Miłość nie na pokaz Ania wyszła z chaty z pełnym wiadrem karmy dla świń i gniewnie przeszła obok m…

Miłość nie na pokaz

Pamiętam czasy, gdy Jadzia wyszła z chałupy, niosąc pełne wiadro pomyj dla świń, i minęła męża Stefana, który już trzeci dzień mozolił się z naprawą studni. Zachciało mu się ozdobnych rzeźbień, żeby pięknie było, jakby roboty innej w gospodarstwie brakowało! Żona się w polu krząta, zwierzęta karmi, a ten stoi ze świdrem, cały w trocinach, z uśmiechem na twarzy patrzy na nią. Cóż to za los taki? Ani czułego słowa nie powie, ani pięścią w stół nie huknie, tylko w milczeniu robi swoje, czasem podejdzie, spojrzy prosto w oczy i przeciągnie ręką po jej grubej, jasnej warkoczach tyle z jego czułości. A w sercu tak bardzo chciałoby się usłyszeć gwiazdeczko moja, albo gołąbeczko”

Rozmyślała o kobiecym losie, aż o mało co nie potknęła się o starego Burka, wiernego psa. Natychmiast podbiegł Stefan, chwycił żonę i ostro spojrzał na psa:

Burek, na co się pchasz pod nogi, panią możesz przewrócić!

Burek opuścił łeb i pognał do budy. Jadzia nie pierwszy raz zadziwiła się, jak zwierzęta rozumieją jej męża. Spytała go kiedyś o to, a on tylko wzruszył ramionami:

Kocham zwierzęta, a one tym samym odpłacają.

O miłości marzyła Jadzia żeby ją na rękach noszono, szeptano gorące słowa do ucha, kwiatki co rano na poduszce… Ale Stefan na czułości był skąpy, aż wątpić zaczęła, czy w ogóle ją kocha?

Szczęść Boże, sąsiadko zagadnął zza płotu Wojtek. Stefan, znowu świdrujesz i rzeźbisz? Po co te twoje zawijasy komu?

Chcę, żeby dzieci dobrymi ludźmi wyrosły, patrząc na piękno.

Najpierw dzieci trzeba mieć! zaśmiał się Wojtek i porozumiewawczo puścił oko do Jadzi.

Stefan rzucił smutne spojrzenie żonie, a ta zarumieniona czym prędzej schowała się w domu. Nie śpieszyło jej się do dzieci młoda była, ładna, chciała się jeszcze sobą pożyć, a i mąż… nijaki. Wojtek natomiast wysoki, barczysty, Stefan niby też niebrzydki, ale tamten to prawdziwy przystojniak! Gdy przy płocie spotka, tak ciepło mówi, że serce topnieje: Rosiczko, słońce moje jasne Dusza mięknie, nogi się uginają, ale Jadzia od niego uciekała, nie poddawała się namowom. Wychodząc za mąż, przysięgała być wierną żoną rodzice też ponad pół wieku serce przy sercu przeżyli, uczyli ją szanować rodzinę.

Ale czemu tak ją ciągnie do okna, żeby choć okiem z Wojtkiem się spotkać?

Nazajutrz, gdy Jadzia pędziła krowę na pastwisko, spotkała się przy furtce z Wojtkiem:

Jadziu, gołąbeczko, czemu mnie omijasz? Boisz się? Głowa mi się kręci, jak twoją urodę widzę.

Przyjdź do mnie o poranku. Jak twój Stefek pójdzie rano na ryby, przyjdź. Tyle ci czułości dam, że najweselsza będziesz.

Jadzia cała spłonęła, policzki jej zapłonęły, serce zabiło szybciej, ale nie odpowiedziała, tylko szybkim krokiem odeszła.

Poczekam, Jadziu rzucił za nią.

Cały dzień o nim myślała. Pragnęła czułości, a Wojtek taki przystojny i ciepły… Jednak nie mogła się zdecydować. Do świtu jeszcze czas, może…

Wieczorem Stefan napalił w saunie, i Wojtka zaprosił do wspólnej kąpieli. A Wojtek zadowolony nie musiał u siebie grzać i drewna marnować. Siedli ramię w ramię, smagali się brzozowymi witkami i wygrzewali. Po kąpieli Jadzia postawiła im karafkę bimbrowi i przystawkę, a potem przypomniało się jej, że w piwnicy ogórki małosolne stoją. Poszła po nie, i wracając, usłyszała rozmowę przez lekko uchylone drzwi.

Stefan, czemu taki nieśmiały jesteś? ściszonym głosem przekonywał Wojtek. Pójdź ze mną, nie pożałujesz. Tyle tam wdówek, pogłaszczą, popieszczą, a jakie śliczne! Nie to, co twoja Jadzia, taka szara myszka…

Daj spokój, Wojtek usłyszała cichy, lecz stanowczy głos męża. Niepotrzebne mi inne kobiety, nawet myśleć o tym nie chcę. Moja żona to najpiękniejsza kobieta na świecie. Nie ma takiego kwiatka ani jagódki jak ona. Jak na nią patrzę, nie widzę słońca tylko jej oczy, jej talię. Serce mi się przelewa z miłości, jak Wisła na wiosnę. Lecz nie potrafię mówić o tym, nie umiem pokazać, jak bardzo ją kocham. Czuję, że ma do mnie żal, ale boję się ją stracić nie wyobrażam sobie życia bez niej.

Jadzia stała zasłuchana, łzy na twarzy pociekły. A potem podniosła głowę, weszła do przedsionka i głośno rzekła:

Idź ty, sąsiedzie wdów zabawiać, a my z mężem mamy ważniejsze sprawy. Nie ma jeszcze komu patrzeć na piękno, co Stefek wystrugał. Przepraszam, kochany, za głupie myśli i że ślepa byłam; szczęście miałam w dłoniach, a nie dostrzegłam. Chodź, czas nadrabiać zmarnowane chwile

Tamtego poranka Stefan na ryby nie poszedł.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

16 − czternaście =

Miłość nie na pokaz Ania wyszła z chaty z pełnym wiadrem karmy dla świń i gniewnie przeszła obok m…