Mój przyjaciel, Błażej, nagle w moim śnie miał 42 lata, a na jego głowie lewitował koszyk z pączkami. Znalazł żonę Iwonę, kobietę wirującą w fartuchu, która sprzątała mieszkanie niczym tornado i gotowała bigos, który zaczynał tańczyć po całym stole. Błażeja reszta nie obchodziła, tylko czystość i smak.
Od lat dziecięcych razem turlaliśmy się po podwórku między blokami na warszawskim Mokotowie. Ja, Marcin, i on, Błażej nierozłączni jak dwa pierogi. Kiedy byliśmy nastolatkami, wieczorami snuliśmy się grupą przez ulice miasta, a świat wydawał się zrobiony z pruszonego śniegiem szkła, odbijającego światła tramwajów. O dziewczynach gadaliśmy rzadko, bardziej martwiliśmy się, by nie wyjść na głupców przed kolegami; twarz przed kolegami była wtedy wszystkim.
Potem ja poszedłem do wojska, wracając z głową pełną snów o czołgach pływających po Wiśle. Błażej uniknął munduru. Po powrocie pracowałem w urzędzie i ożeniłem się z Dorotą. Żyliśmy razem dziesięć lat w mieszkaniu z widokiem na szare podwórko, dzieci śniły się jak z cukru. Potem nagle, zupełnie jakby ktoś przekręcił kalejdoskop, staliśmy się dla siebie obcy. Kłótnie i rozstanie, cichy rozwód w Urzędzie Stanu Cywilnego przy dźwiękach stukotu pieczątek.
Dwa lata później, już wolny jak liść niesiony przez listopadowy wiatr, wpadłem na Błażeja w jakimś dziwnym, zamglonym barze mlecznym. Tłusty jak szynka na Wielkanoc, mówił niewyraźnie. Piliśmy kompot i rozmawialiśmy o życiu. Okazało się, że też jest po rozwodzie, szukał nowej żony, snuł się po targach jak bezpańska torba.
Minął rok w śnie nie wiem jak, może kręciłem się na karuzeli. Poznałem Annę, czułość i zapach świeżego chleba. Wzięliśmy ślub na dachu bloku, pod gołębiami. Niedługo potem znów spotkałem Błażeja. Opowiadał o Iwonie, swojej nowej żonie, która zmieniała mieszkanie w muzeum czystości i nakładała na talerz kluski, które śpiewały Mazurka Dąbrowskiego. Była bardzo pulchna, niczym baba wielkanocna.
Zapytałem: Co ci się właściwie w niej podoba?
A on, patrząc gdzieś w rozgwieżdżony sufit, mówił: Jest najlepszą sprzątaczką i kucharką tej strony Wisły. Daje mi spokój. Mogę pić piwo Żywiec na kanapie, oglądać mecz Legii Warszawa, iść do pubu z chłopakami a ona nigdy nie pyta, nigdy nie zabrania. Jest idealna!
Patrzyłem na niego i czułem, jak w moim śnie wypełza mgła. Dla mnie miłość była czymś innym, nie tylko porządek i rosół. Ważne, by mieć wspólne nuty, nie być dla siebie obcymi, gotować i sprzątać razem, patrzeć na chmury i zgadywać, która wygląda bardziej jak zupa ogórkowa.
Dobrze jest, gdy para jest jak dwa rowery jeśli pedałują w tę samą stronę po ścieżkach życia, mogą dojechać aż do końca, nie przewracając się na żadnym zakręcie.
Co myślisz, czy ty też czasami śnisz tak dziwnie o miłości w Warszawie?





