Oj, dziewczyno, na próżno go witajesz, nie będzie ślubu.
Waleria miała zaledwie szesnaście lat, kiedy odeszła jej mama. Tata wyjechał zarobkować do Krakowa siedem lat wcześniej i przepadł. Ani wieści, ani grosza.
Cała wieś przyszła na pogrzeb, pomagali czym mogli. Ciocia Maria, chrzestna matka Walerii, często do niej wpadała, przypominała jej, co i jak robi się w domu. Gdy skończyła szkołę, załatwili jej pracę na poczcie w sąsiedniej wsi.
Waleria dziewczyna zdrowa i silna, o której mówi się: krew z mlekiem. Twarz okrągła, rumiana, nos ziemniaczany, ale oczy szare, błyszczące. Gruby, jasny warkocz aż do pasa.
Najprzystojniejszym chłopakiem we wsi był Nikodem. Od powrotu z wojska minęły dwa lata, a dziewczyny nie dawały mu spokoju. Nawet mieszkanki miast, które zjeżdżały na lato, spoglądały na niego z ciekawością.
Nikodem mógłby nie jako kierowca w wiosce pracować, lecz we francuskim filmie się pokazać. Nie ogarnął się jeszcze, nie spieszył się z wyborem narzeczonej.
Aż tu przyszła ciocia Maria do niego, prosiła, by pomógł Walerii naprawić płot rozlatywał się na kawałki. Bez męskiej ręki trudno żyć na wsi. Z ogrodem Waleria dawała radę, lecz z domem już nie.
Nikodem zgodził się bez zbędnych słów. Przyszedł, obejrzał, i od razu komenderował: to przynieś, tam podejdź, podaj, przynieś. Waleria posłusznie nosiła, co trzeba.
Policzki czerwieniały jej jeszcze mocniej, warkocz wił się za plecami. A gdy się chłopak zmęczył podkarmiła go gęstym barszczem i mocną herbatą. Patrzyła, jak białymi mocnymi zębami odgryza czarny chleb.
Nikodem naprawiał płot trzy dni, a czwartego dnia przyszedł tak po prostu, w odwiedziny. Waleria nakarmiła go obiadem, rozmowa za rozmową, aż został na noc. Potem zaczął przychodzić częściej. Wychodził przed świtem, by nikt nie zauważył. Ale na wsi nic się nie ukryje.
Oj, dziewczyno, na próżno go witajesz, nie będzie ślubu. A jak już będzie, to się z nim namęczysz. Przyjdzie lato miejskie piękności zjadą i co zrobisz? Zeżre cię zazdrość. Nie takiego chłopaka ci trzeba powtarzała jej ciocia Maria.
Ale zakochana młodość nie słucha starego rozumu.
Potem Waleria zrozumiała, że jest w ciąży. Na początku myślała, że się przeziębiła lub zatruła. Osłabienie, mdłości, a potem z gromem w głowie uświadomiła sobie: w niej rośnie dziecko Nikodema.
Grzesznym pomysłem chciała się pozbyć, bo za wcześnie na dziecko. Ale potem pomyślała: tak jest lepiej. Nie będzie żyć sama.
Mama ją wychowała, ona też da radę. Ojca niewiele pożytku tylko pił bez przerwy. Ludzie pogadają, a potem uciszą.
Wiosną, zdjąwszy kożuch, wszyscy zobaczyli we wsi jej zaokrąglony brzuch. Kręcili głowami, szeptali, że z Walerii bieda się zrobiła. Nikodem, oczywiście, przyszedł spytać, co chce robić.
Co innego? Urodzę. Nie martw się, sama wychowam dziecko. Żyj, jak żyłeś rzekła, krzątając się przy kuchni. Tylko czerwień ognia na jej policzkach i w oczach igrała.
Nikodem zapatrzył się, ale wyszedł. Postanowione jak woda z gęsi. Przyszło lato, zjechały miejskie dziewczyny. Nikodem o Walerii zapomniał.
A ona powoli pracowała w ogrodzie, z ciocią Marią pomagały sobie w pieleniach. Pochylać się z ciążą trudno. Z studni wodę nosić pół wiadra na raz tylko dawała radę. Brzuch wielki, baby we wsi wróżyły jej siłacza.
Będzie, co Bóg da żartowała Waleria.
W środku września obudził ją rano ostry ból, jakby brzuch na pół rozerwano. Ale zaraz wzięło ją lżej. Potem znowu przyszła fala. Pobiegła do cioci Marii. Ta od razu wyczytała z jej oczu, co się dzieje.
Już? Siedź, zaraz wracam! i wybiegła z domu.
Pobiegi do Nikodema. Ten, jak na złość, poprzedniego dnia zbyt dużo wypił. Ciocia Maria wytrząsnęła go z łóżka. Nikodem patrzył nieprzytomnie, nie rozumiał, co się dzieje, dokąd jechać. Kiedy zrozumiał, aż zakrzyknął:
Przecież do szpitala jest dziesięć kilometrów! Zanim lekarz przyjedzie, ona już urodzi. Jadę od razu! Szykować ją.
Tylko jak na ciężarówce? Roztrzęsie ją, jeszcze po drodze dzieciaka trzeba będzie łapać lamentowała Maria.
Pojedziesz z nami, na wszelki wypadek zdecydował Nikodem.
Dwa kilometry jechał powoli po rozbitej drodze. Jedną dziurę ominie, w drugą wpadnie. Maria siedziała na worku w skrzyni. Gdy dotarli na asfalt, ruszyli szybciej.
Waleria wiła się na siedzeniu, gryzła wargę, żeby nie jęczeć, trzymała brzuch objęty rękami. Nikodem od razu wytrzeźwiał.
Zerkał na dziewczynę, kości palców bielały na kierownicy. Myślał swoje.
Zdążyli. Zostawili Walerię w szpitalu i wracali. Całą drogę ciocia Maria gromiła Nikodema:
Po co jej życie zepsułeś? Sama, bez rodziców, dzieciak jeszcze, a ty jej roboty dodałeś. Jak ona sobie da radę z dzieckiem sama?
Samochód nie wrócił nawet do wsi, a Waleria już została matką zdrowego, silnego chłopca. Następnego ranka przynieśli jej go do karmienia. Nie wiedziała, jak wziąć na ręce, jak przystawić do piersi.
Patrzyła wystraszonymi oczami na czerwone, pomarszczone lico syna. Zagryzła znów wargę i robiła, co jej kazali.
A w sercu miała taką radość, że drżało ze szczęścia. Oglądała go, dmuchała na czółko, cieszyła się jak dziecko.
Przyjadą po ciebie? spytał surowy, starszy lekarz, gdy wychodziła ze szpitala.
Waleria wzruszyła ramionami, głowę pokiwała:
Raczej nie.
Lekarz westchnął i odszedł. Pielęgniarka zawinęła dziecko w szpitalny koc, żeby tylko do domu dotrwać. Nakazała zwrócić koc po powrocie.
Feliks ze szpitalnego auta cię zawiezie do wsi. Autobusem z niemowlęciem nie jedź powiedziała ostro, z dezaprobatą.
Waleria podziękowała jej. Szła korytarzem szpitala czerwona od emocji, z pochyloną głową.
Jechała samochodem, trzymała synka przy piersi i martwiła się, jak teraz sobie poradzą.
Zasiłek macierzyński skromny, ledwo starczy na chleb. Żal siebie i niewinnego syna. Spojrzała na pomarszczone lico małego, a serce jej zalała czułość, przegnała myśli ciężkie.
Nagle auto się zatrzymało. Waleria zaniepokojona spojrzała na Feliksa, niezbyt wysokiego, około pięćdziesiątki.
Co się dzieje?
Dwa dni lało. Patrz, jakie kałuże. Ani przejechać, ani obejść. Utknę tu. Tylko ciężarówką lub traktorem dałoby radę.
Przepraszam. Niedaleko, zostało ze dwa kilometry. Dasz radę się dostać? wskazał na drogę, gdzie ogromna kałuża rozlała się jak jezioro bez końca.
Dziecko spało. Trzymać je na kolanach było męczące. Jednym słowem siłacz. Ale iść z nim taką drogą?
Waleria ostrożnie wysiadła, lepiej ułożyła synka i ruszyła brzegiem kałuży. Nogi grzęzły w błocie po kostki, można było się poślizgnąć.
Stare, rozchodzone trzewiki bulgotały w błocie. Szkoda, że nie miała kaloszy. Jeden trzewik utknął w błocie. Waleria przystanęła, rozważyła z dzieckiem nie wyciągnie. Poszła dalej w jednym bucie.
Gdy doszła do wsi, było już szaro, nóg nie czuła od zimna. Nie miała siły zdziwić się, gdy zobaczyła światło w oknach.
Stanęła na gładkich suchych schodach. Nogi skostniałe, sama cała spocona ze stresu. Otworzyła drzwi i zamarła.
Przy ścianie stało łóżeczko dziecięce, wózek, a w nim ładne ubranka dla niemowlęcia. Nikodem siedział przy stole, głowę opierał na rękach spał.
Czy usłyszał coś, czy poczuł jej wzrok, podniósł głowę. Waleria rozczochrana, rozpalona, z dzieckiem w objęciach ledwie trzymała się na nogach. Sukienka cała mokra, nogi po kolana w błocie i w jednym bucie.
Gdy zobaczył, że nie ma jednego trzewika, wybiegł do niej, wziął dziecko, położył w łóżeczku. Sam poleciał do pieca po kocioł z gorącą wodą.
Posadził ją, pomógł rozebrać się, wymyć nogi. Zanim Waleria zdążyła się przebrać za piecem, na stole już stały gotowane ziemniaki, dzbanek mleka.
W tej chwili dziecko zapłakało. Waleria podbiegła, wzięła na ręce, usiadła do stołu, zaczęła karmić bez wstydu.
Jak go nazwałaś? spytał chrapliwym głosem Nikodem.
Szymon. Nie masz nic przeciwko? podniosła do niego swoje jasne oczy.
W nich było tyle tęsknoty i miłości, że aż serce Nikodema zadrżało.
Ładne imię. Jutro idziemy, zarejestrujemy chłopczyka i od razu bierzemy ślub.
Nie trzeba… zaczęła Waleria, obserwując ssące maleństwo.
Mój syn musi mieć ojca. Dość się wyszalałem. Czy będę dobrym mężem, nie wiem, ale syna nie zostawię.
Waleria skinęła głową, nie podnosząc wzroku.
Za dwa lata pojawiła się u nich także córeczka. Nazwali ją na cześć matki Walerii Ludmiła.
Nie ważne, jakie błędy zrobi się na początku drogi najważniejsze, że zawsze można je naprawić
Ot, taka surrealistyczna historia przydarzyła się. Co o tym myślicie? Zostawcie komentarz i dajcie łapkę w górę.





