Mgła nad wiadukiem — sprawa Ryszarda Zawiei z Bielawy

Piotr Kruczek pracuje jako komornik od jedenastu lat i sądził, że nic go już nie zaskoczy. Mylił się w środę, dwudziestego trzeciego września, kiedy na jego biurku w kancelarii przy ulicy Piłsudskiego w Bielawie wylądowała sprawa numer KM 4471/26.

Dłużnik: Ryszard Zawieja, sześćdziesiąt trzy lata, były kierownik warsztatu samochodowego przy obwodnicy. Wierzyciel: bank. Kwota: sto dwanaście tysięcy złotych zaległości po tym, jak warsztat zbankrutował trzy lata temu. Nic niezwykłego — takich spraw Piotr widział setki. Niezwykłe było to, co zaczęło się dziać, gdy sprawa trafiła do lokalnej grupy na Facebooku „Bielawa i okolice — pomożemy sobie".

Ktoś tam napisał, że pan Ryszard od dwóch lat woził za darmo starsze osoby z osiedla do przychodni i na cmentarz, bo miał jeszcze stary bus po warsztacie. Że rozdawał zimą węgiel sąsiadom, którzy nie mieli na opał. Zdjęcie: siwy mężczyzna w za dużej kurtce, stojący przy otwartych drzwiach busa, z termosem w ręku. Post zebrał cztery tysiące reakcji w jeden dzień.

I wtedy zaczęło się piekło.

Komentarze pod postem szły w dwóch kierunkach naraz. Jedni pisali: zbiórka, trzeba mu pomóc spłacić dług, taki człowiek nie może stracić domu. Drudzy — dziennikarka lokalnego portalu, Kasia Buraczyńska, wśród nich — zaczęli grzebać głębiej i znaleźli coś innego: trzy lata temu Zawieja miał sprawę karną o wyłudzenie kredytu na sprzęt warsztatowy, umorzoną z braku dowodów. Buraczyńska opublikowała artykuł z tytułem „Dobroczyńca czy oszust? Ciemna strona bohatera z Bielawy". Ruch pod artykułem był większy niż pod pierwotnym postem.

Piotr czytał to wszystko wieczorem, siedząc przy stole w kuchni, z kubkiem wystygłej herbaty i telewizorem mamroczącym w tle prognozę pogody — miało padać przez cały weekend. Żona spytała go, o co ten cały szum w telefonie, bo mu ciągle wibrował. Odpowiedział, że ludzie w internecie znowu wybrali sobie kogoś, kogo albo uwielbiają, albo depczą, bez trzeciej opcji.

W piątek Piotr pojechał do Zawiei osobiście — nie musiał, ale sprawa robiła się głośna i wolał zobaczyć na własne oczy, zanim ktoś zacznie oskarżać jego samego o „prześladowanie dobrego człowieka" albo, z drugiej strony, o „kumanie się z oszustem".

Dom przy ulicy Fabrycznej okazał się małym, piętrowym budynkiem z odpadającym tynkiem, ogródkiem zarośniętym pokrzywami i furtką, która nie domykała się do końca. Zawieja siedział na ganku, w tej samej za dużej kurtce ze zdjęcia, i pił kawę z kubka z napisem „Najlepszy Dziadek". Obok stał wspomniany bus — zardzewiały ford transit z dwudziestego pierwszego wieku, z naklejką „Auta wolne od Boga" na tylnej szybie, w stylu, jaki lubią kierowcy z lat dziewięćdziesiątych.

— Panie komorniku — powiedział Zawieja, nie wstając — niech pan siada, jak pan chce. Kawa jest, ciasteczka mama zostawiła, zanim wyjechała do siostry w Ząbkowicach.

Piotr usiadł. Przez chwilę milczeli, ciszę przerywał tylko pies sąsiadów, ujadający gdzieś za płotem.

— Panie Ryszardzie, wie pan, po co przyjechałem.

— Wiem. — Zawieja odstawił kubek na poręcz ganku. — I wiem też, co piszą o mnie w internecie. Że jestem świętym albo że jestem oszustem. Ludzie potrzebują jednego albo drugiego, bo w środku nikt nie chce zostać.

Piotr wyciągnął teczkę z dokumentami, ale jej nie otworzył.

— A prawda jaka jest?

— Prawda jest taka, że warsztat mi zbankrutował, bo dwóch klientów mnie oszukało na trzydzieści osiem tysięcy za naprawy, których nigdy nie zapłacili, a ja wziąłem kredyt na nowy podnośnik, żeby ratować firmę. Nie spłaciłem. To jest cała prawda, panie komorniku. Nikt mnie nie oszukał na kredycie, po prostu się nie udało. A tę sprawę karną umorzyli, bo nie było czego udowadniać — nie było przestępstwa, było niepowodzenie.

— A bus? Węgiel dla sąsiadów?

Zawieja obracał w palcach kubek, aż kawa zachlupotała blisko krawędzi.

— Bus mam od dziesięciu lat. Węgiel kupowałem, jak miałem z czego. Ostatnie dwie zimy już nie kupowałem, bo nie było za co. Ale to nikogo nie interesuje, bo w internecie liczy się tylko to zdjęcie sprzed dwóch lat.

Piotr wrócił do kancelarii z jasnym obrazem: człowiek zwyczajny, ani święty, ani łotr, przegrany przez własny biznes i przez własną łatwowierność wobec klientów. Sprawa komornicza miała iść swoim trybem — zajęcie części emerytury, jaką Zawieja właśnie zaczął pobierać, rozłożone na raty. Nic sensacyjnego.

Ale internet już nie chciał tej wersji. W sobotę zbiórka na spłatę długu, założona przez sąsiadkę Zawiei bez jego wiedzy, przekroczyła sto tysięcy złotych — ludzie z całej Polski wpłacali po pięćdziesiąt, sto, pięćset złotych, każdy z komentarzem w stylu „dla takiego człowieka nie żal". W niedzielę Buraczyńska opublikowała drugi artykuł, tym razem z wypowiedzią jednego z dawnych klientów warsztatu, niejakiego Mariana Sępa, który twierdził, że Zawieja naciągał ludzi na zawyżone rachunki za części. Komentarze pod zbiórką zaczęły się dzielić — część ludzi żądała zwrotu wpłat, pisząc wprost, że nie będą finansować oszusta.

Zawieja zadzwonił do Piotra w poniedziałek rano, głos miał chrapliwy, jakby całą noc nie spał.

— Panie komorniku, ja tej zbiórki nie zakładałem. To sąsiadka założyła, bez pytania mnie. Teraz ludzie piszą, że ich okradłem, a ja nawet konta do tej zbiórki nie mam. I piszą o Sępie. Niech pan jedzie ze mną, bo ja tam sam nie pojadę.

Okazało się, że organizatorka zbiórki, przyparta do muru falą żądań zwrotu, zwołała na wtorkowy wieczór spotkanie w świetlicy osiedlowej przy Fabrycznej — dla wszystkich, którzy wpłacili i chcieli usłyszeć wyjaśnienia na żywo. Zawieja miał tam przyjść. Piotr, choć nie musiał, pojechał z nim — widział, że ten człowiek, który od trzech dni nie spał, nie da rady wejść tam sam.

Świetlica była mała, pachniała kredą i starym linoleum. Przyszło może trzydzieści osób, dużo więcej niż krzeseł, więc część stała pod ścianami. Sąsiadka-organizatorka, kobieta w wieku Zawiei, trzymała w rękach wydrukowane zestawienie wpłat, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, z tłumu wystąpił mężczyzna w skórzanej kurtce.

— To on? — spytał, wskazując na Zawieję. — To ten, co mnie naciągnął na fakturę za skrzynię biegów, której nawet nie wymienił?

Zawieja stanął na środku sali, między rzędami krzeseł. Piotr zobaczył go wtedy nie na ganku z kawą, tylko pod ścianą ludzkich spojrzeń, bez żadnej ucieczki.

— Panie Sęp — powiedział Zawieja, głos mu się łamał, ale nie usiadł. — Ja pamiętam pana samochód. Wymieniłem uszczelkę i sprzęgło, nie skrzynię. Mam jeszcze gdzieś w domu kopię tamtego zlecenia, bo trzymałem papiery z ostatniego roku, zanim zamknąłem warsztat. Jak pan chce, przywiozę to panu jutro. Jeśli się okaże, że policzyłem za coś, czego nie zrobiłem, oddam panu różnicę z własnej kieszeni, choćbym miał ją pożyczyć.

W sali zrobiło się cicho, tylko krzesło zaskrzypiało, gdy ktoś przesiadł się bliżej.

— A wam wszystkim — Zawieja odwrócił się do reszty sali, powoli, jakby to kosztowało go więcej niż mówienie do jednej osoby — mówię wprost: nie chciałem tej zbiórki. Nie prosiłem o nią. Jak ktoś chce odzyskać pieniądze, niech powie sąsiadce, ona odda, ile się da, z tego, co jeszcze zostało. Ja bym wolał, żeby nikt z was nie musiał teraz stać w tej sali i patrzeć na mnie jak na złodzieja, bo dla mnie to gorsze niż komornik.

Ktoś z tyłu krzyknął, że to na niego nie wygląda jak na kogoś, kto ucieka od odpowiedzialności. Ktoś inny odpowiedział, że słowa nic nie kosztują. Zrobiła się wymiana zdań, chaotyczna, na pół gniewna, na pół już łagodniejsza, a organizatorka próbowała ją uspokoić, unosząc kartki nad głową.

Piotr stał z boku, przy drzwiach, i po raz pierwszy od początku tej sprawy poczuł, że nie jest już tylko urzędnikiem, który przyjechał zamknąć teczkę — czuł, że jeśli ten wieczór skończy się źle, to on też będzie musiał wracać do kancelarii z czymś, czego nie da się zamknąć pieczątką.

W końcu głos zabrała starsza kobieta w wełnianym berecie, ta sama, której zdjęcie z busem krążyło po grupie.

— Woził mnie tym swoim rzępolącym transitem do przychodni na Wolności, dwa razy w tygodniu, przez całą zimę — powiedziała, nie wstając z krzesła. — Syn miał wtedy zmiany w Wałbrzychu i nie zdążał. Za paliwo brał czasem dziesięć złotych, jak nalegałam, a najczęściej nic. Raz zapytałam, czemu to robi, skoro sam ledwo wiąże koniec z końcem, a on powiedział tylko, że jak jedzie do miasta, to jedzie, i że mu nie ubędzie. Nie wiem, co tam było z tą fakturą panu Sępowi, nie było mnie przy tym. Ale to, co ja widziałam z tego busa przez okno, też się działo naprawdę.

Nikt jej nie przerwał. Napięcie w sali nie zniknęło od razu, ale zmieniło kierunek — z okrzyków na szepty, z oskarżeń na pytania o to, co dalej. Kilka osób podeszło do organizatorki, żeby zapisać się na listę zwrotów; kilka innych powiedziało, że zostawiają swoje wpłaty tak, jak są. Sęp stał jeszcze chwilę z rękami skrzyżowanymi na piersi, po czym powiedział cicho, że przyjmie te papiery jutro, i wyszedł pierwszy, nie trzaskając drzwiami.

We wtorek wieczorem, już po spotkaniu, Zawieja i Piotr usiedli w aucie komornika na parkingu przed świetlicą, obaj milczący przez dłuższą chwilę.

— Dziękuję, że pan przyjechał — powiedział w końcu Zawieja. — Nie musiał pan.

— Nie musiałem — przyznał Piotr. — Ale też nie chciałem, żeby ta sprawa skończyła się tak, że nikt nie wie, co tak naprawdę się stało.

Następnego dnia po południu Zawieja zjawił się w kancelarii Piotra, w tej samej kurtce, z plastikową teczką pod pachą.

— Byłem u Sępa — powiedział, siadając na brzegu krzesła, jakby nie miał prawa się rozsiąść. — Zlecenie się zgadzało, sprzęgło i uszczelka, tak jak mówiłem. Tylko że policzyłem mu wtedy czterysta złotych za dopłatę do części, bo szły ekspresem, bo klient się spieszył, a ja mu tego w rozmowie nie powiedziałem, tylko wpisałem w fakturę i tyle. Głupio zrobiłem. Człowiek nie wie, za co płaci, to się później czuje oszukany, nawet jak nikt go nie oszukał.

Wyjął z kieszeni złożoną kopertę i położył ją na biurku Piotra.

— To dla niego, żeby pan przekazał, jak się pan z nim jeszcze zobaczy przy tej sprawie. Nie chcę mu tego wciskać do ręki na ulicy, żeby nie wyglądało, że go spłacam za milczenie.

Piotr policzył — czterysta złotych, w dwudziestkach, trochę pogniecionych.

— Skąd pan to wziął, panie Ryszardzie, przecież panu i tak zajmuję emeryturę.

— Zebrałem. Sprzedałem dwa koła zapasowe, co leżały w garażu bez sensu. Lepiej niech leżą w kieszeni Sępa niż u mnie w szopie.

Sąsiadka-organizatorka zwróciła wpłaty jedenastu osobom, które o to poprosiły. Resztę, po odjęciu tych zwrotów, przelała na konto banku — Piotr dostał w piątek potwierdzenie z kancelarii, że sprawa egzekucyjna KM 4471/26 została spłacona w całości. Nadwyżkę, kilka tysięcy złotych, organizatorka oddała, na prośbę Zawiei, fundacji pomagającej ludziom po upadłości firm — tej samej, przez którą kiedyś sam próbował dostać poradę prawną, gdy zamykał warsztat.

Buraczyńska napisała jeszcze jeden tekst, krótki, bez krzykliwego tytułu, z opisem spotkania w świetlicy. Komentarzy było mniej, a te, które się pojawiły, nie układały się już równo w dwa obozy.

Piotr wyjął z szafy pieczątkę, przyłożył ją do ostatniej strony akt KM 4471/26 i odłożył teczkę na stertę spraw zamkniętych. Za oknem zaczynało padać.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

osiemnaście + 7 =

Mgła nad wiadukiem — sprawa Ryszarda Zawiei z Bielawy