Piotrze, bagażnik! Bagażnik się otworzył, zatrzymaj samochód! woła zdenerwowana Marta, choć już wie, że wszystko przepadło. Podczas jazdy rzeczy wysypały się z bagażnika na trasę, a jadące za nimi auta pewnie niczego nie zauważyły.
I prezenty, i podarki, na które odkładali ostatnie dwa miesiące! I czerwony kawior, i łosoś, i droga szynka, i mnóstwo przysmaków, które kupowali tylko na wielkie uroczystości. Torby z jedzeniem i podarunkami leżały u góry, by się nie pogniotły. Wzięli ich całkiem sporo, bo jechali na święta do wsi, do babci Piotra.
Na trasie korek, wielu ruszyło poza miasto. Samochody jadą blisko siebie, powoli, więc trudno od razu się zatrzymać. Wszystko, co wypadło, raczej już przepadło.
Dzieci z tyłu auta przestraszyły się na widok zmartwionej mamy i rozpłakały. Marta je uspokaja, a Piotr przyhamowuje, zjeżdża na pobocze i wreszcie się zatrzymują. Jeszcze przez chwilę iskrzy się nadzieja a gdyby przypadkiem rzeczy potoczyły się na pobocze? Idą kawałek pieszo, ale na darmo. Szukać nie ma sensu, tylko czas stracić.
Trudno, nie przejmuj się, nie ma to nie ma, kupimy coś innego, rozumiesz? mówi Piotr, widząc smutek Marty. To tylko rzeczy, chodź do auta. Zobacz, ile śniegu sypnęło, zaraz ciemno, a droga trudna.
Ale do samej wsi Marta milczy. Ma żal, ale czy robić Piotrowi wyrzuty? Stary samochód, zamek słabo trzyma. Stara się nie myśleć o tym, co się stało, a zarazem nie może powstrzymać łez tyle oszczędzała, by kupić te rarytasy. Złość ją ogarnia, bo to zawsze jej się coś przydarzy! Niby są gorsze nieszczęścia, ale żal ściska. Marta przypomina sobie jeszcze, że prezent dla babci ciepły, puszysty, przepiękny koc też był w bagażniku i staje jej się jeszcze bardziej przykro.
Na miejsce docierają już po północy. Myśleli, że babcia Maria już dawno śpi, ale nad gankiem świeci latarnia, a z domu wybiegają babcia i jej sąsiadka Zofia.
Przyjechaliście, dzięki Ci, Panie Boże! Babcia rzuca się na powitanie i całuje wszystkich po kolei. Martusia, Piotrusiu, tak się bałyśmy z Zosią! Gdzie Iwonka i Antek? A, są moje kochane wnuki, całe szczęście!
Babciu, wszystko w porządku, nie martw się tak uspokaja Piotr, obejmując babcię. Chodźmy do domu, sypie śnieg, zimno ci, masz tylko płaszcz. Skąd ten niepokój?
Babcia macha ręką. Cały wieczór z Zosią się za was modliłyśmy! I nie mów, że to zabobony mówi z przejęciem. Miałam dziś widzenie, jak żywe! Przyśniło mi się, wasz samochód wypadł z drogi. Wystraszyłam się strasznie! Obudziłam się zlana potem, przez cały dzień nie mogłam się uspokoić. Wpadła Zosia, jej syn już z rodziną dojechał, a ja ani słowa powiedzieć, tylko o tym śnie myślałam.
Zosia zaraz: Niedobrze, trzeba się modlić, może jeszcze nie za późno. Cały wieczór prosiłyśmy Boga i św. Mikołaja, żeby wam się nic nie stało. Może te nasze modły pomogły, bo dojechaliście cali! Teraz to tylko dziękować Bogu.
Masz rację, babciu przyznają Marta i Piotr. A jeśli ktoś inny znalazł nasze rzeczy, niech się cieszy. Może bardziej ich potrzebował.
Nowy Rok spędzają w dużym gronie, stół ugina się od potraw. Swoje ziemniaki pachną, kiszone pomidory i ogórki. A śledź pod pierzynką i pieczona kaczka palce lizać! Babcie smaży swoje znakomite pierogi. Antek i Iwonka cały wieczór podbierają gorące pierogi prosto z garnka przy piecu więcej im do szczęścia nie trzeba! W dzień zjeżdżają z górki z miejscowymi dziećmi. Zaraz północ, dzieci z trudem powstrzymują sen, licząc, że zobaczą, jak święty Mikołaj kładzie prezenty pod choinkę.
Babcia Maria śmieje się, tuli prawnuków i swoje, i Zosi. To największe szczęście być razem.
W maleńkiej, zapomnianej wiosce za lasem przy stole siadają dwie starsze siostry, Nadzieja i Wiktoria, oraz sąsiad, pan Stanisław. Jeszcze żyją, radzą sobie jak umieją. Bliskich brak, latem jakoś wykopią grządkę, a zimą zimno, ciężko jest samotnym seniorom.
Ale trzymają się razem. Pan Stanisław przyniósł choinkę, na stole jedzenie proste, ale jest. Przed obiadem Stanisław poszedł do lasu nazbierać chrustu na rozpałkę. Gdy już układał gałęzie na saneczki, zobaczył coś wystającego spod śniegu przy drodze.
Podszedł, pociągnął za uchwyty torba. Otworzył, a tam prawdziwe bogactwa czerwony kawior, ryba, mięso. A na dnie puszysty, biały jak śnieg, ciepły koc. Rozejrzał się, nikogo w pobliżu. Położył torbę na saneczki, wrócił do chaty. Rozścielił koc Nadziei i Wiktorii, napalił w piecu, dziewczyny poustawiały potrawy na stół.
Nie myślałam już, że jeszcze kiedyś w życiu takich przysmaków skosztuję dziwi się Wiktoria.
I ja nie wierzyłam, że taki cud się wydarzy przytakuje Nadzieja.
Myślę, że Pan Bóg nam zesłał, może za życie coś nam się należy. Może jeszcze pożyjemy, zobaczymy, jak pisze Jego wola, i trochę się ucieszymy podsumował pan Stanisław.
Nie warto żałować tego, co się zgubiło. Może właśnie tak Bóg pozwala się odkupić od gorszego nieszczęścia. Warto cieszyć się tym, co najważniejsze że mamy siebie i szczęście być razem.





