Ledwo osiągnęłam pełnoletność, już wyszłam za mąż. „Wyskoczyłam” to najtrafniejsze określenie tego kroku – zaskakującego zarówno dla mnie, jak i dla wszystkich wokół. Ale stało się, co się stało. Zaczynało się nowe życie, zupełnie mi obce, które obejmowało między innymi poznanie rodziców mojego młodego męża – równie zagubionego jak ja. Oboje wypadliśmy z rodzinnego gniazda, nie nauczywszy się jeszcze dobrze latać.

Ledwie dorosłam i już wyskoczyłam za mąż. Wyskoczyłam tu chyba najbardziej pasuje, bo tak nagle i niespodziewanie, że sama do tej pory nie wiem, jak to się stało. No ale stało się, mleko się rozlało, czas zaczynać nowe życie. A to życie obejmowało, między innymi, bliskie spotkania z rodzicami mojego młodego męża, który był nie mniej zagubiony niż ja. Oboje wylecieliśmy z rodzinnych gniazd, nie mając jeszcze pojęcia, jak się tym światem właściwie lata.

Pewnego poranka, kiedy ciocia Ania znów dokarmiała mnie przy śniadaniu (ładowała pod nos świeżutkie bułeczki i usilnie namawiała do jedzenia, bo takie chude panny to tylko w gazetach ładnie wyglądają), przyszła sąsiadka babcia Krysia. Usiadła, patrzy jak moja ciocia kręci się przy stole i wzdycha ciężko:
Rozpieszczona z ciebie dziewucha, żadnej biedyś nie zaznała. Ale poczekaj, teściowa ci jeszcze krwi napsuje.
Oj, tylko nie strasz mi dziewczyny, Krysieńko zgasiła ją ciocia Ania.

Fakt, z urazami nie miałam dotąd po drodze. Nasza nietypowa rodzina składała się z babci i trzech jej córek mojej mamy, superową ciotką Anną oraz ciotką Eugenią. Ojców wszyscy postradali przez to, co przyniosła wojna. Mieszkałyśmy razem, wspierając się i tuląc dzieciaki do granic przyzwoitości, a czasem nawet i za bardzo.

Ja, jako najmłodsza, byłam rozpieszczona najbardziej. Babcia miała rację nie znałam przykrości. Ale to słowo teściowa z ust sąsiadki zabrzmiało jak groźba takie jakieś kąśliwe, ościate. Teściowa dźwięczało mi w głowie, jak ostrze czekające w cieniu, aż już spotkam się z tym stworzeniem. Że niby na pewno nie będzie miło.

A potem nadszedł ten dzień. Teściowa okazała się sympatyczną, wysoką i dobrze zbudowaną kobietą, która powitała mnie słowami: Wchodź, córciu i uśmiechnęła się tak, że mi się zrobiło cieplej. Nic strasznego, naprawdę. Chodziła, troskliwie nas częstowała, oprowadziła po podwórzu, pokazała ogródek z równiutkimi, zadbanymi grządkami i pochwaliła się świnką imieniem Bolek, która na nasz widok pisnęła zachwycona.
Bolciu, już śniadanie niesę, ty mój łobuziaku najlepszy! zagadała do niego tak miękko, że aż poczułam się dziwnie wzruszona, jakby chwaliła mnie.

Ogródek i świnka Bolek były mi bardzo znajome przecież u nas w domu wszystkie prosiaki to Bolki i zawsze mówiło się do nich z serdecznością, nawet jak wywracały pół chlewu do góry nogami. W sumie to wszystko mnie uspokajało i zaczynało nawet podobać.

Rano nasi panowie szli na budowę gdzieś w okolicy, a my na gospodarstwie. Jednak to złowrogie słowo teściowa nie dawało mi spokoju i coraz trudniej było mi ją jakkolwiek zwać. Raz, kiedy pochwaliła moje imię (zostańmy przy tym Tatiana to nie, ale na przykład Dobrosława), opowiedziałam jej historię Greczynki z książki, na co ona: Mów mi tak, jak chcesz, córciu. Jestem Teodozja, możesz mówić po prostu: Teo. Fajnie brzmi?

Rozwiązała tym samym mój problem. Została dla mnie Teodozją formalnie, z szacunkiem, z panią na przodzie, a życie powoli się układało. Była energiczna, wesoła, robiła wszystko szybciej i ciszej, niż nawet zauważyłam. Budziłam się, a tu śniadanie na stole, podłoga czyściutka, ogród odchwaszczony, Bolek nakarmiony.

Siedziałyśmy na ganku, plotkując. Teodozja chichotała, wspominając, jak w czasie wojny sama z trójką synów starała się przeżyć. Pracowała przy wyrębie drewna, a chłopaki zgubili kartki na chleb. Kierownik złoty człowiek, niech mu ziemia lekką będzie zaprosił ją z wyrębu, dał pracę w sklepie, pozwalał zabierać okruszki chleba, żeby chłopców wykarmić. Zwłaszcza najmłodszego mojego męża, bo był najsłabszy ze wszystkich.

Wyobraźnia podsuwała mi malownicze obrazy tych wszystkich opowieści, świat stawał się większy, bardziej skomplikowany byłam zachwycona, aż do pewnego ranka.

Wtedy właśnie Teodozja obudziła mnie z informacją:
Dobruniu, baby idą na jagody do lasu. Skoczę z nimi, może coś przyniosę, a ty zostajesz z Bolkiem. Jedzenie masz w wiaderku, dasz radę, prawda?
Pewnie, pani Teodozjo, czego się tu bać! zapewniłam dzielnie i zostałam sama w domu.

Szybko okazało się, kto tu jest panem sytuacji Bolek tak zawył za śniadaniem, że nie było wyboru. Szczęśliwa, z wiaderkiem żarełka pod pachą, ruszyłam do chlewika. Plan był prosty: otworzyć drzwi, wsypać jedzenie do koryta, zamknąć i wrócić na herbatkę. Cóż, naiwność młodości!

Ledwie uchyliłam drzwi, Bolek z furią otworzył wejście na oścież, wytrącił mi wiaderko i jak rakieta ruszył na grządki! Oczami wyobraźni widziałam już połowę ogródka w strzępach, ale widok był jeszcze gorszy niż się spodziewałam Bolek z impetem tarzał się po sałacie, wyrywał rzodkiewki spod siebie, piszczał w ekstazie, a ja Zamarłam z grozą. No coś musiałam zrobić! Oto moja droga do bycia dobrą synową legła w gruzach pod ciężarem pięciu kilo żywej świni. Złapałam Bolka raz i drugi, wyślizgiwał się jak pstrąg z rąk, niemożliwe było go zagonić z powrotem. Musiałam zmienić strategię postanowiłam przynęcić go chlebem.

Wpadłam do domu po pajdy, sypałam chleb po drodze do chlewu. Bolek, spryciarz, podchodził, brał, ale tuż przy drzwiach robił w tył zwrot i znów panoszył się po grządkach. To, co wyprawiał szkoda opowiadać. Maczał ryj w maleńkich pomidorkach, zdmuchnął inspekt, poprzewracał widły. A ja z płaczem, już nie z bezradności, a rozpaczy, patrzyłam na rzeź zieloności. W końcu Bolek zmęczył się swoim menażem, przysiadł na tyłku jak pawian i zaczął tarzać się już tylko z grubsza po zdewastowanych grządkach. Usiadłam przy nim i Wbrew wszystkiemu, zaczęłam go drapać po brzuchu. Bolek rozmarzony zamknął ślepka, leżał jak u Pana Boga za piecem, a ja, prawdę mówiąc, przeklinałam wszystko w myślach i bardzo, bardzo chciałam wrócić do łóżka.

Nie wiem, ile trwało to drapanie. Ręce bolały mnie jak po noszeniu wody ze studni, miałam piasek w oczach i słońce naparzało w sam środek rozpaczy. Obrazek smutny jak polska tragifarsa: wygłaskana świnia i załamana synowa, obie w błocie, wokół pobojowisko.

Wtedy z hukiem trzasknęła furtka Teodozja wpadła jak tornado.
No patrz, jakiego masz byczka! Ty, łachudro, dziewczynę mi zamęczyłeś! krzyknęła i jednym ruchem chwyciła Bolka za nogę, wrzuciła do chlewika i zamknęła drzwi na trzy spusty.

Starałam się podnieść, ale nogi miałam z waty. Teodozja podeszła, objęła mnie ramieniem:
Poczekaj, Dobruniu moje biedne, zaraz cię opłuczę! pobiegła do domu po wiadro wody, którą rano naniosła z oddalonej studni. Polała mi na nogi, ręce, twarz, zmywając nie tylko błoto, ale nawet łzy. Z czarną wodą spływał cały żal i zniknęło na zawsze to straszne, zimne słowo TEŚCIOWA.

Aż wybuchnęłam śmiechem nie z rozpaczy, tylko z wdzięczności:
Oj, mamo moja! wyrwało mi się niechcący. Teodozja zaśmiała się, przytuliła i zaprowadziła na kuchnię, częstując lasowymi jagodami.

A o ogródku rozmowa krótka machnęła ręką:
E, te grządki to zabawa, naprawimy, jeszcze będą pomidorki. Co tam z jednej świni poszalała, już, dość. A teraz odpocznij, mężów naszych nie ma, a ja zaraz tu rosół zmontuję.

Nigdy nie przestanę się dziwić, skąd kobiety po przejściach mają tyle cierpliwości, serdeczności i tej ogromnej życiowej mądrości. Nie wiem, kto i za co je tak hojnie obdarował tą umiejętnością współodczuwania. Ale wiem jedno: jeśli na świecie są silni, dobrzy i porządni synowie to tylko dlatego, że matki potrafią podarować ich dziewczynom, które przez chwilę ale tylko chwilę! boją się słowa teściowa.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziesięć − pięć =

Ledwo osiągnęłam pełnoletność, już wyszłam za mąż. „Wyskoczyłam” to najtrafniejsze określenie tego kroku – zaskakującego zarówno dla mnie, jak i dla wszystkich wokół. Ale stało się, co się stało. Zaczynało się nowe życie, zupełnie mi obce, które obejmowało między innymi poznanie rodziców mojego młodego męża – równie zagubionego jak ja. Oboje wypadliśmy z rodzinnego gniazda, nie nauczywszy się jeszcze dobrze latać.