Moja tajemnica

Moja tajemnica

Leżenie na twardym, zmrożonym po wczorajszym roztopie śniegu było zadziwiająco przyjemne. Wewnątrz aż wrzało krew dudniła mi w skroniach, w klatce bolało, twarz płonęła, a w ustach sucho jak na pustyni.

Zgarbnąłem trochę śniegu dłonią, powoli, jakby sparaliżowany, z wysiłkiem rozchyliłem zęby i wsunąłem grudkę chłodnej bieli do ust. Robiło się przyjemniej na języku, choć wciąż przeszkadzała metaliczna nuta. Z rozbitych dziąseł sączyła się krew, musiałem ją połykać i kasłać. Nie miałem już sił, by się przewrócić i ją wypluć.

Śnieg koił ból za to dziękowałem mu w duchu. Darmowa narkoza, chwała niech będzie niebiosom! Ale zimno nie gasiło wszystkiego ból trochę się oddalał, jakby odsuwał się gdzieś hen, za horyzont, dokąd czerwonym kręgiem wpadało słońce. Nawet patrzenie w zachód bolało, aż łzy piekły w oczach od blasku.

Zacisnąłem powieki równy, ogromny dysk słońca jawił się teraz jako jakaś szaro-żółta, niewyraźna plama.

Jeśli gdzieś się odczołgać do dołka, rynsztoka, zagłębienia i tam się ukryć, zwinąć w kłębek, polizać rany i trochę poszczekać jak pobity kundel Ale nie miałem sił. Nogi leżały jak dwa klocki, czasem tylko drgały nimi skurcze.

Spróbowałem przewrócić się na bok, podeprzeć się prawą ręką ta jednak opadła, a w barku poczułem ostry ból.

Spokojnie Dobrze, spróbuj inaczej! szeptałem przez zaciśnięte zęby. Dźwięk mojego płytkiego, schrypniętego głosu wydał mi się obcy.

Lewą jeszcze mogłem się podeprzeć jakoś się podciągnąłem i usiadłem, lecz dłoń znów zniknęła w śniegu, a ciało znów dotknęło lodowej tafli.

Umrzeć. Tu, teraz. Wystarczy umrzeć i wszystko się skończy. Co będzie dalej już bez znaczenia. Sam to sobie zafundowałem, sam się podłożyłem. Nie uratuję się.

Rano będą szukać ciała. Przecież obiecywali. Ale może najpierw zdążą wilki? Im też trzeba jeść… Wtedy tylko moje kości zostaną moim wrogom.

Błyskawicznie zapadał zmrok. Chciało się spać. Zapadałem w ciemność, kołysałem się w niej jak ryba w paszczy szczupaka było nawet przyjemnie. Potem wracał ból, rozświetlony czerwonymi iskierkami i rozlewający się w żyłach, ścinający mięśnie skurczami. Zgrzytałem zębami, a wraz z tym rodziła się dzika, bezsilna złość pusta, ale tym silniejsza. Taka, co sprawia, że nawet nieuzbrojony i osłabiony straszysz wroga swoją desperacją. Zemsty jednak pragnąłem. Ale nie umiem uderzyć kobiety na to nie potrafię się zdobyć. Zemsta więc traci sens.

Złość napędzała mi mózg, zgrzytały tryby, warczały, lecz pracowały.

A jeszcze z brzucha, głęboko, narastał strach. Pierwotny, nieujarzmiony lęk przed śmiercią. On nie pozwalał mi odpuścić do końca.

Z lewej strony, od krzaków, doleciało wilcze wycie. Skrzywiłem się: Nie, wilki! Nie oddam się tak łatwo żadnemu z was! Wy wszyscy jesteście wilkami, i ci na dwóch, i na czterech! Kości po mnie nie dostaniecie!

Trzeba się ruszyć. Gdzie? Nieistotne. Jak? Obojętne. Choćby czołgać się, ważne by wydostać się z tego miejsca własnej klęski.

Mama Martwię się o nią. Ona mnie czeka, niepokoi się. Jak jej tam? Nie powiedziałem, gdzie jestem. Nie dowie się, jak to się skończy… chociaż może usłyszy. Będzie płakać. To przeze mnie.

I znowu łzy przymarzły na policzkach, nie zdążywszy spaść na podarty płaszcz.

Ruszyłem żałośnie: podpierając się zdrową ręką, powłócząc nogami po śniegu, zostawiając na białym szlaku czerwone ślady. Ale przesuwałem się, coraz dalej od wycia i groźby

Potem straciłem przytomność. I to już było błogie: nic nie czułem, o niczym nie myślałem. Zero. Jeśli to piekło to mnie odpowiada. Chcę tu zostać. Demony, jestem wasz! Ciało już nic nie warte

A jednak i w piekle byłem zbędny. Nagły, jaskrawy, żółty blask uderzył mnie w twarz, a do ust wlała się lodowata woda.

No, a czemu nie kaszlesz? Kaszl, przecież przepłukałeś gardło, teraz już wszystko wypluj! ktoś walił mnie po policzkach, niezbyt delikatnie, aż aż ból rozchodził się po dziąsłach.

Uuu, jęknąłem z bólu, wypluwając czerwoną wodę na śnieg.

Żywy! To do domu! Tutaj nie daleko. Ułóż się na kożuchu, poniosę cię. No dalej silne ręce podniosły mnie, położyły na ciepłym, pachnącym owcą okryciu. Ale cię zrobili Słuchałem, coś huczy maszyna? Patrzę, światła w polu oni zawsze tu coś kręcą. Pole dla nich jak cmentarzysko. Głupi ludzie… głupi mruczał nieznajomy. Zaraz cię trochę opatrzymy, potem się zobaczy.

Wspomniałem coś o wilkach, o wracających wrogach, ale zaraz ogarnęła mnie błogość i zapadłem w nieświadomość

Ale ty jesteś cudowny, taki delikatny! śmiała się Tamara, pozwalając całować swoje ramiona. Cielak, co? Jesteś moim cielaczkiem? złapała mnie za policzki i przywarła ustami do mych warg, potem jednak odsunęła się, narzuciła szlafrok, zawiązała go pospiesznie. Idź. Czas już.

Tamara przeciągnąłem się leniwie na krzątliwej pościeli. Jeszcze wcześnie. Spójrz na zegar! Znowu mnie wyrzucasz?

Często zostawałem ostatnio u Tamary na noc: karmiła mnie kolacją, posyłała do łazienki, zawsze szykowała świeżą, pachnącą pościel. Gdy tylko wychodziłem spod prysznica, trafiałem do raju. Tamara była piękna, czuła, lepsza od wszystkich dziewczyn, które się przede mną kokieteryjnie wyginały.

Podglądałem przez lustro jak zakłada rajstopy na swoje białe, gładkie nogi, jak zza parawanu zakłada bieliznę, sukienkę. W lustrze była świetlista, nierealna, nad wyraz pociągająca.

Powiedziałam: wychodź! mruknęła. Zapnij mi zamek i idź. Maks, zrobisz sobie krzywdę! Przyjdź jutro, dobrze? Jutro…

Jeszcze chwilę się całowaliśmy, potem Tamara rzuciła mi ubrania i wyszła.

Słyszałem, jak na kuchni ustawiła dzbanek, zmieliła kawę. Po całym mieszkaniu unosił się jej charakterystyczny, lekko spaleniznowy aromat. Jej mąż, Arkadiusz, kochał kawę. Zawsze mocną, z pieprzem. Tamara kładła się naprzeciwko, zduszona na taborecie, uśmiechała się i kiwała z grzeczności. Siedząc jak matka kwoka, podkurczając nogi i stawiając je na poręczy, musiała cały czas być czujna, by przypadkiem nie nazwać Arkadiusza moim imieniem.

Jeszcze chwilę stałem w łazience, chlapałem się wodą i śmiałem, potem wyszedłem, założyłem koszulę, spodnie, stanąłem przy drzwiach kuchni. Promienie słońca prześwitywały przez cienki szlafrok Tamary, uwydatniając jej kształty.

Tamara była ode mnie starsza o piętnaście lat, a mnie to nawet pochlebiało byłem dumny, że to właśnie mnie wybrała spośród gromady młodych chłopaków.

Była doświadczona, wyrozumiała względem moich niezgrabnych zalotów, potrafiła śmiać się melodyjnie i całowała tak, że szumiał mi w głowie. Pozwalała mi nocować w swoim eleganckim mieszkaniu z kryształowymi żyrandolami i wypastowanym parkietem, wśród porcelany, która mogłaby gościć królów. Karmiła mnie, głodnego, patrzyła jak ze smakiem wyjadam prosto z patelni placki ziemniaczane czy tnę widelcem kotlet, jak niezdarnie popijam wódkę Uwielbiała pić ze mną bruderszafta, potem śmiała się głośno, nadstawiając szyję moim pocałunkom.

Nie chciała, żebyśmy się poznali ja nalegałem.

Pierwszy raz zobaczyłem ją w metrze. Byłem pijany, rozluźniony. Zaczepiałem ją, chciałem koniecznie ją poznać, prowokowałem. Na początku schodziła mi z drogi, odwracała się, wybraniała.

Doprowadziłem ją pod dom. Przy wejściu kazała mi odejść. Ja jednak nie poszedłem, ukryłem się w bramie i obserwowałem, w którym oknie zapali się światło.

Pierwsze piętro, okna jej wychodziły na dziedziniec. Widziałem jej sylwetkę za firanką. Przebierała się. Patrzyłem, aż z zazdrości miałem ochotę zawyć, ale przegonił mnie dozorca, zamachując się miotłą.

Każdego wieczora wracałem na jej podwórko to było jak nałóg. Matce mówiłem, że idę na spacer, a sam trwałem pod jej oknem.

Widziałem i jej męża. Okna kuchni też wychodziły na podwórko. Mąż Tamary kręcił się po mieszkaniu w podkoszulku i rozciągniętych gaciach. Był chudy, kościsty, przygarbiony i nerwowo potrząsał głową. Czemu ona wyszła za takiego? dziwiłem się. Zakochała się?!

Arkadiusz powoli kolacjował, przeglądał gazetę, potem Tamara podawała mu herbatę i ciasteczka. Patrzyłem na ich cienie raz mąż gwałtownie zerknął przez okno, poczuł mój wzrok, zamknął zasłony. Ich dwie sylwetki zlały się w jedną. Ogarniała mnie obrzydliwość. Jak ona, moja Tamara, może całować się z tym chudzielcem?!

W końcu się znudziłem patrzeniem i wdrapałem się przez okno do jej sypialni, gdy mąż pojechał służbowo. Widząc mnie Tamara zgłupiała, chciała krzyczeć, ale zasłoniłem jej dłonią usta, pocałowałem.

Jak ona pachniała! Włosy, wargi, jej letnia sukienka wszystko miało inny zapach.

Moja mama nigdy chyba nie używała perfum. Czuć było od niej fabryką, czasem papierosami. Paliła dużo, szare zęby nigdy nie uśmiechała się pełnymi ustami, wstydziła się. A Tamara miała śnieżnobiałe zęby jak z okładki modnego magazynu. Moja mama rzadko ładnie się ubierała. Nie zwracałem kiedyś na to uwagi, ale przy Tamarze wstydziłem się własnej matki. Chciałem jej coś kupić, ale żałowałem pieniędzy szastem wydawałem je na kwiaty dla Tamary. Jej mąż nigdy nie przynosił bukietów, zdawał się być nieudacznikiem. Mieli piękne mieszkanie, stare drewniane meble, dzieła sztuki wszystko to, jak wspomniała Tamara, dostała po rodzinie. Mężuś tylko korzystał z majątku żony. Spryciarz!

Ja nie taki. Potrzebowałem tylko Tamary, reszta nie liczyła się. Talerze, pościel, mieszkanie bez różnicy. Najważniejsza była jej obecność.

Tamara pachniała czymś drogim pewnie francuskimi perfumami, ale dla mnie liczyła się tylko jej skóra, włosy, zapach pod szyją…

Uwielbiałem ją. Tak, uważałem ją za moją kobietę. Zdobyłem, wtargnąłem do jej życia i ona padła u moich stóp.

Wszystko robiła z wdziękiem: jedzenie, przebieranie się, palenie. Była harmonijną całością, jak muzyka płynąca z jej bioder. Bogini moja własna bogini!

Tamta pierwsza nasza noc zapadła mi w pamięć na zawsze. Była wtedy wyjątkowo czuła i prawdziwa. Bez żartów, bez dystansu. Topniała mi w ramionach, a ja wrzałem od przypływu siły i namiętności. Wiedziałem, że kocha mnie z mężem tylko trwa, znosi go, a przy mnie ożywa jej krew.

Czasem rano musiałem jednak uciekać.

Wstawaj, kochanie, już czas całowała mnie po naszej trzeciej nocy. On zaraz wróci z delegacji. Maksym, mój najdroższy… Nie przychodź przez tydzień, potem znowu pojedzie.

Może z nim porozmawiam? zażartowałem. Ja chcę, byś należała tylko do mnie, Tamaro! Chcę być twoim mężem!

Roześmiała się, aż brunatne włosy opadły jej na ramiona jak wąż, jak strumień czekoladowej lawy. Porwałem, całowałem ją.

Moja! Moja, słyszysz? Tylko moja! szeptałem. Myślisz, że ucieknę przed twoim Arkadiuszem?! Patykiem bym go przepędził!

Nie wiem, kochany wyślizgnęła się z objęć. Chcę, by zostało tak, jak jest. Ty bądź moją tajemnicą, ja twoją. Są sprawy, Maksym, których lepiej nie ruszać. Idź już, muszę jeszcze posprzątać.

Obraziłem się wtedy. Nie zostanie moją żoną?!

Ale zamykając za mną drzwi, jeszcze mnie pocałowała. Była MOJA. O mnie będzie myśleć, gdy pójdzie spać, mnie przypomni sobie przy śniadaniu dla męża i porówna i wygrałem z nim. Ona moja, a ten Arkadiusz rogacz!

Po wyjściu Maksymiliana Tamara zaczęła gorączkowo sprzątać. Mąż dzwonił w nocy, że wraca wcześniej niż mówił. Przebiegły, ostrożny człowiek! Nie chce jej skompromitować. Tamara się roztrzęsła, wietrzyła mieszkanie, by Arkadiusz nie wyczuł obcego zapachu. Ale coś zauważył. Stary lis wyczuł inne feromony.

Śmierdzi tu, Tamo! rzucił walizkę na podłogę.

Czym?! Tamara spięła się, szczelniej otuliła szlafrokiem.

Czymś obrzydliwym, Tamo. Ty nie zgrzeszyłaś tu beze mnie? spojrzał na nią spod byka i nagle się wyprostował. Tamara ledwo oddychała ze strachu, ale się uśmiechała.

No coś ty! To po prostu kurczak w piekarniku mi się zepsuł, wyobraź sobie! Idź, Arkadiusz, umyj się, ja przygotuję stół. Kawa już gotowa, kotlety też są. Rozgrzać? No wpuść mnie, durny, kocham cię… tęskniłam… paplała za głośno i radośnie.

Arkadiusz chwycił ją za włosy, przyciągnął, patrzył głęboko w oczy, w końcu się roześmiał.

Mam dla ciebie prezent. Przymierz! wyjął coś z chustki: kolczyki, ciężkie, z czerwonymi kamieniami, lekko pociemniałe. Załóż! rzucił ostro, widząc niepewność Tamary. Wiedziała, że to nie do końca czyste ozdoby.

A co to na nich jest, Arkadiuszu? To… położyła prezent na półce, instynktownie otarła dłonie o sukienkę.

Głupia! Widzisz strachy. Zakładaj i idziemy jeść! Tamara, już!

Posłusznie zdjęła stare, po matce odziedziczone kolczyki, założyła nowe. Podobało mu się ją stroić, traktować jak swoją zabawkę czasem kazał jej spać w ciężkich złotych naszyjnikach, które raniły skórę, ale on twierdził, że to świetne…

Zostanę pięć dni, potem wyjeżdżam. Na długo. mówił, wycierając talerz kromką chleba. Mam dobrze idące interesy, dobre sprawy. Wzrokiem przeszył ją: Gdzie kurczak?

Jaki? ręka Tamary zadrżała, kawa polała się po obrusie. Arkadiusz nie znosił plam na obrusie miał dawną traumę z dzieciństwa, matka alkoholiczka, zniszczony dom, nędza… Marzył o wykwintnym życiu i wszystko to zdobywał, nie patrząc na metody. Dla niego Tamara była trofeum najlepsze, co mógł mieć. Jej narzeczony zginął nagle w napadzie, a ona w rozpaczy przystała na ślub z Arkadiuszem, bo jej rodzinę nękały kłopoty, ojca groziło więzienie. Arkadiusz wyciągnął ich z dołka, a ceną była ona sama.

Tamara uśmiechnęła się, przykrywając plamę na obrusie serwetką.

Kurczaka wyniosłam na śmietnik, machnęła ręką.

Słusznie uśmiechnął się. Głupi by po sobie śmieci zostawił. Stary lis wszystko pojmował…

…Jak tylko mąż wyjechał, Tamara zadzwoniła do mnie do pracy reperowałem lodówki w fabryce lodów. Tamara przepadała za śmietankowymi w wafelku. Zawsze przynosiłem jej takie, karmiłem i całowałem jej słodkie, w okruszkach usta.

Wziąłem wolne pretekst: złe samopoczucie. Wpadłem do niej od razu po obiedzie. Jak tęskniłem! Nie mogłem się jej napoić! Była ogniem, Tamara była ogniem nieposkromionym, uzależniającym

Nie było mnie w domu od trzech dni, nie zadzwoniłem do rodziców. Przepadłem! No i co? Młody jestem, takie życie.

O tym, że mama jest w szpitalu, dowiedziałem się rano, stojąc przed portiernią zakładu. Stał tam mój ojciec, wychudzony, szary, wręcz cień człowieka.

Tato, co tu robisz? zapytałem zirytowany.

Mamę wzięli do szpitala w nocy. Znowu żołądek. Może byś odwiedził…? szepnął, gniotąc czapkę w garści. Chodził w tej samej wysłużonej czapce przez cały rok.

Do którego szpitala? zapytałem niezbyt miło, bo myśli biegły do Tamary.

Podał adres. Obiecałem, że zajrzę, pożegnałem się. Widziałem, że płakał ale wtedy nie zrobiło to na mnie wrażenia. Matka co rusz trafiała do szpitala bez przesady!

Tamara niechętnie wypuściła mnie do matki, nawet dała trochę jedzenia. Moja czuła Tamara, dobra…

Mama leżała na korytarzu, na zimnej leżance, bo w sali zabrakło miejsca. Często wymiotowała, siostra wyzywała, kazała zabierać ją ze szpitala.

Gdzie ją mam zabrać?! Przecież musi się leczyć! wykrzyknąłem wzburzony. Milczeć! Nie wyzywać mi tu matki!

Mama ściskała mnie za rękę, prosiła, bym się nie złościł. Nie mogłem zrozumieć, jak w takim szpitalu da się żyć?! Dlaczego marnować czas na takie pierdoły? Moje życie, nie jej. Mama przywykła do szpitala.

Wolno jadła zupę od Tamary, mówiła, że bardzo dobra. Siedziałem obok, ktoś przechodził, potrącał mnie, a ja z irytacją zerkałem na zegarek. Jeszcze dwa tygodnie i Arkadiusz wraca, a ja muszę odejść od Tamary

Mamo, dasz radę sama dojeść? nie wytrzymałem, rzucając jej pod nogi torbę z jedzeniem.

Spieszysz się, synku? Dobrze, dam sobie radę. Maksym, nie przychodź jutro, dobrze? Tata mnie odwiedzi uśmiechnęła się, pogłaskała mnie po ręce.

Przytaknąłem. Nie wiedziałem, że wszystko wyrzucą, bo mama nie może jeść, że znów będzie leżała w korytarzu, przewiewy i przekleństwa Mnie to wtedy nie obchodziło, żyłem Tamarą…

Wróciłem do niej, a ona siedziała na podłodze i płakała.

Co się stało? zatrzymałem się w drzwiach.

Drżąc, pokazywała błyskotki na dywanie.

Arkadiusz mi dał kolczyki ostatnim razem. Chciałam je wyczyścić, przyciemniały. A tam są brudne. Brudne, Maks! Zabierz je ode mnie! Nie powinny tu być! Boję się ich!

Zawinęła je w szmatkę, podała mi.

Idź, wyrzuć je na śmietnik, Maks! Boję się! Co teraz będzie?! szeptała, ścierając tusz.

Przestań. Umyję je. Twój Arkadiusz zapyta, gdzie są! Co w nich takiego?! już wiedziałem. Przynosił jej zdobyte nieuczciwie ozdoby. Tak było pewnie nieraz Czarne plamy na złocie przypominały rany duże, śmiertelne

Poczułem obrzydzenie. Może zgłosić to na milicję? Ale Tamara nigdy by nie wydała męża.

Posłusznie wyszedłem, wyrzuciłem zawiniątko za mur typografii. Nie zauważyłem chudego mężczyzny czającego się w krzakach

Arkadiusz z dwoma zbirami przyszli w nocy. Spałem i nie słyszałem, kiedy się włamali.

Obudził mnie cios. Po ciemku ktoś bił mnie pięściami, Tamara krzyczała, potem zamilkła. Próbowałem się bronić, bolała głowa, w ustach metaliczny posmak, ledwo mogłem wyprowadzić cios wino z wieczora odbierało siły.

Nagle zapaliło się światło. Arkadiusz siedział w fotelu, obok niego Tamara, z zamkniętymi oczami.

Przepraszam za zamieszanie powiedział jej mąż. Ale muszę zabrać kilka rzeczy. Tamaro, pocałuj mnie, mąż wrócił!

Szarpnął ją za rękę, zgięła się wpół, wbił jej usta w twarz.

Arkadiuszu… Przecież on Tamara wskazała na mnie.

Nie chcę wiedzieć pokręcił głową. Jeden skinął, znowu mnie uderzyli. Chciałem się bronić, ale byłem rozbity od wieczora.

Tamaro, zbierz swoje świecidełka polecił Arkadiusz, zbliżył się do mnie. Ledwo go widziałem: oczy miałem napuchnięte, oddychanie bolało, pewnie żebra złamane.

A ty, leszczu, na kolanka i jazda, do przodu! powiedział.

Tamara krzątała się przy komodzie. Nie ruszaj go. Sam przyszedł, ja nie zapraszałam. Dorosły, swój chłop. Oto wszystko, kochanie podała mężowi ciężką torbę.

Zajrzał, kiwnął głową.

A teraz załóż te kolczyki, co ostatnio dostałaś polecił.

Nie pasują mi, Arkadiuszu! Potem… próbowała się przymilać Tamara. Zamarłem.

Załóż! wrzasnął, wystrzelił w parkiet, o włos od mojej stopy.

Tamara zaczęła szukać kolczyków, długo grzebała w szufladach.

Zaraz wymyśli jakiś ratunek! tłukło mi się w głowie. Uratować nas, Tamara, ocal nas!

Nie Arkadiuszu, nie ma! Tutaj schowałam, a teraz nie ma! Maks ukradł! Jak mogłeś?! wrzeszczała, kopiąc mnie. Dla twojej biedoty-matki zupę gotowałam, a ty mnie okradłeś?! Arkadiuszu, pozbądź się tego! Boże, zegarka też nie ma! Maksim… zgniluch z ciebie… Pokręciła głową.

Te zegarki oddała lekarzowi, co robił jej aborcję z Maksymem mogła mieć dziecko, ale nie chciała. Arkadiusz by nie pozwolił sam mieć nie mógł… Tamara zapłaciła zegarkiem za tajemnicę. Teraz zrzuciła wszystko na Maksa…

Kazał postawić mnie na nogi. Mało pamiętam. W głowie jeden obraz: Tamara, piękna, gorąca kobieta za plecami męża, ten mnie łamał na drobne kawałki…

Za kradzież nie wybaczam, Maks, powiedział mi na śniegu. Wszystko rozumiem miłość, młodzieńczą fantazję, żonę wybaczam, nawet zdradę. Myślisz, że ja też nie zdradzam? zadrwił. Mam takich Tamar w każdej wsi. Ale kradzieży nie daruję! Moje znaczy moje!

Położyłem się na śniegu całym swoim gorącym sercem, słyszałem, jak odjeżdża auto, jak wiatr wyje, sypiąc mi w twarz lodowe igły. Został tylko tętent w skroniach i myśl, że ukochana kobieta mnie zdradziła. Serce ostygło. Uzdrowiało się.

Co było dalej, już wiecie

Przeleżałem w chacie myśliwego wiele dni. Przyprowadził lekarza. Opatrzyli mnie, zszyli. Dziękowałem przez zęby uśmiechali się.

No, staniesz na nogi, jeszcze pobiegniesz! mówił myśliwy.

Po trzech tygodniach wyszedłem na dwór. Oślepł mnie blask słońca jakby rozlane mleko po sielskim, zimowym polu. Śnieg parzył w oczy. Myśliwy dał mi ciemne okulary.

A teraz idź. I więcej nie bierz, co nie twoje. Następnym razem możesz już nie mieć szczęścia

Zbierając się, słyszałem rozmowę tych, którzy mnie uratowali o tym, ile zapłacił Arkadiusz za ratowanie mi życia. Zamarłem.

Co mówicie? zapytałem cicho.

Nic wzruszyli ramionami. Arkadiusz to dobry człowiek, ale sknera. Żonę ma jak żmiję przepędza jego kosztowności na bok, marzy, że ucieknie. Ale jak ją złapie, używa takich chłopaków, jak ty, dla zabawy. Nie jesteś pierwszy, ani ostatni. U bogatych dziwne zwyczaje. Bierz już tylko takie kawałki, jakie zdołasz przegryźć. Idź, Maksym. Czas…

Do miasta dotarłem pod wieczór. Od razu poszedłem do szpitala. Może jeszcze zdążę do mamy

Takiego tu nie ma, przepraszam zamknęła przede mną okno rejestratorka, chyba ją przeraziłem swoim wyglądem.

Proszę, niech pani sprawdzi raz jeszcze! błagałem, potem wyszedłem.

Zachód był znów czerwony, jak tam, w polu. Znów poczułem ten sam strach.

W naszych oknach paliło się światło. Odetchnałem i pobiegłem, utykając, do bloku. Dzwoniłem długo, aż otworzyła mama drobna, wychudzona. Przestraszona. Rzuciłem się jej w ramiona, zapłakałem.

Bardzo się martwiliśmy, synku mówiła, nakładając mi na talerz gorące ziemniaki. Ale potem zadzwonił Arkadiusz, powiedział, że miałeś wypadek, ale dojdziesz do siebie. Powiedział jeszcze, byś nie pokazywał się w mieście, bo możesz mieć kłopoty…

Arkadiusz?! upuściłem widelec.

Tak. To ktoś z ministerstwa zdrowia. Odwiedzał mnie w szpitalu, załatwił nawet oddzielną salę. Maksym, dziękuję, że poprosiłeś go o pomoc! zaszlochała mama. Bez niego bym nie przeżyła

Mówiła, płakała, głaskała mnie po ogolonej głowie, tata obserwował surowo. Nie wytrzymałem wzroku ojca, odwróciłem się…

Długo potem, już z żoną Małgosią, chodziliśmy po bazarach szukając ładnej, żywej choinki. Nadchodził Nowy Rok, Małgosia uwielbiała żywe iglaki, ich żywiczną woń, sypiące się igły…

Bazarów wtedy było mnóstwo. Może zajrzymy tutaj zaproponowała Małgosia, wskazując na zakutą plandeką budę. Blady blask lamp zalewał żałośnie choinki i gałęzie w kącie.

Weszliśmy, Małgosia macała gałęzie, aż nagle z cienia odezwał się chrapliwy, przepalony głos:

Kup, potem dotykaj! Ręce precz!

To była kobieta w podomce, walonkach i z chustą na głowie, twarz całkiem surowa, oczy pełne złości.

Poznałem ją. To była moja Tamara. Stracona pierwsza miłość. Kobieta, która zostawiła na moim ciele blizny. Małgosia czasem pytała, skąd te blizny odpowiadałem bajkami. Kłamałem, bo kochałem tylko Małgosię, moją opokę. Była żywa, prawdziwa, szczera, kochająca. Moja skała, dar od Boga. Nie chciałem, by cierpiała przez moje stare błędy.

Tamara popatrzyła na mnie, splunęła. Poznała…

Arkadiusz kazał jej tu marznąć i sprzedawać drzewka, sam pił szampana w restauracji. Nie bił, nie krzyczał po prostu znów wygrał. Ona straciła wszystko. Żaden kolejny chłopak nie przyszedł już jej uratować. Uroda Tamary zbladła… łowić już nie miała czym…

Chodźmy, Małgosiu wziąłem żonę za rękę. Tu są kiepskie drzewka. Lepiej pójdziemy w las, tam sami wybierzemy naszą choinkę.

Małgosia się uśmiechnęła. Ufała mi, kochała mnie. A ja ciągle nie mogłem uwierzyć, że na to zasłużyłem…

Czy za swoje życie powinienem być wdzięczny Arkadiuszowi? Za to, że kazał swoim zbirów nie zabijać mnie wtedy? Chudy, przygarbiony Arkadiusz wygrał ze mną, uczynił mnie swoim wiecznym dłużnikiem. Słusznie Ale już wiem jedno nie warto żyć cudzym kosztem. Nawet jeśli wydaje się, że los jest przeciwko nam, trzeba pozostać sobą. Inaczej wszystkie zimy i śniegi są jeszcze zimniejsze.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dziewiętnaście − cztery =

Moja tajemnica