Odejdź, Kostku Talerze z wystygłą kolacją wciąż stały na stole. Maria patrzyła na nie, ale ich nie …

Talerze z niedojedzoną, zimną kolacją nadal stały na stole. Kinga patrzyła na nie, ale wcale ich nie widziała. Za to cyfry na zegarze aż raziły w oczy, przesuwając się powoli, jakby złośliwie. 22:47.

Sławek obiecał być na dziewiątą. No, jak zawsze

Telefon milczał.

Kinga już nawet się nie złościła.

To, co jeszcze w niej żyło, już dawno się wypaliło została tylko ta przykra, chłodna pustka.

Około wpół do dwunastej w zamku drzwi zazgrzytał klucz.

Nawet się nie odwróciła. Siedziała na kanapie, owinięta grubym kocem, i patrzyła gdzieś w jeden punkt.

Cześć, kochanie. Przepraszam cię, zasiedziałem się w pracy zabrzmiało z jego ust zmęczonym głosem z udawaną nutką energii. Sławek zawsze tak brzmiał, kiedy kłamał.

Podszedł bliżej, pochylił się, żeby pocałować ją w policzek. Kinga odsunęła się odruchowo. Subtelnie, ale zauważył.

Coś się stało? zapytał, rozwijając szalik.

Wiesz jaki mamy dziś dzień? jej głos był cichy, pusty.

Przez moment zamyślił się.

Środa a o co chodzi?

Dziś są urodziny mojej mamy. Mieliśmy do niej wpaść z ciastem. Obiecałeś.

Twarz Sławka w jednej chwili się zmieniła. Uśmiech zgasł, a zamiast niego pojawiło się poczucie winy i panika.

O Matko, Kinga, zupełnie zapomniałem Przepraszam cię, ta robota mnie ostatnio przytłacza. Zadzwonię do niej jutro, obiecuję.

Poszedł do kuchni. Kinga słyszała, jak krząta się przy lodówce, stuka talerzami. Tak właśnie zawsze próbował się ratować ukrywał się w tej wieczornej krzątaninie.

Ale dziś nie miała już zamiaru mu odpuszczać. Wstała i ruszyła pod drzwi kuchni.

Sławek, z kim ty właściwie siedziałeś dziś w pracy do jedenastej w nocy?

Obrócił się. Dłoń z mlekiem lekko zadrżała.

Z ekipą, przecież ruszamy nowy projekt, terminy wiszą nam nad głową. Przecież wiesz, jak to jest

Wiem przytaknęła. I wiem też, że o 15 dzwoniłeś i mówiłeś: Olu, rozumiem, ale muszę to naprawić.

Ola. Jego była żona. Widmo wiszące nad nimi przez ostatnie trzy lata. Widmo, od którego bił lodowaty chłód niespełnionych nadziei i starych pretensji.

Sławek pobladł.

Podsłuchiwałaś mnie?

Wcale nie musiałam. W łazience tak głośno rozmawiałeś, że słyszałam każde słowo.

Odstawił mleko na blat i ciężko opadł na krzesło.

To nie tak, jak myślisz.

A jak niby? wreszcie w jej głosie pojawiło się trochę emocji. To, że pół roku chodzisz jak na szpilkach? Że ciągle znikasz wieczorami? Patrzysz na mnie, jakbyś mnie nie widział? Próbujesz ją odzyskać? Powiedz wprost, wytrzymam.

Sławek spuścił głowę i wbił spojrzenie w dłonie. Silne, zręczne dłonie, które potrafiły rozkręcić każdy rower, ale nie potrafiły zbudować szczęścia.

Nie wracam do niej powiedział cicho.

To co? Znowu z nią śpisz?

Nie! w jego oczach była taka szczerość i rozpacz, że Kinga aż zawahała się w tym wszystkim. Kinia, naprawdę nic takiego.

To co się tam naprawia? niemal krzyczała. Spłacasz jej długi? Załatwiasz sprawy? Żyjesz jej życiem zamiast ze mną?

Sławek milczał.

Potok słów, który długo trzymała w sobie, w końcu ją zalał.

Idź sobie, Sławek. Idź, skoro tak ci na niej zależy. Albo na kimkolwiek innym. Naprawiaj swoje błędy tylko mnie zostaw. Nie mam już siły. Już nie chcę.

Już miała wychodzić, ale Sławek zerwał się i zastąpił jej drogę:

Nie mam gdzie pójść! Żadnej Oli, żadnej nowej, starej! Ja sam nie wiem, co się dzieje! Chcę po prostu to wszystko naprawić!

Odwrócił wzrok i przełknął gulę w gardle.

Przestań mówić zagadkami szepnęła Kinga.

Pytasz co naprawiam? nie wytrzymał Siebie, Kinia! Próbuję naprawić siebie. I nie potrafię. Ty nie jesteś nią jesteś cierpliwsza, lepsza, wierzyłaś we mnie, kiedy sam sobie nie wierzyłem. Miało nam się udać. Miałem być lepszy, inny. I znów nic. Znów wszystko psuję: zapominam o urodzinach, siedzę po nocy w pracy, choć wiem, że czekasz. Milczę. A w twoich oczach widzę, jak gaśnie światło. Tak jak kiedyś w jej oczach

Kinga milczała.

Nie chcę szukać innej mówił już cicho Sławek. Boję się, że znowu wszystko zawalę. Że znowu ktoś przez mnie popłacze, znienawidzi albo się podda. Nie umiem być mężem, nie potrafię żyć razem z drugą osobą na spokojnie, dzień po dniu. Wszystko wokół siebie burzę. Dlatego nie żyję, tylko chodzę po linie i boję się spaść. A ty ty przy mnie też już nawet nie żyjesz.

Spojrzał na Kingę. Tym razem jego wzrok był zagubiony, ale szczery:

To nie twoja wina. Nie Oli. Moja

Kinga usłyszała to wszystko i nagle zrozumiała: Sławek nie zdradził jej z inną kobietą. On ją zdradził ze swoim lękiem. Nie jest draniem. Po prostu się zagubił i sam nie wie, jak dalej żyć.

I co teraz, Sławek? zapytała spokojnie. Przeżyłeś to wszystko. I co z tego?

Nie wiem odpowiedział naprawdę szczerze.

To się ogarnij sam. Idź do psychologa, przeczytaj jakąś książkę, walnij głową w ścianę zrób cokolwiek. Ale przestań w kółko szukać czarodziejskiego guzika, który wszystko naprawi. Nie ma takiego. Jest tylko praca. Nad sobą. Idź i rób to. Sam.

Beze mnie.

Wyszła z kuchni, przeszła koło niego do przedpokoju i sięgnęła po płaszcz.

***

Drzwi się za nią zamknęły. Sławek został sam w mieszkaniu, gdzie tylko szum deszczu tłukł się o parapety. Podszedł do okna, zobaczył jak sylwetka Kingi znika w mokrej ciemności i poczuł na sobie cały ten ciężar. Ciężar tego, co przy nim zostało.

Jego porażka już nie była tylko cieniem. Była tu, w pustym mieszkaniu, w zimnej kolacji, w jego dłoniach, które nie potrafiły niczego zatrzymać.

I zamiast pobiec za Kingą, sięgnął po butelkę żubrówkiCicho obrócił się i przesunął dłonią po kuchennym blacie. Dotknął talerzy, na których przyschła cienka warstwa sosu i smętnie leżał roztapiający się ser. Zawsze łatwiej było mu naprawiać rzeczy niż siebie. Umiał wymienić zepsutą uszczelkę, znaleźć śrubkę, którą ktoś pominął, dokleić ucho do ulubionego kubka Kingi. Ale kiedy trzeba było poskładać własne życie, wszystko rozsypywało mu się w dłoniach jak porcelana.

Przez chwilę patrzył na wierzch swojego odbicia w ciemności szyby. Był tam starszy mężczyzna, niż myślał, z opuszczonymi ramionami i oczami, w których naprawdę nic nie błyszczało.

Nagle przypomniał sobie coś prostego, z dzieciństwa jak ojciec przeszedł przez kuchnię, kiedy matka też płakała za zamkniętymi drzwiami. Po ludzku nie zawsze się da. Czasem trzeba od nowa powiedział wtedy. Sławek nie rozumiał wówczas, że od nowa znaczy zupełnie inaczej.

Westchnął. Podniósł pusty kubek. Postawił go w zlewie. Zebrał kolejny, potem następny. Tak jakby w tym prozaicznym ruchu kryło się coś na początek. Coś małego. Najpierw te cholernie brudne talerze. Potem długi, powolny, ciszy wieczór. Jutro być może pierwszy telefon nie do Kingi, nie do Oli, tylko ten najtrudniejszy. Do terapeuty, którego numer już dawno miał zapisany w notatkach, ale którego do tej pory bał się wykręcić.

I wiedział samotność nie jest końcem świata, a może właśnie początkiem. Tylko teraz nie wolno uciekać. Trzeba zostać i posprzątać, po sobie, po swoich błędach, w milczeniu.

A może, kiedyś, gdy nauczy się sprzątać w sobie, ktoś znowu zechce do niego wrócić na gorącą kolację.

Ale dziś?

Dziś umył talerze.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć × 4 =

Odejdź, Kostku Talerze z wystygłą kolacją wciąż stały na stole. Maria patrzyła na nie, ale ich nie …