Było to dawno temu, podczas mojej pracy w przedszkolu, gdy spotkała mnie historia, którą pamiętam do dziś. W mojej grupie był chłopiec o imieniu Marek. Przyszedł na świat z licznymi problemami zdrowotnymi: opóźnieniem w rozwoju, wadami serca oraz rozszczepem wargi i podniebienia, przez co miał także poważne trudności z mówieniem.
Do czwartego roku życia nie sposób było zrozumieć, co próbuje powiedzieć, dopiero dzięki ciężkiej pracy specjalistów z czasem nauczył się mówić na tyle wyraźnie, by można go było zrozumieć, chociaż nadal słychać było mocny nosowy ton i gardłowe dźwięki.
Zbliżał się ósmy marca Dzień Kobiet, a zarazem ostatni rok przedszkola dla Marka i jego kolegów. Postanowiliśmy, że damy mu jedno z wierszy do wyrecytowania na uroczystości. Marek wstydził się swoich trudności z mową, a ślad po operacjach na ustach dodatkowo go peszył. Wiedzieliśmy, że to dla niego ogromny stres i wyzwanie, ale traktowaliśmy to jako szansę przecież w zbyt komfortowych warunkach człowieka nie wychowa się na silnego. Każdemu trzeba choć raz pozwolić pokonać samego siebie i uwierzyć, że jest taki jak inni.
Marek bardzo tego chciał gdy dzieci recytowały wiersze, powtarzał je po cichu razem z nimi, poruszając ustami. Dostał fragment wiersza o mamie. Jego własna mama była zachwycona i wzruszona, bo nie sądziła, że jej synowi przypadnie taki zaszczyt. Marek też był przekonany, że nie będzie miał okazji wystąpić, bo różnił się od innych.
Oboje ćwiczyli codziennie powtarzali wierszyk przed lustrem, na zmianę cicho i głośno, przed rodziną, jeden po drugim, coraz odważniej. I wreszcie nastał dzień uroczystości. Gdy przyszła jego kolej, chłopiec bardzo się bał, ale nie zrezygnował. Powiedział, że wystąpi, żeby mamie zrobić przyjemność nauczył się tego właśnie dla niej.
Wyszedł Marek elegancko ubrany, z muchą przy szyi, i zaczął deklamować. Początek poszedł bardzo dobrze i wyraźnie, lecz po chwili coś go przeraziło lub zmęczyło, zaczął się mylić. Doszedł do fragmentu:
Z pierwszego schodka woła Józek: Mama pilotem? No i co z tego? U Marka na przykład, mama jest (tu się namęczył, zapominając trudne słowo) mama jest kli-ma-ty-za-tor!
Na sali wybuchły ciche śmiechy. Marek poczerwieniał, spuścił głowę i schował ręce do kieszeni, obraził się, ale kontynuował:
A u Toli i u Wandy, mamy są…
Klimatyzatory! zakrzyczał ktoś żartobliwie z końca sali. Wtedy wszyscy nie wytrzymali i zaczęli śmiać się na głos.
Marek rzucił w ich stronę spojrzenie, po czym wybiegł z sali. Dogoniłam go przy schodach. Stał skulony pod ścianą i ocierał złość i łzy rękawem. Pochyliłam się do jego rozgrzanego ucha i szepnęłam, że ta osoba po prostu głupio zażartowała. Zapytałam, czy chciałby spróbować jeszcze raz, tylko dla mamy i dla mnie. Tym razem ze słowem milicjant. A jakby się zająknął, obiecałam, że mu pomogę.
Najpierw kręcił przecząco głową, pociągał nosem, ale po chwili namysłu przytaknął chciał dla mamy, chociaż bał się bardzo. Przyrzekłam mu, że będę obok niego, będę trzymać go za rękę i pomogę, kiedy tylko zechce.
Zgodził się. Oddałam go opiekunce, by otarła jego zapłakaną buzię, a sama wróciłam na salę. Gdy skończył się kolejny występ, poprosiłam o głos. Do dziś pamiętam, co wtedy powiedziałam, choć minęły już ponad dwie dekady.
Marek ma sześć lat powiedziałam. Większość swojego krótkiego życia spędził w szpitalach i sanatoriach. Przeszedł tyle operacji, ile inni mają urodzin. Bardzo długo nie potrafił mówić, a dziś, kiedy już potrafi, miał odwagę wyjść tu i wyrecytować wiersz. Ale chce to zrobić tylko dla swojej mamy. Proszę, wysłuchajcie go. To dla niego ogromny wysiłek i ogromny strach.
Na sali zapanowała cisza. Wyprowadziłam Marka spod kurtyny ciągnął się opornie, patrząc w podłogę. Był tak zabawnie elegancki w tym garniturze, z wystającą dolną wargą, zapłakany, ale bardzo zdeterminowany. Stał cicho, nie mówiąc nic.
Marek, dawaj! krzyknęła jego mama z sali.
Dawaj, Marek! powtórzyło to samo energiczne dziecko z końca sali. Przykucnęłam przy nim i wzięłam go za rękę.
Dasz sobie radę, Marek szepnęłam. Dla mamy.
Wziął głęboki oddech i zaczął od początku. Gdy doszedł do fragmentu: Z pierwszego schodka woła Józek: Mama pilotem? No i co z tego! zarumienił się, lecz szedł dalej:
A u Marka na przykład, mama jest… mi-li-cjan-tem! A u Toli i u Wandy obie mamy są in-ży-nier-ki!
I spojrzał z wyzwaniem na widownię.
Taka owacja, jaką wtedy usłyszał nasz mały przedszkolny hol, nie powtórzyła się nigdy. Ludzie bili brawo rodzice, dzieci, wychowawcy, cały personel przedszkola. Niektórzy nawet na stojąco. Marek nie był w stanie już dalej recytować, tak było głośno, ale już nie musiał udowodnił wszystko, co trzeba.
Po uroczystości podeszła do mnie nasza pani od rytmiki.
Mało cię nie udusiłam ze złości! powiedziała pół żartem, pół serio.
Łzy pociekły mi po policzkach cały ten dzień i napięcie puściły naraz. Nauczycielka przytuliła mnie i dodała:
Trudno, prawie popsułaś uroczystość, ale… Zwycięzców się nie rozlicza. Ty i Marek wygraliście. Umyj twarz i chodź do dzieci.
Dlaczego wspominam tę historię po trzynastu latach? Spotkałam niedawno na ulicy mamę Marka, która mnie poznała. Opowiedziała, że Marek właśnie dostał się na studia, na filologię, na państwowe miejsce a egzaminy zdał za pierwszym podejściem, wszystkie na piątki! Powiedziała: Gdyby nie tamto wydarzenie, Marek do dziś czułby się niepełnosprawny.
I to chyba jest najważniejsze: upór i charakter, siła ducha… Liczy się to, że niewielki niegdyś Marek nauczył się być pełnowartościowym człowiekiem. Pomogły mu w tym osoby wokół niego! I dlatego warto pamiętać bądźmy dla siebie bardziej życzliwi i wyrozumiali…






