Kiedy wysiadłam z autobusu na placu Unii Lubelskiej, zobaczyłam moją mamę, Hankę, siedzącą na chodniku z rozłożonymi rękami, żebrzącą o grosze. Mój mąż Zbyszek zamarł obok mnie, a ja poczułam, jak nogi miękną mi jak makaron. Nikt z bliskich nie miał pojęcia, że coś takiego się dzieje.
Mam 43 lata, mama skończyła już 67. Mieszkamy w Warszawie, choć każda z nas na innym końcu miasta. Mama, podobnie jak wielu starszych ludzi, potrzebuje stale opieki. Jednak nie chce ze mną zamieszkać, jest bowiem związana ze swoim stadem czterema kotkami i trzema psami, z których każdy ma swoje dziwactwa. Karmi też wszystkie bezpańskie psiaki i koty, które tylko spotka na Woli. Wydaje każdy grosz, który jej daję, na weterynarza i karmę dla zwierząt. Życie swoje podporządkowała futrzakom.
Zakupy i lekarstwa przywożę jej ja, bo wiem doskonale, że ona na siebie złotówki nie wyda wszystko pójdzie na torby kociego jedzenia i szczepienia dla psów. Ostatnio odwiedziliśmy z Zbychem znajomych na Mokotowie i uznaliśmy, że zostawimy auto, a resztę trasy pokonamy autobusem. Kiedy pośród zamglonej listopadowej szarości wysiadłam i zobaczyłam Hankę skuloną na trotuarze z kubkiem po jogurcie w dłoni, przez chwilę myślałam, że śnię. Zbyszek oniemiał wiedział dobrze, że co miesiąc przekazuję mamie część naszej pensji. Zaczął się zastanawiać, na co idą te wszystkie pieniądze.
Okazało się, że Hanka żebra na karmę, szczepionki i piasek do kuwet dla swoich zwierząt własnych i całego okolicznego tabunu. Dla niej samej wszystko inne przestaje mieć sens. Gdyby ktoś znajomy ją tak zobaczył, pomyślałby pewnie, że jestem wyrodną córką, że porzuciłam matkę na pastwę losu, zapomniałam o niej, zostawiłam na ulicy. Wciąż ją teraz szukam, jeżdżę tramwajami i autobusami, wyglądam na przystankach. Wiem, że mimo moich płaczów i kłótni Hanka nie przestanie żebrać, tylko lepiej się ukrywa. Warszawa robi się miastem snu a ja śniącą córką, która nigdy nie dogoni matki z tłumu cieni i puszystych ogonów.





