była u niej osobiście? – spytał lekarz.

Nie odpowiedziała. Odwróciła się i wyszła na korytarz zapalić, choć w budynku nie wolno, i strażnik musiał ją stamtąd zganić.

Koło jedenastej przyjechał syn, Marek. Mieszka w Wołominie, to niecałe pół godziny samochodem. Powiedział przy mnie, w rejestracji, że nie widział matki od Wielkanocy. Kiedy zobaczył ją podłączoną do respiratora, zaczął krzyczeć na pielęgniarkę, że przecież rano jeszcze rozmawiał z nią przez telefon i była w porządku – co, jak się później okazało, nie było prawdą, bo ostatnia rozmowa była trzy tygodnie wcześniej, sprawdziłam to w billingach, kiedy szukaliśmy numeru do rodziny.

Przez cały dzień to samo. Co pół godziny ktoś podchodził do dyżurki z pretensjami – dlaczego nie ma jeszcze wyników, dlaczego nie podano jeszcze tego czy tamtego leku, czy nie dałoby się sprowadzić profesora z Wolskiego. Lekarz tłumaczył raz po raz, że robią wszystko, co możliwe, że organizm nie odpowiada na leczenie.

Po południu Aneta zadzwoniła do siostry, Doroty, która od dwunastu lat mieszka w Bristolu i nie widziała matki od ośmiu lat – ostatni raz na pogrzebie ojca. Dorota krzyczała przez telefon tak głośno, że słyszałam to z rejestracji, choć drzwi do sali były zamknięte. Chciała, żeby lekarze "zrobili wszystko", żeby matka "dotrwała", bo ona już kupiła bilet i będzie za jedenaście godzin.

Nie dotrwała.

Serce pani Krystyny przestało bić kwadrans po czternastej. Kiedy lekarz wyszedł to powiedzieć, Marek rzucił w niego słowami, które słyszałam przez uchylone drzwi poczekalni:

– To wasza wina. Zabiliście naszą matkę.

Lekarz nic nie odpowiedział. Stał chwilę, potem podał im chusteczki z pudełka na parapecie i wyszedł do kolejnego pacjenta, bo dyżur trwał dalej.

Ja zamykałam tego dnia rejestrację o piętnastej i zanim wyszłam, jeszcze raz otworzyłam kartotekę pani Krystyny na komputerze. Ostatni wpis: "pacjentka nie zgłosiła się na wizytę kontrolną, brak kontaktu z rodziną". Data sprzed pięciu tygodni. Wydrukowałam tę stronę i schowałam do teczki z dokumentami zmarłych pacjentów, którą przekazujemy administracji – to standardowa procedura, ale tym razem zatrzymałam rękę na tej kartce dłużej, niż było trzeba.

Trzy dni później Aneta przyszła po zaświadczenie zgonu do wypisania spadku. Miała już przy sobie teczkę z dokumentami mieszkania na Saskiej Kępie – mama zapisała je w testamencie na oboje, po połowie. Podpisała, co trzeba, odebrała papiery, powiedziała "dziękuję" i wyszła.

Nie spytała mnie, kiedy matka ostatni raz brała leki.

Nie spytała, czy ktoś siedział przy niej w nocy, zanim przyszła sąsiadka.

Zapytała tylko, czy notariusz przyjmuje jeszcze dziś po siedemnastej.

Odpowiedziałam, że tak, bo akurat wiedziałam – kancelaria przy Grochowskiej pracuje do osiemnastej. Podziękowała i wyszła, stukając obcasami po linoleum tak szybko, że nie zdążyłam nawet powiedzieć, że przykro mi z powodu straty.

Teczkę z jej kartoteki oddałam do archiwum tydzień później. Nikt więcej po nią nie przyszedł.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

10 + 7 =

Dwadzieścia minut do zamknięcia apteki