Brzydka Halinka
Matko Boska, czy to w ogóle facet?! Jakaś pomyłka! Naprawdę Halina nie widzi, za kogo wychodzi za mąż?! Malutki, cherlawy, brzydki jak noc listopadowa!
Daj spokój, aż tak nie przesadzaj! Faktycznie, wysoki nie jest. Ale przecież od twarzy się nie żyje! Halinka też nie jest żadną pięknością.
No tak. Ale wyobraź sobie, jakie dzieci oni będą mieli?! Strach!
Młode mamy, które z nudów przesiadywały na ławeczce pod blokiem, dla lepszego efektu poprawiły kocyki w wózkach, z dumą patrząc na swoje śpiące pociechy. Gdzie tam jakimś wyimaginowanym dzieciom Haliny do tych cudów!
Halina właśnie rozładowuje z samochodu narzeczonego torby z zakupami dla mamy. Uśmiecha się sąsiadkom i zaraz zabiera się do roboty:
Dymek, kochany, dajesz radę? Może coś ci pomogę? próbuje odebrać przynajmniej jedną siatkę, ale nie daje rady.
Halinko, lepiej przytrzymaj drzwi do klatki! Ciężary zostaw mężczyznom. Tobie nie wolno się przemęczać!
Sąsiadki spojrzały na siebie znacząco.
Ach, spryciarz! Że niby nie jej rola! Przed ślubem wszyscy tacy mili są! Zobaczymy, jak Halinka już się za niego wyda!
Ale Halina z Dymkiem już zniknęli w bloku, a sąsiadki dalej obgadywały ich wzrost, wagę, rysy twarzy, cenę samochodu i chód panny młodej. No bo co, nudów nikt jeszcze od tego nie umarł.
Halina nie miała jednak głowy do plotek. Spieszy się do mamy, której nie widziała od dwóch tygodni. Najpierw wyjazd służbowy, potem remont nowego mieszkania, który z Dymkiem chcą skończyć przed ślubem. Mama kazała Halinie się oszczędzać i nie przyjeżdżać bez powodu. Lodówka pełna, telefon działa, a do ślubu już tuż-tuż. Kiedy to wszystko ogarnąć?
Ale Halina nie wytrzymała. Nigdy nie była tak długo bez mamy i nie umiała jeszcze radzić sobie z niepokojem.
Halinkę mama urodziła w wieku trzydziestu pięciu lat. Marzenka, szczupła, niezgrabna i nieurodziwa, pracowała w osiedlowym sklepie. Rodzice i znajomi dawno już na niej postawili krzyżyk: stara panna i już. O jakich dzieciach tu marzyć?
A tu niespodzianka! Pojechała na urlop nad morze i wróciła z narzeczonym nie byle kim, bo pięknością jak z magazynu. Wysoki, szeroki w barach, niebieskooki. Marzenka przy nim wyglądała jak szara mysz przy dorodnym, kudłatym kocie. Słowem, nie pasowali do siebie.
Ale po pojawieniu się w życiu Marzenki Andrzeja, to ona nosiła futra.
Andrzej był rozumnym i pracowitym człowiekiem, umiał nie tylko zarobić, ale też pomnożyć pieniądze. Żonie, którą kochał nad życie, niczego nie żałował. Marzenka rozkwitła, ubierała się lepiej, zrobiła modną fryzurę i przepędziła swojskie znajome.
Bliskich przyjaciółek nie miała. Nie jakoś się nie złożyło. Z chęcią z kimś by się zaprzyjaźniła, ale odstraszano ją urodą do paczki czy na tańce nikt jej nie brał. Po co sobie psuć humor patrząc na taką?
Z tych kilku koleżanek, które od czasu do czasu wpadały na herbatę po znajomości, by zamówić towar z pod lady, zrezygnowała bez żalu.
Marzenka bała się plotek a plotka, jak wiadomo, jest gorsza od pistoletu. Nie wiadomo, gdzie strzeli i jak zaboli. Przez to zrobiła ze swojego domu twierdzę zamkniętą dla wszystkich poza rodziną. Nie chciała stracić swojego szczęścia.
Na darmo się bała. Andrzej nikogo poza żoną nie chciał. Doskonale rozumiał, że ludowe przysłowie nie od urody, a od serca to nie puste słowa. Sam dorastał bez rodziców, z pijącą babcią, więc znał życie od podszewki.
Rodziców stracił wcześnie nie miał nawet trzech lat, kiedy zginęli w wypadku. Pijany ojciec wracał z wesela przyjaciela i nie opanował auta na śliskiej szosie.
Został z babcią, która nie mogła się pozbierać po stracie syna. Z początku piła trochę, potem już na całego. Andrzej już w wieku ośmiu lat sam gotował sobie obiady, prasował koszule na szkolne uroczystości i starał się dobrze uczyć. Uroda raczej mu przeszkadzała niż pomagała. Od razu rzucał się w oczy, a od uwagi dorosłych ciężko było się uwolnić.
Chłopak wyrósł uparty i zagniewany. Czułości w domu nie było. Babcia wolała flaszkę, a ludzie tylko wzdychali nad jego buźką nikt nie pytał, jak mu się żyje.
Nikt, poza panią Grażyną z piekarni, do której codziennie chodził po chleb. Ona sama wychowywała dwóch chłopców, więc wiedziała, co to znaczy żyć bez matki. Uciekła z domu dziecka, dała synom ciepło i dom, do którego pieniędzy nie zawsze starczało, ale chleb był zawsze świeży, na patelni smażone kartofle, a w kubkach herbata z miodem przynoszonym przez sąsiada pszczelarza.
O, dziękuję! Ile płacę?
Od serca, pani Grażyno! Sama ludziom pomożesz, innym nie dasz? Nie obrażaj mnie!
Andrzej dostawał codziennie gratis bułeczkę do chleba.
Do szkoły zjesz! mówiła surowo, gładząc go po loczkach.
I ta niezasłużona serdeczność grzała mu serce na cały dzień. Z początku odmawiał, ale szybko zrozumiał, że sprawia pani Grażynie przykrość. Więc zaczął jej po prostu dziękować, a po szkole wpadał pomóc w piekarni. Z czasem traktował ją niemal jak matkę.
Z czasem życie ułożyło się samo. Gdy skończył piętnaście lat, babcia umarła serce nie wytrzymało. Grażyna, bez namysłu, przyjęła Andrzeja pod dach.
Od dawna jesteś mi jak syn. Teraz to tylko załatwimy formalnie.
Tak Andrzej zyskał rodzinę mamę i braci. Gniew zniknął w jego duszy, bo miał już dla kogo oddychać.
Po technikum znalazł pracę, wyremontował babciną kawalerkę, ale nie miał szczęścia w miłości. Dziewczyny chętnie się z nim zapoznawały, lecz potem ucinały znajomość. Ta, w której zakochał się po uszy, nawet nie próbowała szukać słów:
Nie chcę z tobą poważnie, Andrzejku. Za przystojny jesteś. Odejdziesz, zostawisz. Jeszcze z dzieckiem! Z takim ładnym jak ty rodzina ci niepotrzebna. Popatrz, ile masz wyboru! Wszystkie dziewczyny się na ciebie rzucą!
Zapomniany gniew ścisnął mu serce, ale wiedział, do kogo iść z żalem.
Synku, widocznie nie twoja. Twoja gdzieś tam jeszcze jest, czeka na ciebie. Nie trać wiary! Bez niej nic nie wyjdzie! Poczekaj wszystko będzie!
Grażyna zawsze wiedziała, jak pocieszyć przybranego syna. Andrzej odzyskał spokój, przekonany, że czekać potrafi.
Mijały lata, a ta jedyna się nie znajdowała. Andrzej smętniał. Grażyna kazała mu pojechać wreszcie pierwszy raz nad nasze polskie morze.
Andrzejku, musisz zobaczyć Bałtyk! Taki jest…
Jaki, mamo?
Wielki! Delikatny i groźny! Zawsze inny. Zresztą zobaczysz!
W tej podróży poznał Marzenkę. Dziewczynie stojącej przy balustradzie i patrzącej na wzburzone po burzy morze nikt nie poświęcał uwagi. Andrzej stanął i zaniemówił, bo Marzenka wyglądała niemal jak jego przybrana matka. Gdy się poznali bliżej, wiedział, że los przyniósł mu drugą, po Grażynie, największą miłość.
Marzenka była dobra i cicha, przepełniona czułością i pragnieniem kochania. Andrzej wiedział to jest to! Spełnienie wszystkich życzeń!
Nie pozwolił uciec szansie.
Córkę pokochali tak bardzo, że czasem sami się tego uczucia bali.
Żebyśmy jej nie popsuli, Andrzejku! martwiła się Marzenka.
Nie da się! całował córkę w głowę. Halinka jest rezolutna!
Wierzył w to święcie. Halinka cieszyła rodziców swoim charakterem i posłuszeństwem.
Po mamie! tuliła wnuczkę Grażyna. Taka dobra jak Marzenka! Dbaj, synu, o swoje dziewczyny! Szczęście to miłość w domu!
Z rodziną przybraną mamą i braćmi Andrzej miał wspaniałe relacje. Dlatego, gdy poczuł się gorzej, najpierw powiedział o tym braciom, nie chcąc martwić żony i mamy.
Dobrze zrobiłeś! Dasz radę! bracia nie rzucali słów na wiatr.
Już po kilku dniach znaleźli lekarza. A gdy poznali ciężką diagnozę, nie pozwolili mu się załamać.
Nawet nie próbuj! Masz córkę! Jesteśmy tu. Pomożemy!
Leczenie trwało dziesięć lat. Andrzej walczył z uporem, zadziwiając lekarzy siłą i wolą życia.
Inny już dawno by się poddał. Pan jest wyjątkowo silny!
Andrzej kiwał głową, walcząc z zawrotami, myśląc o Marzenie i Halince, która codziennie po lekcjach biegła do szpitala, żeby przynieść tacie jedzenie i pilnować, czy zjadł.
Nie chcę, kochanie… wzbraniał się Andrzej.
Jedz, tatusiu! Zupa przesolona, mama płakała, jak gotowała. Ale powiedziałam jej, że nie ma co się zamartwiać, bo niedługo wrócisz do domu! Dobrze powiedziałam?
Dobrze, Halinko… Wrócę…
I za każdym razem wracał, choć prognozy były coraz gorsze. W domu na niego czekano.
Odszedł cicho. W domu, na ramieniu żony. Zasnął i nie obudził się. Ona do rana trzymała go w ramionach, wspominając całe ich wspólne życie.
Nie mam prawa narzekać, Andrzejku… Wszystko było! Byłam taka szczęśliwa! Dziękuję ci…
Halinka rano przyszła do sypialni po śniadanie i zapiszczała cichutko, jak ptaszek, którego ktoś ścisnął w garści.
Cichutko… Tatusia już nie boli… Jest mu dobrze… Słyszysz? Nie płacz…
Marzenka nie walczyła już ze łzami. Jestem z tobą…
Halinka z mamą nie zostały same. Bracia Andrzeja doglądali ich. Grażyna odwiedzała, rodzina zjednoczona próbowała przeżyć stratę razem, wiedząc, że samotnie nie da się tego znieść.
Lata mijały, Halina dorastała. Z każdym rokiem coraz mniej chciało się jej patrzeć w lustro. Wiedziała, że jest brzydka. I nic nie mogła z tym zrobić.
No bo jak skrócić sobie nos albo powiększyć oczy? Nawet marchewka, którą chrupała w nadziei, że podrośnie, nie pomagała.
W szkole śmiali się z niej, Marzenka tylko tuliła córkę i szeptała:
Jeszcze zobaczymy, kto z nas szczęśliwszy będzie. Poczekaj, kochanie!
Halinka skończyła liceum, dostała się na studia, ale tam też nikt nie docenił jej cichości i dobroci. Wszyscy patrzyli na śliczne i przebojowe, a od Halinki brali notatki. Bo zawsze miała najlepsze, bo na wykładach nie gapiła się po kątach dobrze wiedziała, że nie ma czego szukać, gdzie dziewczyn dwa razy więcej niż chłopaków.
I co teraz, mamo? westchnęła Halina, widząc, jak jest fachową specjalistką, dorobiła się pozycji, ale nie wie, co z życiem osobistym.
Wysyłamy nad morze! uśmiechnęła się Grażyna. Raz się sprawdziło, może i drugi zadziała! Co powiesz?
Dobry pomysł, ale Halinka sama nie pojedzie. Zaprze się.
Jedziemy wszyscy! Weźmiemy chłopaków z rodzinami. Cała rodzina nad Bałtyk! A jak trzeba będzie, Halka sama nam ucieknie na spacer, żeby mieć spokój. Pamiętasz, jak ostatnio z działki czmychnęła sama do miasta, jak przyjechała do mnie? Grażyna śmiała się wspominając wybryki wnucząt.
Pakujemy się! kiwnęła zdecydowanie Marzenka.
Ale los miał inne plany.
Nad morze Halinka pojechała, ale stanowczo odmawiała wyjść gdziekolwiek bez rodziny. Człowiek swoje, a ona swoje:
Nie chcę nigdzie sama chodzić!
Rodzina musiała się pogodzić. A los już miał gotowy figiel. Po urlopie, ledwo wróciła do miasta, spotkała swoje przeznaczenie nie na plaży, lecz tuż pod blokiem. Wracając z pracy, zaparkowała samochód, a tu złapał ją deszcz. I to nie byle jaki, a regularna ulewa.
Pożegnawszy się z nowiutkimi lakierkami, zdjęła buty i bosymi stopami przebiegła przez ogromne kałuże, śpiesząc do domu, gdzie, jak wiedziała, czeka mama. I tuż pod domem przejeżdżające auto ochlapało Halinę po czubek głowy.
No ładnie! tylko tyle zdołała powiedzieć.
A potem roześmiała się tak głośno, że kierowca, który się zatrzymał by przeprosić, nie mógł oderwać od niej oczu.
Los uśmiechnął się, postawił kolejny ptaszek na swojej liście i ruszył dalej w świat, wiedząc, że Halina z Dymkiem znajdą swoje szczęście.
Minęło kilka lat. Te same sąsiadki, siedząc na ławkach i patrząc na swoje rosnące już młodzieżowe pociechy, szeptały, gdy podjeżdżał samochód Dymka:
Widzisz futro tej kobiety?! Mojego nie mogę się doprosić o lepszy płaszcz, a jej proszę bardzo!
Znów zaczynasz?
No nie pasuje jej ta kurtka, nie pasuje!
Jesteś złośliwa! Oczy pełne zazdrości i język z pieprzem! Co ci przeszkadza Halinkowe szczęście? Przecież facet, choć niepiękny czuły, kocha żonę i dzieci! A ty się żółcią zalewasz!
Pewnie, że się zżymam! Czemu u jednych wszystko, a u innych nic?! Popatrz na nich! Ani ona, ani on żadnych cudów, a dzieci śliczne! Jak to możliwe? Skąd u takich brzydali takie ładne dzieci?
Od wielbłąda! Moja mama mówiła, że ojciec Haliny był piękniś. Więc to genetyka, moja droga!
A dlaczego Halina taka pogodna? Co byś jej nie powiedziała tylko się uśmiechnie, podziękuje, nigdy cię nie odepchnie! Przecież powinna cały świat nienawidzić za to, że przy urodzeniu nie dostała nawet okruszka urody!
Może i powinna, ale nie musi! Może gdybyś ty mniej zazdrościła, to sama byłabyś piękniejsza!
Daj spokój! Chcę wiedzieć, jak zrobić, żeby facet cię tak kochał! Żeby na rękach nosił, nie mógł się napatrzyć! Może ona zna jakiś sekret?!
To zapytaj ją! Może się podzieli?
Jeszcze czego! Co ja będę się radzić takiej jak ona!
Jak uważasz! Zazdrość lepsza, wiadomo!
A Halina nie dba o to, co szeptają sąsiadki. Tu trzeba swoje dzieci upilnować nie ma kiedy przejmować się innymi. Mama coraz słabsza, Grażyna zaraz będzie się przeprowadzać, żeby być bliżej i pomagać z prawnukami. Wujowie zapraszają na działkę, Dymek obiecał pomóc im przy remoncie. Dzieci wymagają czujnego oka.
Szymonku, Marysiu, do domu! Babcia już Ciasto wyjęła z piekarnika! Nieładnie jest kazać babci czekać!
Zapada kolejny wieczór, w którym znajdzie się czas na rozmowę od serca, na śpiew przy gitarze, na bajkę na dobranoc opowiedzianą przez Marzenkę wnukom.
I życie trwa…






