Przyjechał kuzyn mojego męża.
Może zabrzmię jak babcia z serialu, może to już nie czasy mojego dzieciństwa, ale jakoś nie potrafię uwierzyć, że na takie rzeczy już się patrzy inaczej.
Moja mama nigdy nie wykładała mi przy wigilijnym stole: pamiętaj, jak idziesz w gości, to coś ze sobą zabierz, ale jednak to we mnie siedzi, zakorzenione głębiej niż miłość Polaka do schabowego. Nie wiem, czy to przez lata zaczytywania się w powieściach Sienkiewicza, czy przez oglądanie Czterdziestolatka, ale wiedziałam: do ludzi pustoręcznie nie idziemy.
W sobotę wpadł do nas kuzyn mojego męża. Przyjechał, bo był pogrzeb wuja, ale nawet nie z naszej strony rodziny.
Oczywiście, uprzedzili czy mogą zanocować no pewnie, że tak, przecież nie będziemy rodziny na bruk wyrzucać.
Zjawili się wieczorem, całą trójką z synem i synową. A ja szybciutko do kuchni: obiadek porządny, cała patelnia mięsa w piekarniku, surówki, wszystko jak trzeba u Polaków. Siadamy, wznosimy toast herbatą, bo przecież człowiek człowieka dawno nie widział! Wieczorem pakuję jednych na kanapę, drugich na tapczan, rano robię śniadanie kanapki, jajka na twardo, herbata, kawa jak w polskim domu być powinno.
Pojechali na pogrzeb, wrócili, chwilę posiedzieli i mówią jedziemy do domu.
Wszystko niby super Ale, proszę ja Ciebie, przyjechali z pustymi rękami. Nawet butelki niedzielnego wina nie przywieźli, a o torcie z cukierni mogłam tylko pomarzyć.
Ojciec mojego męża, świętej pamięci, był chrzestnym tego kuzyna. A jego żona moja teściowa, mieszka z nami. Kuzyn to doskonale wie, a starszej pani chociaż wiśniowe ptasie mleczko mógłby podrzucić. Cała sobota wyglądała przez okno, czekając może przywiezie choć landrynki. Jedna łza jej poleciała z tego wzruszenia, że rodzina w końcu przyjechała. No, ale słodyczy się nie doczekała.
Ja to bym zrobiła zupełnie inaczej.
Po pierwsze, przywiozłabym porządny zestaw alkoholu żadnych wyliczanek po jednym kieliszku dla każdego. Dzieci i starsi dostaliby torby słodyczy, teściowej przemyciłabym bombonierkę, i może symboliczną pamiątkę z podróży. Już bym się nagłówkowała, kto co lubi. Do tego spakowałabym pościel, żeby nie narobić gospodarzom roboty.
Tylko że to nie są ludzie biedni, broń Boże! Kuzyn u nas gości rzadko, ale zawsze z tą samą filozofią czym chata bogata, a z mojej strony nic się nie należy Nawet kiedy wpadł służbowo, w niedzielę wieczorem, a w poniedziałek wyjeżdżał znowu na pusto.
Cały czas nawijał o łowieniu ryb, które, gdzie i na co no żebym chociaż jedną sielawę dostała na obiad Ale gdzie tam!
Jedzenie rozdaje z serca, to nie o to chodzi. Po prostu człowiek czuje się czasem użyty trochę jak ręcznik na basenie do wytarcia i do widzenia.
I tak w zasadzie za każdym razemAle wiesz może to już tak jest niektórzy przychodzą tylko po to, żeby wziąć trochę ciepła i ruszyć dalej. I choć żal ściska serce na myśl o pustych dłoniach i cichym rozczarowaniu, to jednak dom się nie ochładza. Dziś, jak zmyłam ostatni kubek i ścierką przetarłam stół, poczułam coś dziwnego może własną wartość, że umiem jeszcze kogoś przyjąć bez oczekiwań.
Może następnym razem też drzwi otworzę choćbym miała powitać znowu tylko powietrze w torbie. Bo w końcu nie przynosi się do rodziny butelki, a obecność. Po latach może bardziej zapamiętają herbatę w naszym domu niż marcepanowe cukierki.
A ja? Zawieszę sobie dumę obok fartucha. I będę pamiętać, że nawet gdy serce czasem żałuje, stół nigdy nie kłamie: jest ciepło, póki ktoś przy nim siada.





