Fałszywe imię na fałszywej fakturze

Nazywam się Marek Ostrowski i mam czterdzieści cztery lata. Prowadzę warsztat blacharsko-lakierniczy przy ulicy Krótkiej w Radomiu, ten sam, który po ojcu przejąłem jedenaście lat temu. Tego wieczoru, dwudziestego kwietnia, stałem za kulisami sali widowiskowej Miejskiego Domu Kultury w Radomiu i trzymałem w garści kołnierzyk marynarki dyrygenta orkiestry dętej, w której gram na puzonie od dwudziestu lat.

— Zdejmij jej ten welon albo się stąd wynoś — wycedziłem przez zęby.

To ja byłem tym, którego w tej historii nazwano by draniem. Więc niech ktoś w końcu powie, jak to wyglądało z mojej strony.

Byłem wtedy kierownikiem naszej orkiestry — funkcja, o którą walczyłem osiem lat, odkąd urząd miasta zaczął dotować nas z budżetu kultury. Tego wieczoru mieliśmy grać finał wojewódzkiego przeglądu folkloru, połączony ze ślubem córki starosty. W pierwszym rzędzie siedziała komisja z urzędu marszałkowskiego — dwóch mężczyzn w garniturach i kobieta w okularach, która decydowała, czy nasz zespół dostanie status orkiestry reprezentacyjnej, a wraz z nim dotację na kolejny rok. Bez tych pieniędzy Sylwek, nasz trębacz, wróciłby do pracy na stacji benzynowej, a mały Kubuś straciłby stypendium na akademię muzyczną.

Ola — dwudziestoletnia waltornistka, najlepsza, jaką kiedykolwiek mieliśmy — trzy lata wcześniej wpadła ręką w przekładnię starej kosiarki rolniczej na gospodarstwie ojca. Blizny biegły od skroni po żuchwę, głębokie, ciemnoczerwone. Kiedy Ryszard, nasz dyrygent, przyjął ją z powrotem po szpitalu, urzędnicy krzywili się, że orkiestra na uroczystościach ma wyglądać reprezentacyjnie. Ja się nie krzywiłem. Ja się bałem. To inna rzecz.

Może pomyślicie, że nie miałem prawa się bać o dotację, skoro chodziło o twarz dziewczyny. Ale ja tego wieczoru widziałem coś innego niż wszyscy: widziałem Sylwka, który po próbie generalnej zapytał mnie, czy jak stracimy status, będzie musiał sprzedać puzon. Widziałem korytarz z odpadającym tynkiem, bo remont sali czekał na tę samą dotację od czterech lat. Widziałem siebie, człowieka, który ma iść na komisję i tłumaczyć, dlaczego reprezentacyjny zespół pokazał się publicznie z odsłoniętą twarzą, o którą nikt nie pytał. Strach robi z ludzi drani szybciej niż złość.

Poszedłem do garderoby. Ola siedziała przed lustrem w pełnym stroju panny młodej — ciężki gorset haftowany w krakowski wzór, korale, wianek z woskowych kwiatów i ten sam koronkowy welon po prababce, sto lat w rodzinie. Podałem jej beżową chustę, którą wcisnęła mi wcześniej asystentka starosty.

— Nie zamierzam się malować — powiedziała, nie odwracając się. Palce miała zaciśnięte na krawędzi toaletki, aż pobielały kostki.

— Tam siedzi komisja z marszałkowskiego, Olu.

— I co zrobią? Oślepną?

— Zabiorą nam status. A bez niego od stycznia stawki lecą o połowę.

Zapytała, patrząc na mnie w lustrze, czy ja też uważam, że jej twarz psuje wszystkim święto. Nie odpowiedziałem. Wyszedłem z chustą w garści, jak tchórz, i podałem ją Ryszardowi, bo sam nie potrafiłem zawiązać tego węzła na jej policzku.

Nie wiedziałem, co on jej powiedział. Zobaczyłem dopiero efekt — Ola wyszła na scenę z welonem opuszczonym na twarz, przez cienką koronkę prześwitywały blizny, a ja stałem przy pulpicie pierwszej trąbki i czułem, jak mi się poci kark pod kołnierzykiem koszuli.

Zagrała solo na waltorni — ten stary obrzędowy lament panny młodej za dziewczęctwem — i sala ucichła tak, że słyszałem tykanie zegara nad kulisami. A potem oświetleniowiec na górze szarpnął starym statywem, zaczepił girlandę sztucznych kwiatów, wianek Oli się przekrzywił i welon zsunął się na deski sceny.

Stała w pełnym świetle reflektorów z odsłoniętą twarzą. Ktoś w pierwszych rzędach głośno wciągnął powietrze. Moja trąbka wydała fałszywy pisk i zamilkłem — pierwszy raz w życiu zgubiłem wejście na scenie. Czułem, jak cała sekcja blaszana się rozjeżdża, jak rytm się rozłazi, jak to, na co pracowaliśmy osiem lat, rozpada się w ciągu trzech sekund.

Ola opuściła instrument. Zrobiła pół kroku do tyłu, jakby chciała uciec w ciemność kulis. I wtedy Ryszard, zamiast przerwać, zamiast dać nam techniczną pauzę, odwrócił się do orkiestry, uderzył batutą o pulpit i krzyknął: „Tutti! Forte!" — patrząc jej prosto w oczy, bez litości, jak mistrz patrzy na równego sobie muzyka.

Ola podniosła podbródek, wystawiła bliznę prosto w światło reflektora i zagrała tak, że jej waltornia przebiła całą sekcję dętą. To nie był już lament. To był triumf.

Dograliśmy finał do końca. Cisza po ostatnim akordzie trwała z dziesięć sekund — a potem kobieta z komisji marszałkowskiej wstała i zaczęła klaskać, patrząc prosto na Olę. Sala wybuchła brawami.

W tym samym rzędzie co komisja siedział mężczyzna, którego wcześniej nie zauważyłem — starszy, w sztruksowej marynarce, z programem przeglądu podpisanym nadrukiem konserwatorium w Krakowie. To on organizował coroczny objazd rekrutacyjny po województwach i to on, jeszcze w antrakcie, pytał asystentkę starosty, kto prowadzi sekcję dętą w tej orkiestrze. Wiedziałem o tym, bo Ola od miesiąca pisała do niego maile z nagraniami prób, prosząc, żeby chociaż raz posłuchał Ryszarda na żywo. Nie mówiła mi o tym, bo wiedziała, co bym na to powiedział — że to fantazje, że nikt stąd nie jedzie do Krakowa.

Godzinę później, za kulisami, pakowałem puzon do futerału i nie patrzyłem na Ryszarda. Powiedziałem mu, że burmistrz już podpisał jego zwolnienie. Nie za muzykę — za to, że bez zgody organizatora zmienił zatwierdzony wcześniej program uroczystości, ryzykując zerwanie ceremonii ślubnej w połowie, o czym asystentka starosty zdążyła już poinformować urząd, zanim jeszcze umilkły brawa. Papierowa, formalna wina, która nie miała nic wspólnego z tym, co się wydarzyło na scenie — i właśnie dlatego bolała bardziej. Powiedziałem to głucho, bo wiedziałem, że to ja mu przywiozłem tę chustę, ja stałem przy nim, kiedy ważył się cały wieczór, i ostatecznie to nie ja podjąłem decyzję, którą powinienem był podjąć sam, zanim w ogóle wszedł do garderoby.

Nie poszedłem za nim, kiedy zbierał partytury do starej skórzanej teczki. Zobaczyłem tylko z daleka, jak schyliła się po welon leżący na deskach sceny, złożyła go w kostkę i poszła z nim za kulisy. Kiedy dogoniła Ryszarda przy wyjściu, wcisnęła mu w dłonie razem z welonem kopertę — to zaproszenie od człowieka z konserwatorium, o które zabiegała od miesiąca, teraz już z konkretną datą i warunkiem, żeby przyjechał jako kierownik artystyczny, nie sam.

Nazajutrz rano, kiedy warsztat był jeszcze zamknięty, poszedłem do Domu Kultury po klucze od sali prób, bo formalnie to ja miałem je teraz przechowywać. Drzwi do gabinetu Ryszarda stały otworem, biurko puste, tylko na parapecie leżała jego stara batuta — pęknięta na pół, tam gdzie ją tamtego wieczoru ścisnął zbyt mocno.

W kancelarii sekretarka podała mi kopertę zaadresowaną na moje nazwisko — rezygnacje. Sylwek, Kubuś i jeszcze trzech muzyków odchodzili z orkiestry ze skutkiem natychmiastowym, jadą do Krakowa z Ryszardem i Olą. Podpisali to jeszcze w nocy, na dworcu, czekając na pierwszy poranny pociąg.

Usiadłem w pustym gabinecie z tą kopertą w ręku. Za oknem po nocnym deszczu asfalt przed budynkiem lśnił mokro, a wiatr niósł przez podwórko pierwsze kłaki topolowego puchu, które osiadały na kałużach jak brudny śnieg. Nie zadzwoniłem do burmistrza, żeby błagać o cofnięcie decyzji. Wziąłem tylko z szafy stary dziennik prób orkiestry, wypisałem z niego nazwiska tych pięciu, którzy odeszli, i zaniosłem listę do księgowości, żeby zamknęli im etaty od pierwszego maja — bez potrąceń, bez kłopotów, z pełnym wynagrodzeniem za przepracowany miesiąc. To było jedyne, co mogłem jeszcze zrobić uczciwie.

Kiedy wróciłem do gabinetu, wziąłem z parapetu tę pękniętą batutę i położyłem ją na pustym pulpicie dyrygenckim, dokładnie na środku, tam gdzie zawsze stał Ryszard. Zamknąłem dziennik prób, odłożyłem go na półkę obok innych roczników, i zgasiłem światło w sali, w której przez chwilę słychać było jeszcze tylko skrzypienie krzesła pod moim ciężarem.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jedenaście + 6 =

Fałszywe imię na fałszywej fakturze