Ludzie mają teraz wyszukane rzeczy.
Lodówki, które odpowiadają na pytania.
Samochody, które piszczą, gdy tylko krzywo spojrzysz na kierownicę.
Kosiarki do trawy droższe niż czynsz za moje pierwsze mieszkanie w Warszawie.
A ja?
Mam starą kosiarkę z odpryśniętą farbą, uparcie trzęsący się sznurek do odpalenia i serce twardsze niż beskidzka kozica.
Pojawiła się w moim życiu jak wszystkie narzędzia, które pomagają przetrwać przez przypadek i konieczność.
Moja była kupiła ją lata temu za parę złotych na osiedlowej wyprzedaży w Krakowie. To były czasy, gdy byliśmy jeszcze my, gdy wierzyliśmy, że będzie na zawsze, i płaciliśmy rachunki na czas. Gdy przyszedł rozwód, podzieliliśmy się tym, co się dało.
On odjechał nowym passatem, zabrał sprzęty, które ładnie prezentowały się na zdjęciach.
Ja zostałam z tym, co naprawdę utrzymuje codzienność:
Kilka garnków, odkurzacz, który brzmiał jakby już przestawał żyć,
i tą kosiarkąbo trawnik nie przejmował się, że mój rachunek w banku wieje pustką.
Zatrzymałam ją nie z sentymentu,
ale dlatego, że nie było mnie stać na nową.
A potem czas zrobił swoje.
Los mojego byłego rozsypał się, jak suche liście na jesiennym wietrzezłe wybory, coraz głośniejsze wymówki, pogubione przekonania. Słyszałam pogłoski, zawsze opowiadane szeptem, jakby wieści były zbyt kruche.
Stracił te swoje imponujące rzeczy.
Zostałam z kosiarką.
Lata mijały,
jeden po drugim.
Jedenaście lat sama dźwigam odpowiedzialność,
jedenaście lat nauki, jak radzić sobie bez drugiej pary rąk,
jedenaście lat naprawiania, kombinowania, robienia tego, co trzeba.
Nie mam garażu z prawdziwego zdarzenia ani ciepłej szopy,
nawet porządnej wiaty nie wybudowałam.
Ona stoi pod gołym niebem, przez cały rok, tam gdzie mróz z Bieszczad spotyka się z deszczem ze Śląska.
Polska zima nie ma litości.
Taki to chłód, że plastik pęka, a metal aż boli,
wiatr staje się zagrożeniem, śnieg ciężarem.
Co roku nastawiam się na najgorsze.
Każdej wiosny wychodzę na podwórko jak do starej znajomej,
zastanawiając się, czy mnie jeszcze rozpozna.
Otrzepuję z niej kurz;
wydłubuję martwe liście wsadzone w miejsca, gdzie nie powinno być liści;
sprawdzam benzynę jak pielęgniarka puls;
wciskam miękki, gumowy przycisk pompy paliwajej małe, gumowe serduszko.
Cicho westchnie.
Mała obietnica.
Potem przychodzi rytuał:
stawiam stopyrozmiar trzydzieści osiem, bliżej im do kapci niż do butów roboczych,
łapię za rączkę,
szarpię sznurek.
Nic.
Jeszcze raz.
Nic.
Trzeci raz i szepczę coś dramatycznego do wszechświata, jakbym targowała się z dawnymi bogami:
Proszę. Nie dzisiaj.
Bo jeśli nie odpali, to nie tylko kłopot.
To nowy wydatek.
Kolejny problem.
Nowe przypomnienie, że życie umie przywalić znienacka.
A wtedyjakby była obrażona, że w nią zwątpiłam
zaryczy.
Niegrzecznie.
Bez łagodności.
Startuje, warcząc, dając do zrozumienia:
Jeszcze tu jestem. Chodźmy!
I tak co wiosnę.
Jedenaście wiosen.
Po deszczach, po śniegu, błocie, upale i burzachona dalej budzi się do pracy.
Za każdym razem czuję głupią, czułą wdzięczność.
Nie dlatego, że to kosiarka.
Bo jest dowodem.
Że coś starego i niedoskonałego może wciąż działać.
Wytrwałość nie zawsze jest ładna.
Przetrwanie nie potrzebuje blaskuwystarczy upór.
Rzadko mówi się o cichych zwycięstwach.
Świat świętuje spektakularne metamorfozy,
nowe auta, domy, nowe życie.
A czasem prawdziwe zwycięstwo jest ciche:
Maszyna, która nie chce umrzeć.
Kobieta, która nie pozwala, by jej codzienność upadła.
Trawnik, który jest skoszony, bo ktośjawybrał, by to zrobić.
Mam już pięćdziesiąt lat.
Kręgosłup marudzi częściej niż dawniej.
Cierpliwość krótsza,
budżet wciąż pilnowany.
Ale kiedy kosiarka wreszcie warknie, stoję, trzymając za uchwyt, potargane włosy lepią mi się do czoła i uśmiecham się jak głupia,
bo dźwięk tej maszyny to jak jej doping pod moim adresem.
Ona nie zna mojej historii,
ale była jej częścią.
Dlatego tak
ko-cham moją kosiarkę.
Nie za to, że jest modna,
ale za to, że jest wierna.
W świecie, w którym tak wiele się rozpada,
wierność to prawdziwy cud.





