Moja teściowa wyskoczyła z propozycją, że przejmie na siebie opiekę nad naszymi dziećmi podczas wakacji. Odkąd przeszła na emeryturę, ma całe mnóstwo wolnego czasu, więc bez wahania przystaliśmy na tę ofertę.
Oboje z mężem siedzimy po uszy w pracy i mamy trójkę rozbrykanych dzieciaków. O urlopie last minute możemy sobie pomarzyć raz ja, raz mąż bierzemy zwolnienie lekarskie, kiedy któryś z potworów zasmarkany albo dzieje się coś naprawdę ważnego w przedszkolu. Jak dobrze pójdzie i nikt nie złapie wirusa, to ruszamy gdzieś na weekend, ale na fantazyjne wojaże raczej nie ma co liczyć.
Od trzech lat mamy na głowie hipotekę na 20 lat. Wcześniej skakaliśmy z wynajmu na wynajem i uznaliśmy, że warto w końcu zapuścić korzenie choćby rata miała nas kosztować ostatnie nerwy. Niestety, odkąd spędzamy lato w pracy, o normalnych wakacjach możemy zapomnieć wszystko idzie na ratę kredytu w złotówkach, a dzieciaki muszą jakoś przetrwać dwa miesiące bez szkoły. Pocieszam się, że przynajmniej jest im dobrze i bezpiecznie pod własnym dachem.
Teściowa ponownie zaproponowała pomoc stwierdziła, że przecież nie wytrzyma tyle czasu bez wnuków. W sumie, nie mieliśmy argumentów na nie. Zawsze, gdy wpadamy do mamy mojego męża na początek wakacji, pojawiamy się z siatami zakupów (jakbyśmy jechali na Syberię) i wręczamy jej trochę gotówki na wszelkie ekstra atrakcje. Mama męża trzyma się zasady, że pieniędzy z emerytury nawet na watę cukrową wnukom nie wyda Bo skąd ja tyle mam wytrzasnąć, dzieci?. W praktyce gotówkę przekazujemy jej w rękę, co wychodzi dużo taniej niż opłacenie profesjonalnej opiekunki. Wszyscy są zadowoleni przynajmniej na pozór.
Do akcji włączył się też brat mojego męża, Paweł, również właściciel trzech małych urwisów. Postanowił, że jego pociechy też będą brylować u babci. Problem w tym, że rodzeństwo naszych dzieci jest młodsze i rozbrykane po stokroć bardziej wymagają ciągłej uwagi i, niestety, wyżerają wszystko, co znajdą w lodówce. Paweł przywiózł dzieci z pustymi rękami, nie dorzucił ani soku do picia, ani złotówki na lody ostatecznie musieliśmy wyżywić towarzystwo z własnej wypłaty.
Nieźle się wkurzyłam. Wielokrotnie prosiłam męża, żeby pogadał z bratem (w końcu Paweł to jego rodzina!), ale on zawsze twierdził, że nie warto się spierać i jakoś to będzie. Tylko że jakoś to będzie kończy się tym, że to ja sponsoruję cudze dzieciaki! I co, wychodzi na to, że mam harować, żeby komuś wychowywać potomstwo? Jak tu pogadać z Pawłem, żeby nie skończyło się na rodzinnej awanturze? Pomysły mile widziane, bo moja cierpliwość jest już na wakacjach.





