Krzysztof Malinowski. Sto dwadzieścia metrów pod ziemią. Kopalnia soli w Wieliczce

Nazywam się Krzysztof Malinowski, mam pięćdziesiąt trzy lata i od dwudziestu ośmiu pracuję pod ziemią. Nie w Wieliczce od samego początku — zaczynałem w Bochni, przy wydobyciu, ale kiedy tamten szyb zamknęli, przeniosłem się tutaj, do trasy turystycznej. Prowadzę grupy, opowiadam o świętej Kindze, o solnych figurach, o mikroklimacie, który podobno leczy astmę. Powtarzam to samo od piętnastu lat i już dawno przestałem się zastanawiać, co jest pod nogami zwiedzających, kiedy schodzą po drewnianych schodach na sto dwadzieścia metrów.

We wrześniu, w środę, ekipa konserwatorska naprawiała ścianę w jednej z bocznych komór, tam, gdzie turyści nie chodzą. Stara komora, jeszcze z osiemnastego wieku, nieużywana, zamknięta na kłódkę. Robotnicy wiercili otwór pod nową podporę i wiertło nagle poszło w pustkę. Nie w skałę, nie w sól — w powietrze. Brygadzista, pan Zenon, kazał wszystkim się cofnąć, bo pomyślał od razu o zawaleniu. Ja akurat byłem piętro wyżej, przy windzie towarowej, kiedy przybiegł do mnie chłopak od konserwacji i powiedział tylko, że coś tam ciągnie z tego otworu wiatrem. Nie stęchlizną, nie wilgocią, tylko zwykłym wiatrem, jakby ktoś otworzył okno.

Zszedłem tam sam, bo miałem klucze od tej komory i bo byłem ciekaw — po tylu latach człowiek się już niczym nie przejmuje, ale to mnie ruszyło. Otwór miał może piętnaście centymetrów średnicy. Przyłożyłem dłoń i rzeczywiście, było chłodniej niż powinno, a do tego czuć było coś, czego nie powinno się czuć na stu dwudziestu metrach pod ziemią — trawę po deszczu. Nie skłamię, jeśli powiem, że przez chwilę stałem tam, próbując sobie to jakoś ułożyć, bo trzydzieści lat w tej kopalni nauczyło mnie, że sól nie pachnie trawą.

Kazałem poszerzyć otwór ostrożnie, po kawałku, bo bałem się, że nadwyrężymy sklepienie. Zajęło to prawie dwa dni. Pamiętam, że w piątek rano, tuż przed siódmą, jeden z młodszych pracowników, Mateusz, przyłożył latarkę do otworu, zajrzał i cofnął się tak gwałtownie, że uderzył plecami o ścianę. Zapytałem, co widział. Powiedział tylko jedno słowo: światło.

Sam wtedy uklęknąłem przy dziurze. Zamknąłem jedno oko, potem drugie, żeby się upewnić, że to nie odbicie lampy górniczej. Tam, za ścianą soli, było jasno — nie jak od żarówki, tylko jakby dzienne, rozproszone, takie jakie bywa o poranku, kiedy słońce jeszcze nisko. Kazałem nikomu nie ruszać się z miejsca i zadzwoniłem po kierownika działu geologicznego, pana Dobrowolskiego. Przyjechał w niecałą godzinę, choć mieszka w Krakowie i normalnie tyle mu zajmuje sama droga.

Otwór powiększono jeszcze trochę, tak żeby zmieściła się głowa. Ludzie podchodzili po kolei, zaglądali i odsuwali się bez słowa — nie dlatego, że coś ich przerażało, tylko dlatego, że nikt nie wiedział, co powiedzieć. Ja też podszedłem, chociaż byłem tam już wcześniej. Za ścianą nie było żadnej jaskini ani naturalnej pustki, jakich w Wieliczce jest sporo. Był korytarz. Prosty, o gładkich ścianach, z czymś, co wyglądało jak zamurowane wejście po drugiej stronie, kawałek dalej. Dobrowolski powiedział, że to może być stara, nieudokumentowana komora, sprzed wieków, o której po prostu zapomniano, bo w Wieliczce takich rzeczy jest dużo — kopalnia ma siedemset lat, nikt nie zna jej całej na pamięć. Ale nikt z nas nie potrafił wtedy wytłumaczyć, skąd bierze się tam światło i dlaczego powietrze pachnie jak po deszczu w sierpniu, skoro na powierzchni od dwóch tygodni była susza.

Zamknęliśmy komorę na noc, postawiliśmy stróża przy drzwiach — nie dlatego, że baliśmy się czegoś, tylko dlatego, że dyrekcja bała się, że ktoś z pracowników wejdzie tam sam, bez zabezpieczenia, i coś mu się stanie. Ja tej nocy nie spałem, tylko siedziałem w kuchni i obracałem w rękach starą latarkę górniczą, jakbym mógł z niej wykrzesać jakieś wytłumaczenie. Żona, Bożena, zapytała, co się stało, bo widziała, że coś jest nie tak, ale nie umiałem jej tego opowiedzieć tak, żeby zabrzmiało sensownie. Powiedziałem tylko, że w pracy znaleźliśmy jakiś stary korytarz i że jutro będzie więcej wiadomo.

Rano przyjechała ekipa z krakowskiego oddziału ochrony zabytków, dwoje ludzi z Akademii Górniczo-Hutniczej i inspektor BHP. Przebili resztę muru bardzo ostrożnie, kawałek po kawałku, bo pan Dobrowolski nalegał, żeby zachować konstrukcję, gdyby to jednak było coś historycznego. Kiedy otwór był już na tyle duży, żeby przejść, ja poszedłem pierwszy, bo znałem tę część kopalni najlepiej i bo — mówiąc szczerze — po tylu latach czułem, że sam sobie to jestem winien, żeby zobaczyć, zanim zrobi to ktoś inny.

Korytarz prowadził może trzydzieści metrów, lekko w dół, i kończył się drugą przegrodą, tym razem cieńszą, jakby prowizoryczną, murowaną w pośpiechu. Za nią bijące światło było już wyraźne, prawie oślepiające po ciemności tunelu. Wybiliśmy ostatnie cegły młotkiem, a po drugiej stronie było jasno i pusto, i cicho — żadnego betonu, żadnych rur, żadnego korytarza technicznego. Tylko światło, które nie miało źródła, i powietrze, które poruszało się tak, jakby gdzieś dalej było otwarte niebo.

Weszliśmy całą siódemką, bo nikt nie chciał zostać sam w tunelu ani wracać samotnie po pomoc. Im dalej szliśmy w tę jasność, tym mocniej czułem trawę po deszczu — już nie jako ślad zapachu, ale jakby stała pod nogami. Po kilkunastu krokach jasność ułożyła się w kształty: rynek, kamienice w pastelowych kolorach, wieża kościoła, ludzie idący chodnikiem z siatkami z zakupami. Zatrzymałem się w miejscu, gdzie powinna być ściana kopalni, i patrzyłem na to wszystko, nie mogąc zrobić kroku dalej ani cofnąć się o krok.

Mateusz krzyknął pierwszy, żeby ktoś z tych ludzi na rynku się odwrócił, żeby chociaż spojrzał w naszą stronę. Nikt nie spojrzał. Kobieta z siatką przeszła dwa metry od nas i minęła nas tak, jakby stała tam pusta ściana, a nie siedem osób w kaskach i kombinezonach roboczych. Zenon złapał mnie za ramię i powiedział, żebym sprawdził godzinę — sprawdziłem, na zegarku było wpół do dziesiątej, tyle samo co przed wejściem do tunelu, chociaż szliśmy co najmniej dwadzieścia minut. Dobrowolski próbował zawrócić do przejścia, którym weszliśmy, ale korytarz za nami ciągnął się teraz dłużej, niż pamiętałem, a przegroda, którą wybiliśmy młotkiem, gdzieś się zapodziała, jakby mur zrósł się z powrotem, kiedy nikt nie patrzył.

Staliśmy tak, siedmioro ludzi na granicy rynku, którego dzwony biły miarowo, chociaż nie mieliśmy pojęcia, na którą godzinę, i nikt z tego miasteczka nie dał nam ani jednego znaku, że w ogóle istniejemy. Inspektor BHP, który przez cały ranek powtarzał, żebyśmy się wycofali i zawiadomili służby, teraz stał bez słowa, z ręką na futrynie zamurowanego wejścia, jakby chciał się jej trzymać, żeby nie zrobić kroku w stronę rynku.

To Dobrowolski w końcu kazał nam się cofnąć, krok po kroku, tą samą drogą, którą przyszliśmy, chociaż żaden z nas nie był pewien, że ta droga jeszcze istnieje. Szliśmy w milczeniu, licząc kroki na głos, bo ktoś wpadł na pomysł, że jeśli policzymy je dokładnie tak samo jak w drodze tam, to korytarz nas wypuści. Po stu siedemnastu krokach — pamiętam tę liczbę, bo powtarzałem ją sobie jeszcze długo potem — trafiliśmy na pierwszą przegrodę z cegieł, tę prowizoryczną, i przebiliśmy się przez nią z powrotem do znajomej ciemności komory, do zapachu soli, do własnych latarek leżących tam, gdzie je zostawiliśmy.

Nikt z nas nie potrafił potem wytłumaczyć, co widzieliśmy, i nikt nie próbował za bardzo dopytywać. Dyrekcja kopalni kazała zamurować przejście na nowo, tym razem solidnie, bez tabliczek, bez dokumentacji, i zabroniła nam o tym rozmawiać z kimkolwiek spoza tej siódemki. Zenon przeszedł na wcześniejszą emeryturę trzy miesiące później, chociaż miał jeszcze dwa lata do wysługi. Mateusz zmienił dział i teraz pracuje przy kasach, na powierzchni, i nigdy więcej nie zjechał windą niżej niż na pierwszy poziom.

Ja dalej prowadzę grupy tą samą trasą turystyczną, opowiadam o świętej Kindze i mikroklimacie. Czasem, kiedy schodzę koło tamtej bocznej komory — teraz znowu zamkniętej na kłódkę, do której klucza już nie mam — zatrzymuję się na chwilę. Nasłuchuję, choć wiem, że przez metr soli i cegły nic nie może być słychać. A jednak czasem, kiedy w kopalni jest bardzo cicho, wydaje mi się, że gdzieś za tą ścianą wciąż biją dzwony kościoła, którego nazwy nikt z nas nie zdążył przeczytać.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

13 + pięć =

Krzysztof Malinowski. Sto dwadzieścia metrów pod ziemią. Kopalnia soli w Wieliczce