Kubek Danuty

Danuta Wieczorek miała czterdzieści dwa lata i od jedenastu prowadziła mały zakład fryzjerski przy ulicy Piotrkowskiej w Łodzi, dwa kroki od Manufaktury. Tego dnia w kubku, który trzymała, była zwykła kawa rozpuszczalna z ekspresu za trzy złote osiemdziesiąt — piła ją zawsze z tego samego kubka w łapki, prezentu od córki sprzed lat, z odpryskiem na uchu.

Było wpół do dziesiątej rano, w salonie pachniało lakierem i amoniakiem, za oknem jechał tramwaj numer szesnastka, a na kanapie dla klientek leżał otwarty numer gazety z krzyżówką, którą Danuta rozwiązywała między klientkami.

Wtedy do środka weszła jej wspólniczka, Renata Kubik — razem prowadziły ten zakład od początku, pół na pół, na spółkę wpisaną w KRS-ie.

— Musimy pogadać — powiedziała Renata, zdejmując kurtkę byle jak, tak że rękaw został wywinięty na drugą stronę.

— O co chodzi?

— Sprzedaję swoją połowę. Już mam kupca.

Danuta postawiła kubek na blacie tak niedbale, że kawa chlusnęła jej na dłoń i na fakturę leżącą obok.

— Sprzedajesz? Komu?

— Markowi Sadowskiemu. Zna się na fryzjerstwie, ma pieniądze, chce wejść od zaraz.

Marek Sadowski. Danuta znała to nazwisko — właściciel trzech salonów sieciowych w centrach handlowych, człowiek, który podobno zmieniał personel co pół roku i podnosił czynsz podnajemcom, żeby sam wynajmował za grosze.

— Renata, myśmy to razem budowały. Jedenaście lat. Ty nie możesz mi tak z marszu…

— Mogę. Mama ma raka, Danusiu. Trzeci stopień, operacja w prywatnej klinice, chemia, do tego kredyt, którego nikt jej nie da, bo ma sześćdziesiąt sześć lat. Sadowski płaci od ręki, gotówką, w tydzień. Ty byś mi tyle nie dała, nawet gdybyś chciała. Mój prawnik już to sprawdził. Masz prawo pierwokupu, ale musisz się wykupić w ciągu miesiąca. Inaczej wchodzi Sadowski.

Wyszła, zanim Danuta zdążyła cokolwiek odpowiedzieć. Dzwonek nad drzwiami jeszcze brzęczał, a Danuta stała z ręką lepką od kawy, patrząc na plamę rozlewającą się po fakturze — rozmywała cyfry na kwocie za ostatnią dostawę farb.

Właśnie wtedy zadzwoniła jej córka Ola, studentka pierwszego roku w Poznaniu, żeby zapytać, czy przelała już czesne za akademik. Danuta odebrała i mówiła głosem tak równym, że sama się sobie zdziwiła, jakby w kubku wciąż była zwyczajna poranna kawa, a nie coś, co właśnie rozlało się jej na ręce.

Przez następny tydzień Danuta chodziła do pracy jak zwykle, strzygła, farbowała, słuchała klientek opowiadających o wnukach i o cenach na targowisku Górniak. Ale w głowie liczyła. Sto dwadzieścia tysięcy złotych — tyle, według wyceny rzeczoznawcy, którego wynajęła w drugim tygodniu, była warta połowa udziałów Renaty. Miała na koncie trzydzieści osiem tysięcy oszczędności, resztę czesnego dla Oli jeszcze do zapłacenia, kredyt na remont łazienki, który skończy się dopiero za dwa lata.

Zadzwoniła do banku. Odmówili — brak zdolności na dodatkowy kredyt przy już istniejącym zobowiązaniu. Zadzwoniła do brata, mieszkał w Bydgoszczy, prowadził warsztat samochodowy — powiedział, że chętnie pożyczy dwadzieścia tysięcy, resztę musi znaleźć sama.

Sadowski przyszedł do salonu osobiście dwa tygodnie później, w piątek po południu, kiedy Danuta kończyła farbować pani Halinie, stałej klientce od ośmiu lat. Usiadł na kanapie, nie pytając, odsunął gazetę z krzyżówką na bok, jakby to było jego miejsce.

— Pani Danuto, ja tu nie po to, żeby panią wystraszyć. Chcę tylko powiedzieć, że jak wejdę, nic się nie zmieni. Zostanie pani na etacie, będzie pani dalej strzyc.

— Na etacie. We własnym salonie.

— To już nie do końca pani salon, prawda? — uśmiechnął się, wstając, i wyszedł, zabierając ze sobą zapach wody kolońskiej, który jeszcze przez godzinę wisiał w powietrzu między suszarkami.

Pani Halina, siedząca z folią na głowie, powiedziała cicho:

— Danusiu, ja bym się nie zgodziła na jego warunki. Ten człowiek zamknął salon mojej sąsiadki w Rudzie, wywalił trzy fryzjerki z dnia na dzień.

Danuta nic nie odpowiedziała, tylko nałożyła kolejną warstwę farby, choć musiała odłożyć pędzelek na chwilę, żeby wytrzeć dłoń o fartuch.

Tamtej nocy nie spała. Siedziała przy kuchennym stole w mieszkaniu na Bałutach, z laptopem, z segregatorem umowy spółki, z kalkulatorem, licząc i przeliczając, aż zrobiła się druga w nocy, a za oknem przejechała ostatnia nocna karetka w stronę szpitala im. Kopernika.

Rano zadzwoniła do prawniczki, z którą kiedyś robiła umowę najmu lokalu — Agnieszki Wróbel, kancelaria przy alei Kościuszki. Umówiły się na tego samego dnia po południu.

— Ma pani prawo pierwokupu — powiedziała Agnieszka, przeglądając umowę spółki. — Ale musi pani mieć środki w ciągu miesiąca od zgłoszenia, inaczej to prawo wygasa.

— Nie mam stu dwudziestu tysięcy.

— To niekoniecznie musi być gotówka wyłącznie pani. Może pani wejść w spółkę z nowym wspólnikiem — on wykłada kapitał jako pożyczkę albo obejmuje udziały od pani już po wykupie, ale formalnie to pani, jako uprawniona z pierwokupu, płaci Renacie i pani nazwisko idzie do KRS-u jako kupujący. Reszta rozliczacie się między sobą osobną umową.

Danuta pomyślała o Kasi, swojej najlepszej fryzjerce, która pracowała u niej od sześciu lat, właśnie wróciła z urlopu macierzyńskiego i marzyła o własnym udziale w biznesie, ale nigdy nie miała na to kapitału — miała za to teściów, którzy prowadzili piekarnię w Zgierzu i od dawna szukali, gdzie zainwestować.

Trzy dni później Kasia przyszła do Danuty z propozycją: jej teściowie wyłożą sześćdziesiąt tysięcy jako pożyczkę pod przyszłe udziały Kasi, Danuta dorzuci swoje trzydzieści osiem plus dwadzieścia od brata — razem sto osiemnaście, brakujące dwa tysiące Danuta wzięła z odłożonej na wakacje koperty.

Sadowski dowiedział się o rozmowach z teściami Kasi tego samego tygodnia — od kogoś w Zgierzu, może od dostawcy mąki, może od sąsiadki. Zadzwonił do teściowej Kasi i zaproponował jej piętnaście procent więcej, niż miała dostać w ramach udziałów, jeśli wycofa pieniądze z układu z Danutą. Teściowa oddzwoniła do Kasi tego samego wieczoru, żeby zapytać, czy to bezpieczna inwestycja, czy Danuta na pewno utrzyma klientelę bez Renaty. Dwa dni przed terminem u notariusza Sadowski przyszedł do salonu po raz drugi, tym razem z teczką, i położył na blacie kartkę z ofertą gotówkową dla Danuty osobiście — sto pięćdziesiąt tysięcy za odstąpienie od pierwokupu.

— Niech pani to przemyśli do jutra rana. Potem oferta spada.

Danuta wzięła kartkę, złożyła ją na pół i włożyła do kieszeni fartucha, nic nie mówiąc. Tego wieczoru zadzwoniła do Kasi i do teściowej razem, na trójkę, i powtórzyła to, co powiedziała jej Agnieszka o pieniądzach, o KRS-ie, o tym, że umowa będzie spisana tak, żeby pożyczka teściów była zabezpieczona niezależnie od tego, co zrobi Sadowski. Teściowa milczała chwilę, potem powiedziała, że przelew pójdzie rano.

Podpisanie odbyło się u notariusza przy ulicy Sienkiewicza, w poniedziałek, dwudziestego pierwszego dnia od rozmowy z Renatą — dziewięć dni przed upływem terminu. Renata przyszła w milczeniu, podpisała, zabrała czek i wyszła, nie patrząc nikomu w oczy. Dopiero w drzwiach odwróciła się na chwilę.

— Mama ma operację w piątek — powiedziała i wyszła, zanim Danuta zdążyła cokolwiek odpowiedzieć.

Sadowski zadzwonił tego samego wieczoru. Danuta odebrała, stojąc w kuchni z telefonem w jednej ręce i ścierką w drugiej, bo akurat myła po kolacji.

— Słyszałem, że pani jednak się wykupiła.

— Tak.

— Szkoda. Miałem plany na ten lokal.

— To niech pan ma plany na inny lokal.

Odłożyła telefon na blat, wytarła ręce, wróciła do zlewu.

Dwa tygodnie później w salonie przy Piotrkowskiej wisiała już nowa tabliczka nad lustrem, z nazwiskami dwóch właścicielek — Wieczorek i Nowak, bo Kasia nazywała się z domu Nowak. Danuta parzyła sobie kawę w tym samym kubku w łapki. Kiedy klientka wchodząca do środka potrąciła stojak z suszarką i kawa chlusnęła na blat, Danuta sięgnęła po ścierkę, wytarła plamę, nastawiła nowy ekspres i zawołała następną klientkę z listy.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

cztery × pięć =

Kubek Danuty