Jadzia siedziała przed wejściem do bloku. Wszyscy sąsiedzi wiedzieli, że rodzina z mieszkania numer 22 wyjechała na długo, a na podwórku pojawił się pies, którego upór w wyczekiwaniu ich powrotu czuło się mocniej niż letni wiatr.
Był początek lat dziewięćdziesiątych, w małym miasteczku gdzieś w południowej Polsce. Czerwcowego ranka, tuż przed drzwiami księgarni, rozległ się nagły pisk hamulców. Sprzedawczynie wybiegły na ulicę, lecz świat był senny i prawie pusty.
Tuż przy krawężniku leżał pies. Skamlał cicho i bezskutecznie próbował się podnieść tylne łapy wiotkie jak nitki makaronu, nie słuchały wcale.
Najodważniejsza z kobiet, Weronika, podbiegła od razu. Mówiła łagodnie do psa, gładząc go po pysk i grzbiecie, próbując odkryć, co się wydarzyło.
No co tam, Werka?
Obok stała niepewnie Halina i kierowniczka sklepiku, pani Genowefa. Bały się zobaczyć coś strasznego, choć rana nie było widać. Ale bezwładne łapy mówiły wszystko uraz poważny.
Dziewczyny, chodźcie, zanieśmy ją do magazynu. Może jak odpocznie, to dojdzie do siebie. Zostawić na ulicy nie można, Weronika odezwała się stanowczo.
Halina spojrzała pytająco na panią Genowefę, która z wahaniem kiwnęła głową:
Dobrze, zaraz coś podłożymy pod nią sama uniesiesz?
Dam radę, powiedziała Werka, szukając najwygodniejszego uchwytu.
Pies była mieszańcem, z czymś wilczarzem w pysku. Chuda, zmoczona, bez obroży wyglądała na bezdomną.
Cały dzień przeleżała w magazynie. Dopiero wieczorem, gdy trochę przyzwyczaiła się do nowego miejsca, napiła się wody i zjadła podsunięte jedzenie wszystko bez wstawania. Poruszać się nie mogła.
Następnego dnia Weronika uprosiła ojca, by podjechał po nią i zawiózł do weterynarza.
W miasteczku był jeden mały gabinet weterynaryjny; bez sprzętu, nawet bez rentgena, więc lekarz nie mógł nic pewnego powiedzieć:
Może z czasem stanie na łapy Pies młody, silny. Przy odpowiedniej opiece żyć będzie, mówił poważnie. Ale chodzić mało prawdopodobne.
Wracali w milczeniu. Werka tuliła psa, ojciec co chwilę spoglądał w lusterko i wzdychał. Wieczorem przy kolacji powiedział:
Werka, postaraj się nie przywiązywać, dobrze? I jej nie oswajaj. Jesienią przecież wyjeżdżamy.
Wiem, tato, odpowiedziała cicho Weronika.
Psa nazwano Jadzia. Tak została w magazynie księgarni. Niemal dwa tygodnie ledwo się ruszała, potem zaczęła wyczołgiwać się na dwór nogi wlokły się za nią.
Co z nią zrobić? Zginie na ulicy, a zabrać do domu nikt się nie odważy naradzały się sprzedawczynie. Dobrze chociaż, że pani Genowefa pozwala trzymać ją tu.
Jadzia, zdawało się, nie czuła się skrzywdzona swoją niemocą. Powoli obwąchiwała zakamarki, robiła swoje psie sprawy i wracała na miejsce.
W weekendy dziewczyny zabierały ją do siebie na zmianę. Weronika odmawiała, bo za kilka miesięcy wyczekiwał ją wyjazd do Katowic ojciec przenoszony służbowo, rodzina jechała za nim. Miała rację: przywiązanie wszystko by utrudniło.
A jednak Weronika czuła, że już się przywiązała. Od pierwszego spotkania z tym spojrzeniem na szosie. I Jadzia patrzyła na nią szczególnie, ciepło i z oddaniem.
Pewnego razu Weronice wypadło zabrać Jadzię reszta nie mogła.
Tylko jeden, jedyny raz! tłumaczyła się przed surowym spojrzeniem ojca. Wszystkim rozjazdy, grilla, pikniki
My zresztą też mieliśmy jechać na działkę, dobiegł głos mamy z kuchni.
Jadzia od razu tam pobiegła, jakby wiedziała, że to właśnie mama musi ją zaakceptować. Łapy budziły współczucie, a Jadzia rzuciła mamie to swoje smutne, głodne spojrzenie. Po chwili mama już lamentowała:
Bidulko Głodna jesteś? Werka, to wy jej nie karmicie w księgarni? Nic się nie martw, zabieramy cię na działkę. Tata robi kiełbaski, spodoba ci się!
Werka wymownie spojrzała na ojca, ale on tylko zakręcił głową.
Na działce Jadzia była szczęśliwa i kiełbaski, i sąsiedni pies Burek, który od razu ją polubił. Następnego dnia, po powrocie do mieszkania, Jadzia położyła się przy łóżku Weroniki, jakby tam mieszkała od zawsze.
Poranny powrót do księgarni był dla niej szokiem. Zaniepokojona w magazynie cały dzień, aż w południe, gdy wypuszczono ją na dwór, zniknęła bez śladu.
Dziewczyny wołały ją, szukały, lecz Jadzia nie wróciła do zamknięcia księgarni.
Weronika przeżywała okropnie. Wracała pieszo, wołając co rusz:
Jadzia! Jadziunia, gdzie jesteś? Proszę, pokaż się
I Jadzia się znalazła tuż pod blokiem Weroniki, ledwie żywa. Widać było, że droga była trudną, ale na widok Weroniki rozszalała radością: skomliła, lizała ręce, wiła się jakby ogon jednak ruszył.
Ponowny powrót do księgarni nie miał sensu drogę do domu znała przecież lepiej. Zamknąć ją tam Weronika już nie umiałaby.
I co dalej? pytał ojciec, patrząc na szczęśliwą Jadzię u stóp córki.
Będę ją leczyć, tato. I liczę na twoją pomoc.
Wkrótce zaczynał się urlop Weroniki. Potem zamierzała odejść z pracy. Zostało jej przed wyjazdem do Katowic ponad dwa miesiące i postanowiła poświęcić je Jadzi.
Ojciec woził je kilkakrotnie do dużego miasta, do kliniki z rentgenem. Lekarze nie dawali obietnic, ale zgodzili się operować była nadzieja.
Weronika z Jadzią przeniosły się na działkę. Weronika czuwała przy niej bez wytchnienia: lekarstwa, masaże, gimnastyka łap. Pies jakby uczył się chodzić od nowa.
Na początku wydawało się beznadziejne. Ale rodzice, wizytujący z wycieczek, zauważali drobne postępy: łapy nie szurały już po ziemi choć dalej się rozjeżdżały.
Po miesiącu Jadzia ganiała za Burkiem, śmiesznie zataczając się, a po dwóch miesiącach została tylko lekka kulawego.
Weronika cieszyła się dla niej, lecz drżała przed myślą o zbliżającej się rozłące. Czasu było niewiele.
Sąsiadka właścicielka Burka zaproponowała:
Zostaw ją u mnie. We dwójkę raźniej, a miejsce znane nie będzie tak tęsknić
W dzień wyjazdu Weronika zaprowadziła Jadzię do sąsiadki w gości do Burka. Wieczorem już jechała z rodziną pociągiem do Warszawy. Potem samolotem do Katowic, przesiadka i były w Gliwicach.
Po rozpakowaniu Weronika zadzwoniła do sąsiadki. I usłyszała to, czego najbardziej się obawiała.
W nocy Jadzia poczuła zmianę i całą noc ryła pod ogrodzeniem. Rano sąsiadka zobaczyła w ogródku tylko Burka. Wiedząc, że nie ma sensu czekać, pojechała pod blok Weroniki.
I zobaczyła Jadzię siedziała pod wejściem. Pies ją rozpoznał, lecz warczeniem dał do zrozumienia: nie odejdzie stąd. Na hałas zbiegli się sąsiedzi wszyscy już wiedzieli, że rodzina z 22 wyjechała na długo. Teraz przy wejściu siedział pies, który postanowił na nich czekać, ile tylko trzeba.
Weronika dzwoniła do innej sąsiadki do pani Krystyny z 23. Ta regularnie informowała ją, co dzieje się z Jadzią:
Siedzi wasza Jadzia pod klatką, jak wartowniczka! Do nikogo podejść nie daje. Nawet sąsiadka z działki próbowała ją namówić, kiełbasą przekupić nic nie działa!
Weronika próbowała przelać pani Krystynie pieniądze na karmę, ale ta stanowczo odmawiała:
Co Ty, Werka Cały blok ją dokarmia! O pieniądzach nawet nie myśl
Nadeszła zima. Mieszkańcy także pani Krystyna wpuszczali Jadzię do klatki, żeby się ogrzała. Pies wchodziła na trzecie piętro, pod drzwi mieszkania 22, i kładła się na wycieraczce przed zamkniętymi drzwiami. Wyglądało, jakby doskonale rozumiała, że domowników nie ma, a gdy tylko poczuła ciepło, z powrotem wychodziła pilnować swojego posterunku.
Weronika utrzymywała kontakt z dziewczynami z księgarni. Kilka razy przyszły pod blok, by odwiedzić znajomego psa. Jadzia radośnie je poznawała, wdzięcznie przyjmowała smakołyki, lecz odejść nie chciała.
Weronika rozdzierała się duszą: rzucić wszystko i wracać, lecz poważne sprawy, finanse, nie pozwalały. Początek lat 90. był ciężki trzeba było radzić sobie, jak umiało.
Mogła wrócić dopiero w czerwcu. Gdy podchodziła pod blok, zauważyła Jadzię pies siedziała nieruchomo, z uszami na baczność, lecz po drżeniu ciała było jasne: już rozpoznała Weronikę, ale bała się uwierzyć w szczęście za wcześnie.
Potem były objęcia, łzy i poczucie cudu. Serce Weroniki waliło jak młot, a pies chyba też.
Lato minęło jak chwila. W sierpniu przyjechali rodzice ojciec miał miesięczny urlop, ale we wrześniu znów ruszał w Polskę na rok. Weronika błagała, by pozwolili zabrać Jadzię. Matka patrzyła pytająco na męża, a on milczał, marszczył czoło, ciężko wzdychał. Droga przed nimi długa, męcząca co dopiero dla psa, nieprzyzwyczajonego do pociągów czy hałasu miasta.
Napięcie czuć było w powietrzu. Jadzia wyczuwała nastroje rodziny, denerwowała się, nie odstępowała Weroniki. I pewnego ranka ojciec powiedział:
No to szykuj się razem z psem. Jedziemy zrobić jej papiery. Bez szczepień nie wpuszczą jej ani do pociągu, ani do samolotu.
Lokalny weterynarz, za kilka słoików grzybów, wystawił Jadzi paszport i zaznaczył szczepienia, wszystkie wstecz. Na oficjalne procedury nie było już czasu.
Wieczorem ojciec szył Jadzi kagańca wtedy ciężko było kupić cokolwiek dla psa. Jadzia, która nigdy nic na pysku nie nosiła, podczas przymiarek siedziała spokojnie, jakby rozumiała doniosłość chwili, promieniała dumą.
No, jadą z nami, powiedział ojciec, zawiązując ostatni supeł. Jadzia, nie zawiedź
I nigdy nie zawiodła. Rodzina nigdy nie żałowała podjętej decyzji. Najpierw pociąg, potem loty, przesiadki. Z nimi pies podróżował na wojskowych samolotach przez całą Polskę była w Gdyni, na Mazurach. Po roku wrócili do rodzinnego miasteczka.
Jadzia przeżyła z nimi trzynaście baśniowych, dobrych, szczęśliwych lat. I zawsze była wierna szła za swoją Weroniką wszędzie, gdziekolwiek ta się udała.





