Babcia Halinka postanowiła, że wnuczka Zosia jest już za duża, żeby siedzieć w domu z telewizorem i talerzem klusek. Cztery latka, powiedziała, to wiek, w którym trzeba iść między ludzi. Zosia miała inne zdanie – wolała wiek leżenia na dywanie, ewentualnie wiek siedzenia z ciastkiem. Ale babcia wzięła ją za rączkę i pociągnęła w stronę przedszkola przy ulicy Kwiatowej, tego z żółtym płotem i wielkim słonecznikiem namalowanym na ścianie.
Zanim jeszcze weszły do środka, babcia zatrzymała się przed tablicą przy furtce. Napis głosił: „Uwaga! Do budynku wprowadzać maksymalnie jedną grupę dzieci naraz, aby uniknąć nadmiernego rozbieraniu się!". Kawałek dalej, przy piaskownicy, wisiała kolejna: „Aktywne granie sportowe wpływa dobrze na rozwoju dziecka!". A na drzwiach jadalni trzecia, największa: „Drodzy wychowankowie! Podczas jedzeniu proszę nie prowadzić rozmowu!".
Babcia wyjęła telefon i zrobiła zdjęcie wszystkim trzem po kolei.
– Wyślę synowej na grupę osiedlową – mruknęła. – Niech się pośmieją zamiast pisać, kto komu zajął miejsce parkingowe.
Przy wejściu do korpusu głównego wisiała mosiężna tabliczka: „mgr B. Kapuścik, dyrektorka placówki przedszkolnej". Babcia pokręciła głową, sfotografowała i to, i mruknęła coś o pani Kapuścik, która chyba sama siebie nie doczytała do końca.
Zosia nie rozumiała, czym babcia jest taka nakręcona. Tabliczki wyglądały ładnie, każda przykręcona równiutko, cztery śrubki w rogach.
Dyrektorka Kapuścik siedziała w gabinecie tak małym, że sama w nim ledwo się mieściła – kobieta postawna, o twarzy pomalowanej grubo jak porcelanowa figurka z kiermaszu bożonarodzeniowego: brwi narysowane kredką, usta szminką w kolorze wiśni, rzęsy jak dwa rządki czarnych patyczków. Zosia miała ochotę pociągnąć ją za ucho i sprawdzić, czy ono też jest z papier-mâché.
– Dzień dobry, pani Beato – zaczęła babcia. – Przyjmie pani mojego wnuka… to znaczy wnuczkę do przedszkola?
Dyrektorka trzymała słuchawkę przy uchu, ale zerknęła na nie kątem oka i powiedziała do telefonu:
– Przepraszam, oddzwonię. Przyprowadzili mi tu dziecko do zapisaniu.
Zosia rozejrzała się po gabinecie – żadnych innych dzieci nie było, tylko ona i babcia, i akwarium z jedną złotą rybką dryfującą przy szybie. Zaczęła liczyć jej okrążenia, żeby czymś zająć ręce, bo dorośli znowu mówili o niej tak, jakby jej tam nie było.
Dyrektorka zsunęła okulary na czubek nosa.
– Zobaczmy, co my tu mamy. Ile lat dziecku?
– Cztery – odpowiedziała babcia, zanim Zosia zdążyła otworzyć usta.
– A ile kilogramów waży?
Babcia podała wagę. Dyrektorka wydęła usta w zamyśleniu i zapytała o wzrost w centymetrach. Zosia poczuła, że babcia zaczyna się wiercić na krześle – znała ten ruch, kiedy babcia zbierała się do awantury.
– Rodzina pełna? – pytała dalej Kapuścik. – Tatuś jest? Bo niektórzy żyją bez tatusiów.
– Pełna! – rzuciła babcia z przekąsem. – I tatuś jest, i mamusia jest.
– I nawet kot jest! – wtrąciła Zosia, żeby zrobić dobre wrażenie. – I on umie liczyć do trzech, bo ja go nauczyłam.
– To jest bardzo pozytywne – pochwaliła dyrektorka, drapiąc się w narysowaną brew, zupełnie nie patrząc na Zosię. – Mieszkacie w mieszkaniu z udogodnieniami, czy w domku jednorodzinnym?
Babcia wbiła paznokcie w torebkę. Kapuścik tego nie zauważyła, bo gryzła koniec zausznika okularów, a na jej paznokciach lakier lśnił jak nowa emalia na garnku.
– Trzeba by sprawdzić poziom wiedzy dziecku – oznajmiła w końcu. – Żeby ustalić, czy jest gotowy do uczęszczania przedszkola.
– Tu w tym gabinecie to raczej komuś innemu przydałaby się kontrola wiedzy – nie wytrzymała babcia. – Zaczynam wątpić, czy wy tu w ogóle umiecie wychowywać dzieci.
– Bez ironiów, proszę! – dyrektorka zmarszczyła namalowane czoło. – I tak brakuje nam kadrów. Kogo pani chciała zobaczyć za taką pensję? Geniuszów?
Akurat to słowo, jedyne, wyszło jej poprawnie.
– Ma pani przy sobie dokumenta? – Kapuścik wyciągnęła pulchną dłoń. – Trzeba będzie przejść badanie lekarskiego. A ty, dziewczynko, chcesz chodzić do przedszkolu i rosnąć z naszym kolektywem?
– KOLEKTYWEM! – babcia w końcu wybuchła. – Nie wiem, czy pani to przetrzyma, pani dyrektor, ale mówi się nie „badanie lekarskiego", tylko „badanie lekarskie"! Nie „dokumenta", tylko „dokumenty"! Jeszcze chwila i zacznę podejrzewać, że mózg też ma pani narysowany kredką!
Dyrektorka odruchowo dotknęła lakierowanych, sztywnych od lakieru włosów, jakby sprawdzała, czy mózg rzeczywiście gdzieś tam siedzi. Odciągnęła kosmyk, przyjrzała mu się i ułożyła z powrotem.
– Niech pani mi tu nie robi pretensjów! – nadęła usta. – Gdybym miała złe mózgi, nie rosłyby mi takie piękne włosy!
– Niech to! – babcia machnęła ręką. – Też mi przedszkole.
– A jakże, przedszkole to i jest – odparła spokojnie Kapuścik. – Tabliczkę na bramie pani widziała?
Zosia patrzyła to na babcię, to na dyrektorkę, i poczuła, że robi jej się gorąco za uszami – tak jak wtedy, gdy w piaskownicy dwie dziewczynki kłócą się o łopatkę, a ona stoi między nimi z wiaderkiem i nie wie, komu je oddać.
Wyszły z gabinetu z niczym. Zosia obejrzała się jeszcze raz na akwarium – rybka nadal krążyła w kółko, jakby nic się nie stało, i to jej się nie spodobało najbardziej ze wszystkiego, co tego dnia widziała.
Babcia po drodze do domu zdążyła zadzwonić do synowej, matki Zosi.
– Noga naszej tam więcej nie postanie! – oznajmiła do telefonu, mijając kiosk z gazetami przy przystanku, gdzie akurat sprzedawca wywieszał nowy numer krzyżówek. – Chciałam, żeby dziecko rosło w normalnym, kulturalnym otoczeniu, a tam siedzi jakaś… katastrofa językowa. Dzieci u nich „chodzą", sport „uprawiają się", a Dzień Matki pewnie też jakoś przekręcają.
Głos w słuchawce, głos mamy, brzmiał zmęczony po całym dniu w biurze, ale spokojny.
– Halinko, to trzeci taki przypadek w tym roku. Poszukajmy tego przy alei Lipowej, tam podobno w ogóle inny personel.
Babcia się nie zgodziła od razu.
– Po co szukać, jak ja mam czas i emeryturę pozwalającą siedzieć w domu? Niech sobie Zosia u mnie posiedzi, ja jej sama alfabet pokażę, bez żadnych „dziecków" i „mózgiów".
I tak zostało ustalone – tymczasowo, jak mówiła babcia, „na próbę tygodnia".
Próba trwała trzy dni.
Pierwszego dnia babcia rozłożyła na stole zeszyt w kratkę i zaczęła od litery A, jak jabłko. Zosia narysowała jabłko z nóżkami, bo tak było ciekawiej. Drugiego dnia miały liczyć do dziesięciu na guzikach z pudełka po herbatnikach, ale guziki skończyły się na budowanie wieży, a liczenie jakoś nie wyszło. Trzeciego dnia babcia, zmęczona, zasnęła na chwilę w fotelu po obiedzie, a Zosia siedziała przy oknie i patrzyła na podwórko, gdzie dzieci z sąsiedniego bloku grały w klasy na chodniku namalowanym kredą.
– Babciu – powiedziała, kiedy babcia się obudziła – ja tam chcę. Do tych dzieci. Nie do ciebie, tylko… żeby były dzieci.
Babcia spojrzała na kredowe kwadraty za oknem, potem na zeszyt, w którym litera A z nóżkami była jedynym osiągnięciem trzech dni pracy, i westchnęła tak głęboko, że aż zaszumiało jej w gardle.
– No dobrze – powiedziała. – Jestem babcią, nie przedszkolem. Chociaż z tą Kapuścik chętnie bym jeszcze poprawiła parę „dokumentów".
Wieczorem matka Zosi usiadła przy kuchennym stole, otworzyła laptopa i zaczęła przeglądać strony przedszkoli w mieście. Trafiła na przedszkole przy alei Lipowej, prowadzone przez panią mgr Ewę Sadowską. Zadzwoniła od razu, jeszcze z telefonem przy uchu chodząc po kuchni.
– Mamy jedno miejsce w grupie czterolatków – powiedziała kobieta po drugiej stronie, głosem spokojnym, bez pośpiechu. – Ale uprzedzam, u nas dzieci same sprzątają zabawki po zajęciach. Żadnych wyjątków, nawet dla najmłodszych.
– To akurat u nas w domu nie zawsze wychodzi – roześmiała się matka, patrząc na stertę klocków w kącie salonu.
– To dobrze się złoży, bo u nas wyjdzie – odpowiedziała kobieta, i w tym tonie było coś, co matce spodobało się bardziej niż wszystkie tabliczki świata.
We wrześniu, w pierwszy poniedziałek, Zosia szła alejką wysadzaną klonami, trzymając za rękę i mamę, i babcię jednocześnie. Przy furtce wisiała nowa tabliczka: „Witamy w naszym przedszkolu – tu każdy dzień jest przygodą". Babcia przeczytała ją dwa razy i pokiwała głową z uznaniem.
W holu, zaraz przy wejściu, stało akwarium – większe niż to u Kapuścik, z dwiema rybkami zamiast jednej.
– Patrz, babciu – powiedziała Zosia, przyklejając nos do szyby. – Tu są dwie. U tamtej pani była jedna i chyba jej było smutno.
– Może i była – przyznała babcia. – Ale ty tu przynajmniej nie będziesz sama liczyć okrążeń.
Zosia nie do końca zrozumiała, o co chodzi, ale pokiwała głową poważnie, tak jak robią dorośli, kiedy udają, że wszystko rozumieją. Potem puściła rękę babci i pobiegła do sali, gdzie inne dzieci już siedziały w kręgu na dywanie, a pani Sadowska, klęcząc przy nich, tłumaczyła zasady gry w głuchy telefon – bez jednego błędu, za to z takim śmiechem, że Zosia zapomniała obejrzeć się za siebie.






