Proszę pana, niech pan przestanie za mną łazić! Mówiłam już, że jestem w żałobie po mężu. Przestań mnie prześladować! Zaczynam się pana bać! mój głos stawał się coraz głośniejszy.
Pamiętam, pamiętam Ale mam wrażenie, że żałobę nosisz nie po nim, a po sobie. Przepraszam nie rezygnował mój adorator.
To były dawne czasy. Wyjechałam wtedy do uzdrowiska. Szukałam przede wszystkim ciszy i śpiewu ptaków, nie zaś nagabywań nudnych mężczyzn. Nagle, zupełnie niespodziewanie, zmarł mój mąż mój ukochany Piotr. Potrzebowałam czasu, by się pozbierać po tej dotkliwej stracie.
Z Piotrem właśnie zaczęliśmy remont mieszkania, każdy grosz odkładaliśmy, na nic nie pozwalaliśmy sobie i wtedy to się stało. Piotr poczuł się źle, a karetka nie mogła mu już pomóc. To był jego drugi zawał. Zostałam sama bez męża i bez skończonego remontu, za to z dwoma dorastającymi synami, Adamem i Bartkiem. Byłam przygnębiona. Jak przeżyć stratę?
W pracy zaproponowali mi pobyt w sanatorium. Oponowałam, nie chciałam nawet opuszczać mieszkania. Koleżanki jednak nie ustępowały:
Nie jesteś pierwszą wdową i nie ostatnią. Masz dzieci. Musisz żyć. Jedź, Marto, odpocznij. Połóż myśli na łopatki.
Pojechałam, choć z ciężkim sercem.
Minęło czterdzieści dni od śmierci Piotra. Serce ciągle bolało. W uzdrowisku przydzielono mi pokój z młodą, wesołą dziewczyną Haliną. Jej beztroskie szczęście wręcz drażniło. Nie chciałam dzielić się swoim żalem, zresztą po co zawracać nią tym młodą głowę? Halina miała adoratora wodzireja z uzdrowiskowych wieczorków. Wiadomo, w takich miejscach sami samotni, rozwiedzeni lub wdowcy. Nie dałabym się nabrać. Ostrzegałam Halinę przed tym typem: na pewno żonaty, co najmniej po raz drugi. Halina jednak śmiała się tylko:
Oj, Marto, nie bój się! Ja już nie takie rzeczy widziałam
I codziennie wieczorem, jak mały ptaszek, uciekała na randki. Ja przez tydzień nie wychodziłam z pokoju. Próbowałam czytać, ale nie pamiętam ani jednego zdania, oglądałam telewizję jak przez mgłę.
Pewnego ranka obudziłam się w dziwnie dobrym nastroju. Zajrzałam przez okno piękna pogoda. Pomyślałam, że przejdę się do lasu posłuchać ptaków i pooddychać świeżym powietrzem. I tak natknęłam się na nieznajomego.
Już wcześniej widziałam go w stołówce. Niezbyt wysoki, patrzył śmiało prosto w oczy. Był niższy ode mnie o głowę i niezbyt w moim typie. Ale zawsze zadbany, gładko ogolony i ubrany jak spod igły. Codziennie, podczas kolacji, kłaniał mi się z szacunkiem, a ja z grzeczności kiwnęłam głową. Pewnego razu jednak przysiadł się do mojego stolika.
Nudzi się pani? zapytał aksamitnym głosem.
Nie odpowiedziałam sztywno.
Nie oszukuj mnie, Marto. Widać, że jest pani smutna. Może mogę jakoś pomóc? nie ustępował.
Trafił pan. Smutek po zmarłym mężu. Jeszcze jakieś pytania? starannie wytarłam dłonie serwetką i wstałam, by zakończyć tę jałową rozmowę.
Przepraszam. Nie wiedziałem. Moje wyrazy współczucia. A może choć się poznamy. Zbigniew przedstawił się niepewnie.
Wyglądało na to, że Zbigniew boi się mnie stracić.
Marta odpowiedziałam niechętnie i szybko się oddaliłam.
Teraz jednak każdego wieczora Zbigniew przysiadał się do mojego stolika, wręczając mi bukiecik dzwonków, które rosły tu wszędzie jak chwasty. Nie ukrywam, było to miłe. Nie zamierzałam jednak wchodzić w bliższe relacje. Wydawało mi się to niepotrzebne.
A Zbigniew wcale się nie poddawał. Zaczął dołączać do moich wieczornych spacerów. Zaczęłam nawet wkładać buty na płaskim obcasie, żeby nie wyglądać przy nim na wyższą. Jemu jednak nie przeszkadzał niski wzrost ani połyskująca łysina. Domyśliłam się, że kobiet zdobywał tonem głosu nigdy wcześniej nie słyszałam takich męskich szeptów. Czułam, że wpadłam w jego zręcznie zastawioną sieć.
Zbigniew i ja chodziliśmy wieczorami na tańce, a bywało, że razem jechaliśmy do miasta po owoce. Mój zalotnik próbował nawet zapraszać mnie do swojego pokoju, ale byłam twarda jak stalowy żołnierzyk.
Wreszcie przypomniał:
Martusiu, jutro wyjazd. Może wieczorem wpadniesz do mnie na herbatę?
Pomyślę odpowiedziałam wymijająco.
Nadszedł ostatni wieczór. Postanowiłam go nie ranić i odwiedzić go wiedząc dobrze, czym się to skończy
Stół nakryty odświętnie, same pyszności, nawet srebrne sztućce, pewnie z jadalni. Zbigniew elegancko zaprosił mnie do stołu. Skądś wytrzasnął jeszcze szampana.
No to Martusiu, zaczynamy? Nawet nie wiem, jak jutro się z tobą rozstać. Zostaw mi jednak adres. Odwiedzę cię na pewno powiedział smutno.
Zapomnisz o mnie na drugi dzień. Znam was, mężczyzn. To za co ten toast, Zbyszku? uśmiechnęłam się, gotowa oddać swoje serce.
Jak to za co? Za miłość, Marto, za miłość! odpowiedział, podnosząc kieliszek.
Rankiem obudziliśmy się wtuleni w siebie. Boże, czemu ukrywałam uczucia przez cały turnus? Po co się opierałam? Tyle straconego czasu! Jak nastolatka zakochałam się. A teraz trzeba się pakować i wracać do domu.
Pożegnałam się z Haliną. Siedziała na łóżku, zalana łzami.
Co się stało, Halinko? zapytałam troskliwie.
Jestem w ciąży, Marto. Sama nie wiem, z kim szlochała.
Ten cały wodzirej namieszał? próbowałam się dowiedzieć.
Nie wiem Był tu jeszcze jeden z sąsiedniego domu wypoczynkowego. Żonaty przyznała jaskółka”.
Och, Halino. Zadzwoń do rodziców, niech tu przyjadą, porozmawiają z tobą. I jak mogli cię samą puścić? Najpierw idźmy jednak razem do dyrektora sanatorium. Może coś się wyjaśni poradziłam.
Halina wybiegła z pokoju zapłakana. Ech, dziewczyno, ile to jeszcze przed tobą
Spakowałam walizkę. Nie chciałam wyjeżdżać. Przez te dwadzieścia kilka dni wszystko stało mi się bliskie szczególnie Zbyszek.
Podjechał autobus. Zbigniew przyszedł mnie odprowadzić, wręczył bukiet dzwonków. Rozczuliłam się, mocno go przytuliłam. To już koniec naszego krótkiego romansu. Serce ściskało się z żalu. Myślałam: Zawołaj mnie, Zbyszku, a rzucę wszystko i pójdę za tobą
Zbigniew mieszkał daleko, w innym mieście. Komunikacja tylko przez listy. A pewnego dnia przyszło pismo, ale od jego żony. Pisała, że wszystko wie o naszym uczuciu. Uspokajała, że Zbigniew do mnie nie wróci, bo ona ma trzydzieści lat, a ja czterdzieści. Nie odpowiedziałam. Po co?
Po pół roku niespodziewanie zjawił się u mnie Zbigniew. Moi chłopcy byli zaskoczeni widokiem obcego mężczyzny, ale taktownie się nie wtrącali.
Zbigniew? Przejeżdżałeś tędy? zapytałam niepewnie. (Marzyłam, by usłyszeć: Przyjechałem na zawsze.”)
Czy pozwolisz Zostanę? szepnął nieśmiało.
Chłopcy wyszli do swojego pokoju.
Wejdź. Co się stało? List od żony przywiozłeś? zapytałam z ironią.
Wybacz, Marto. Pisałem do ciebie, żona znalazła list Wina moja. Rozwiedliśmy się wyznał.
Zbyszku, nie wiedziałam, że byłeś żonaty. Nic nie byłoby między nami, gdybym o tym wiedziała. I co teraz? byłam niepewna jego planów.
Może pobierzemy się, Marto? niespodziewanie zaproponował.
Nie wiem. Widzisz, mam dzieci. Jak zareagują chłopcy? Nie mogę tak po prostu miałam wątpliwości, choć cieszyłam się w duszy.
Przecież dzieci są cudowne. Ja też mam córkę, dziesięcioletnią zdziwił mnie Zbigniew.
Córkę? Zostawiłeś ją? nie dowierzałam.
Skąd! Zabiorę ją do nas, bo matka pije. Będziemy rodziną, Marto
Czekaj, Zbyszku, jaką znowu rodziną? Ja nie znam twojej córki, ty już mnie mianujesz jej matką. Może dajmy sobie czas. Porozmawiam z chłopcami. Zobaczymy. Chodź, nakarmię cię, narzeczony z bagażem” zaśmiałam się.
Na szczęśliwą rodzinę to oczywiście nie wyglądało. Kłóciliśmy się, rozstawaliśmy, bywało różnie. Każdy z nas był inny, nie każdy potrafił zrobić krok w tył.
Czas pędził nieubłaganie.
Mój starszy syn, Adam, i Ala córka Zbigniewa pobrali się potem odwrócili się przeciwko nam. Przypomnieli sobie dawne żale. Narzucili na nas pretensje, że nie powinniśmy burzyć rodzin. Że Zbigniew nie powinien opuszczać żony, a ja, będąc wdową, nie powinnam wychodzić drugi raz za mąż. Wyprowadzili się do wynajmowanego mieszkania.
Zbigniew i ja wzruszaliśmy ramionami. Mimo wszystko kochaliśmy się szczerze.
Minął rok.
Dzieci nie wracały. Ala dzwoniła do Zbigniewa jedynie z okazji jego urodzin.
Po trzech latach zaprosili nas do siebie. Byliśmy zdziwieni, ale poszliśmy. Okazało się, że doczekaliśmy się wspólnego wnuka! Ala i Adam mieli syna. Radość była ogromna. Przy świątecznym stole poprosili nas o wybaczenie powiedzieli, że zrozumieli, że życie różne scenariusze pisze, a przebaczać trzeba potrafić, bo rodziców trzeba szanować. Nazwali syna Mirosław, żeby w rodzinie panował spokój.
Tak właśnie narodziło się nasze, moje i Zbyszka, nowo narodzone szczęścieUsiedliśmy wtedy z Zbyszkiem na kanapie, całując maleńkie rączki wnuka. Przez okno wpadało światło jakby ktoś chciał nas ogrzać. Poczułam, że może i nie wszystko w życiu się układa, że czasem trzeba się pogubić, żeby odnaleźć sens na nowo. Uśmiechnęliśmy się do siebie; nasz bagaż, choć ciężki, pozwolił nam dojść tu, gdzie miłość przekracza wszystkie żale i błędy.
Zbigniew ścisnął moją dłoń. Oparłam głowę na jego ramieniu. Wnuk zawołał coś radośnie, a ja po raz pierwszy od lat bez lęku spojrzałam w przyszłość. Może i świat nie jest doskonały ale w tej chwili był nasz. I wiedziałam, że warto było dać sobie jeszcze jedną szansę, pozwolić, by dzwonki wyrosły zza progu żalu.
Zebrani przy stole podnieśli kieliszki.
Za rodzinę. Taką, jaka jest. I za szczęście, które sami sobie dajemy powiedziałam.
Zbigniew uśmiechnął się. Ala podała mi synka do przytulenia. Adam położył dłoń na ramieniu ojczyma.
A ja już wiedziałam: czasami miłość przychodzi do tych, którzy potrafią na nią cierpliwie poczekać. I zostaje, jeśli się jej nie wygania przez strach i stare rany.
Moja żałoba dawno ustąpiła miejsca wdzięczności. Teraz już szłam przez życie nie sama, lecz z sercem pełnym cichej zgody na wszystko, co przyniesie jutro.





