Nie spodziewaliśmy się
Nasz ojciec, Rafał, wyjechał gdzieś za pracą, gdy byłem w piątej klasie, a moja siostra Jagoda w pierwszej. Właściwie wtedy całkiem przepadł bez śladu. Wcześniej też często znikał na kilka miesięcy nie był nigdy związany z naszą mamą, po prostu żył po swojemu, wolny jak ptak. Jeździł po całej Polsce, to do Krakowa, to do Szczecina, to znów do Łodzi. Wracał wtedy, kiedy mu się podobało, zawsze z torbą pełną złotówek i prezentów. Mama znosiła wszystko, bo kochała go na zabój.
Rafałku, wracaj szybko, proszę cię mówiła cicho mama.
No już, nie dramatyzuj, Haniu. Czemuż tak płaczesz? Wrócę z prezentami.
Machinalnie całował ją w policzek i rozpływał się w powietrzu. Gdy go nie było, opiekował się nami jego brat, mój wujek Krzysiek. Myślę, że mama podobała mu się nigdy nie mówił o tym ani nie okazywał szczególnej czułości. Po prostu zawsze mogliśmy na niego liczyć.
Jak się masz, Haniu? Jak tam dzieciaki? zagadywał wujek, wchodząc do mieszkania.
Hurra, wujek Krzysiek przyszedł! wykrzykiwałem, rzucając się mu w ramiona.
Witaj, Michał ściskał mnie krótko, po męsku.
Dla mnie byłby lepszym ojcem niż Rafał. W każdą sobotę zabierał mnie i Jagodę na spacer nad Wisłę, a mama zostawała by odpocząć. Zdarzało się, że wychodziła z nami, ale najczęściej zostawała sama z myślami o tym swoim trudnym kobiecym losie.
Później, gdy już byłem starszy, wujek Krzysiek kupił i zamontował nam w przedpokoju drabinkę gimnastyczną. Ojca nie było już wtedy prawie pół roku. Pomagałem mu montować przyrządy, a Jagoda patrzyła z boku, jak sprawnie radzi sobie z liną, kółkami i drążkiem.
Wujku, czemu nie żenisz się? Taki pracowity jesteś, każda by cię chciała za te złote ręce stwierdziła Jagoda z przekąsem, mądrze jak na swój wiek.
Ta jej mądrość wyrosła z podsłuchanych rozmów mamy z sąsiadkami.
Nie trafiła się nikogo odpowiednia. Jak się pojawi, to się ożenię, Jagódko.
I dzieci swoich nie chcesz? rozłożyła ręce rozbrajająco.
Krzysiek odłożył śrubokręt i poważnie odrzekł:
Na razie mi was wystarczy. A co, chcesz się mnie pozbyć już? uśmiechnął się pół żartem.
Ja? Nigdy! otworzyła szeroko oczy. Zawsze się cieszę jak przychodzisz, wujku.
Wieczorem spytałem Jagodę:
Po co go zaczepiasz? Jeszcze się obrazi i przestanie do nas przychodzić.
Tata zawsze przywozi prezenty zamyśliła się. Już pewnie niedługo wróci.
Ale jesteś naiwna! Myślisz, że tylko prezenty się liczą? Wiesz ile kosztowała ta drabinka, którą nam kupił?
A co mi po niej? Wolę sukienki i lalki. Nie będę się przecież wspinać, jak dziecko w przedszkolu.
Wtedy Jagoda czekała na ojca na próżno. Tym razem nie wrócił. Pewnego dnia Krzysiek przyszedł do nas i zamknął się z mamą w kuchni. Coś jej tłumaczył, mama płakała gorzko.
Haniu, nie płacz, ja was nie zostawię. Znasz go przecież zawsze szuka wygody i tylko o sobie myśli.
Mama zawyła tak, że aż mnie zabolało. Potem długo jeszcze łkała.
Krzysiek nadal do nas wpadał. Pomagał, pieścił, zabierał dzieci na spacery. Pewnego dnia zebrał się w sobie i wyznał mamie swoje uczucia. Podsłuchałem nie mam wyrzutów. Czułem się usprawiedliwiony.
Krzyś, przecież nie jestem ci potrzebna Jesteś świetnym facetem, zasługujesz na szczęście, na prawdziwe szczęście.
Ja wiem, kogo potrzebuję odpowiedział stanowczo.
A jeśli on wróci?
Nie odpowiedział.
I tak będę na niego czekać. Kocham go, Krzyś! Nie umiem inaczej. Jeśli naprawdę chcesz mieć kogoś takiego. Bez serca.
Wycofałem się na palcach spod drzwi. Wtedy miałem ochotę mamę zadusić taka głupia! Znalazła sobie kogo kochać i jeszcze go wyczekuje. Doprawdy!
Życie toczyło się dalej. Jagoda była cała jak ojciec gdzie jej lepiej, tam służy. Czy mogłem ją za to winić? Chyba już zrozumiała, że czekanie na ojca donikąd nie prowadzi. Krzysiek zaczął bardzo się starać. Pracował dla naszej rodziny, mama urodziła mu syna Bartka. Krzysiek był szczęśliwy tak, że trudno to opisać. Wzięli ślub, wszystko zaczęło się układać.
Skończyłem liceum z dobrymi ocenami, dostałem się na uniwersytet na państwowe, czyli za darmo. Mama świeciła się dumą jak piernik na Boże Narodzenie.
Będziemy mieli naukowca w rodzinie, Krzyś!
A jakże, my swoje też wiemy. Nie chleby z wody jemy!
Oj tam, przestańcie rumieniłem się i machałem ręką. Lejcie mi trochę szampana chcę spróbować.
A niby nie próbowałeś? prychała Jagoda, a ja patrzyłem na nią groźnie.
Bartek nieporadnie gramolił się po naszych kolanach, próbując wspiąć się na stół i roznieść go na części. Krzysiek wziął go na kolana.
No już, synku, zachowuj się. Przecież nie jesteś niemowlakiem!
Bartek natychmiast chwycił łyżkę ze stołu, przyłożył do nosa i zrobił zeza. Wszyscy śmiali się do łez.
ktoś dzwoni do drzwi? wyostrzyła słuch Jagoda.
Mama otworzyła, cofnęła się do pokoju. W progu stanął ojciec. Zapanowała cisza. Rozejrzał się i rzucił:
Co tak siedzicie? Bawcie się dalej!
Zamilkliśmy. Bartek zszedł z kolan Krzyśka i skierował się do nieznanego mu pana. Ojciec nie zwracał na niego uwagi, a mama chwyciła Bartka na ręce, kryjąc się za nim jak za tarczą. Krzysiek wstał lekko chwiejąc się.
Gdzie idziesz? pytała mama obcym głosem.
Muszę wyjść, zaczerpnąć powietrza.
Wyszedł, lekko odpychając brata ramieniem. Ruszyłem za nim, a za mną Jagoda.
Córuś, popatrz, jakie ci modne ciuszki przywiozłem rzucił ojciec.
Ku mojemu zdziwieniu, Jagoda nawet na niego nie zerknęła. Dogoniła mnie w korytarzu i wyszeptała:
Ja pobiegnę za Krzyśkiem, a ty podsłuchaj, co się tu będzie działo.
A
No, Michał! Tobie lepiej wychodzi słuchanie.
No i miała rację! Prawie jak zawodowy agent.
Jagoda poleciała za Krzyśkiem, a ja przylgnąłem do drzwi z bijącym sercem, patrząc jak mama doczekała się wreszcie. Miłość życia. Co teraz będzie z naszą rodziną?
Haniu, co ty, za Krzyśka wyszłaś? zakpił ojciec.
Mama milczała.
No, Haniu Było, minęło nieważne. Teraz wróciłem!
Słychać było szarpaninę, uderzenie i płacz przestraszonego Bartka.
Idź już sobie, Rafał precz.
Ty żartujesz?
Powiedziałam! Wynoś się. Nikt cię tu nie wyczekiwał.
Kłamiesz. Po oczach widzę. One nie kłamią.
Powiedziałam co chciałam. mamie nie zadrżał głos.
Ojciec po chwili wyszedł, zobaczył mnie w korytarzu.
Podsłuchujesz? Dobrze, to daleko zajdziesz
Było mi wszystko jedno, co myśli. Wszedłem do pokoju przekonany, że mama płacze. Ale nie uspokajała Bartka, poprawiała włosy i sprzątała stół na raz. Jak jakaś złota polska kobieta.
Uff. Prawie zepsuł nam święto, co? uśmiechnęła się smutno. No, gdzie oni są?
Bartek już dawno zapomniał, że mama się z kimś kłóciła. Z radością przesuwał stołek w kącie.
Wyszedłem na podwórko. Jagoda z Krzyśkiem siedzieli po drugiej stronie ulicy w parku. Jagoda objęła go mocno ramionami i położyła głowę na jego ramieniu. Jakby bała się go wypuścić. Wyminąłem ławkę, spojrzałem mu w oczy.
Tato, chodź już, nie siedź tu tak. Mama zawołała.
Krzysztofowi drżały ręce. Jagoda położyła na nich swoje drobne dłonie. Podniosła głowę, spojrzała mu w twarz.
Chodź, tato, naprawdę.
Wróciliśmy razem do domu. W końcu to był nasz dzień. Skończyłem szkołę.
I wiesz co? Zrozumiałem jedno nie od tego zależy kto jest rodziną, gdzie się urodzisz, czy wrócisz, czy odejdziesz. Rodziną jest ten, kto z nami zostaje, kto dba, kto nie opuszcza i nie zwodzi. Taka lekcja na całe życie.





