Próba naprawy męża — Byliśmy razem, Waluś. Podczas tej… ostatniej delegacji do Poznania. Wszystko w…

Resocjalizacja męża

Byliśmy razem, Gienia. Wtedy, podczas ostatniego wyjazdu do Krakowa. Wyszedł mi z tego… taki głupi bałagan.

Po prezentacji wypiliśmy trochę, i ja po prostu… Nie umiałem się zatrzymać, Gienia…

Tak po prostu mi to opowiadasz? głos Genowefy zadrżał od przerażenia. Franek, ty mi się właśnie przyznałeś, że mnie zdradziłeś?!

Nie mogę już dłużej tego w sobie dusić spuścił głowę mąż. Gienia, przebacz mi, proszę. Obiecuję ci, to się więcej nie powtórzy! Już wszystko zrozumiałem…

Genowefa ostrożnie odstawiła kieliszek na stół. Jej świat właśnie rozpadł się na kawałki.

***

To poranne przebudzenie było jak w szkole z internatem Gienia mieszała owsiankę dla młodszego synka, jedną ręką zaplatając warkocz siedmioletniej Zosi.

Mamusiu, ciągniesz za mocno! jęknęła Zosia, kręcąc głową.

Przepraszam, kochanie, śpieszę się. Gdzie tata? Zaraz się spóźni!

Franek wyszedł z łazienki, zapiął koszulę krzywo jakby na odwrót. Po wyrazie jego twarzy Gienia wiedziała, że nie jest w nastroju.

Kawa jest? rzucił, nie patrząc na nią.

Jest w dzbanku. Sam sobie nalej, mam zajęte ręce.

Nalał filiżankę, wypił ją na stojąco, patrząc przez szybę na rozmoknięte podwórko, gdzie dozorca w zielonym fartuchu zgarniał grabkami gnijące liście.

Ani dzień dobry, ani nawet pocałunek w policzek. Od kilku lat nie byli już dla siebie nawzajem ważni, tylko cienie pod jednym dachem.

Gienia pracowała jako księgowa w dużej warszawskiej hurtowni. Żoną była już od dekady.

Mieszkanie trzy pokoje, niestety jeszcze nie spłacone kredytowo, samochód nowy granatowy SUV. Dzieci zdrowe, wszystko jakby dobrze, ale…

Oddychała powietrzem, którego nie było. Tęskniła za dawnym Frankiem za tym, co potrafił nocą zbiec po śmietankę albo przycisnąć ją do siebie tak, że aż żebra zgrzytały.

Koło drugiej popołudniu telefon zawibrował na stole.

Pójdziemy dziś do restauracji. Dawno nigdzie nie byliśmy, zjedzmy razem kolację? pisał Franek. Dzieci dogadałem z siostrą, Lidka zabierze je do siebie na noc.

Genowefa przeczytała SMS trzy razy. Serce błysnęło jej gdzieś pod pępkiem, jak dziewczynce.

No proszę wyszeptała. Może coś poczuł?

Reszta dnia przeminęła jak we śnie: prosiła o wcześniejsze wyjście z pracy, wpadła do domu, gorączkowo wybierała sukienkę.

Wybrała ciemno-granatową, jedwabną, opinającą sylwetkę. Nałożyła głębszą kreskę na rzęsy, parę kropli ulubionych perfum za uchem.

W lustrze widziała jeszcze kobietę, która chce się podobać swojemu mężowi.

W restauracji pachniało czosnkiem i świecami, cicho grał saksofon na żywo. Przyjechała, gdy Franek już siedział w garniturze, wygolony na gładko.

Wstał, kiedy podchodziła, i na moment w oczach pojawiło mu się coś jak zachwyt. Albo litość? Nie pojęła wtedy.

Pięknie wyglądasz, Gieniu powiedział, podsuwając jej krzesło.

Dziękuję. Zaskoczyłeś mnie tym zaproszeniem. Jaki to powód?

Bez powodu… Po prostu zrozumiałem, że praktycznie nie rozmawiamy. Mieszkamy jak współlokatorzy.

Coś w tym jest westchnęła, sącząc wino. Praca, dzieci, wieczny kierat…

Ja też tak myślę Franek kręcił widelcem. Jak chomik w kołowrotku tylko nikt nie wie po co.

Długo gadali. Wspominali, jak żyli w wynajmowanej klitce z kapiącym kranem i byli całkiem szczęśliwi.

Śmiali się z tego, jak Franek pierwszy raz przewijał córkę i omdlał prawie.

Wieczór był jak miód. Gienia czuła, że lód stopniał.

Trzeba po prostu częściej tak uciekać myślała. Jeszcze się ułoży. Jesteśmy zmęczeni…

Wracamy? spytał Franek, gdy przyniesiono rachunek. Po drodze wstąpię po wino. Posiedzimy sami, bez dzieci.

W domu była cisza, taka, że aż dzwoniło w uszach. Bez dziecięcych wrzasków i klocków na podłodze mieszkanie wydawało się jak sala balowa nad Wisłą o świcie.

Usiedli przy kuchennym stole. Franek nalał czerwonego wina do kieliszków. Atmosfera była miękka, ciepła, jakby ktoś pogłaskał ich po głowach. I nagle…

Gienia… coś naprawdę musimy zmienić zaczął.

Też tak myślę. Może razem gdzieś wyjedźmy? Do Trójmiasta, nad morze, chociażby do sanatorium. Odpoczniemy.

Tak, ale chodzi też o coś więcej niż tylko wypoczynek. Ostatnio czuję, jakbym był zupełnie kimś innym. Straciliśmy kontakt.

Ty cały czas z dziećmi, ja ciągle w pracy. Wracam śpisz lub jesteś wściekła.

Bliskości nie ma, rozumiesz? Nawet nie cielesnej, tylko tej, gdy wystarczy jedno spojrzenie.

Gienia poczuła, że coś zgrzyta:

Do czego zmierzasz? szepnęła.

Do tego, że się złamałem…

I wtedy to powiedział. O Krakowie, o koleżance i o zdradzie.

Ona po prostu mnie słuchała, Gieniu Franek mówił chaotycznie, jakby się bał, że zaraz mu przerwą. Jeździliśmy służbowo razem.

Zawsze pytała, jak mi idzie, i naprawdę się przejmowała.

Nie zamierzam się tłumaczyć, wiem, że jestem kanalia. Broniłem się, wierz mi.

Ale tej nocy… Piliśmy ze znajomymi, potem zostaliśmy sami we foyer hotelowym…

Gienia miała wrażenie, jakby w klatce piersiowej odpalił się granat, a odłamki powoli rozsadzały narządy.

Wybacz jeśli dasz radę ciągnął Franek. Gniotło mnie to dwa tygodnie, nie dawało żyć.

Nie mogę na ciebie patrzeć i udawać. Nie chcę cię skrzywdzić. Ty i dzieci to wszystko, co mam. Jestem w stanie zrobić wszystko…

Wszystko… papugowała Gienia.

Tak. Już rozmawiałem z kierownikiem. Poprosiłem o przeniesienie do innego działu, żeby jej w ogóle nie spotykać, pan Staszek obiecał, że załatwi w miesiąc.

Dałem już urlopówkę. Wyjedźmy. Jutro kupię bilety. Od nowa, na czysto.

Wyciągnął dłoń, by przykryć jej rękę swoją, ale Gienia cofnęła się jakby dotknął ją lód.

Od nowa? gorzko się zaśmiała. Franek, ty rozumiesz co zrobiłeś?

Nie tylko zdradziłeś mnie z obcą kobietą. Zrujnowałeś mnie całkowicie!

Siedziałam w pracy, cieszyłam się twoimi wiadomościami, wybierałam suknię… Myślałam, że mnie kochasz…

Kocham cię! niemal krzyknął.

Gdybyś kochał, nie poszedłbyś do niej… Taka opiekuńcza koleżanka, a ja jestem wiecznie zła, tak?…

Ja nie to miałem na myśli… zaczął Franek.

Podszedł, próbując ją objąć.

Gieniu, proszę…

Zostaw mnie! odrzuciła go. Obrzydzasz mnie.

Wybiegła z kuchni, zamknęła za sobą drzwi do sypialni na klucz i opadła na łóżko.

Łzy leciały strumieniem. Jeszcze długo drapał w drzwi, coś szeptał, przepraszał i cichł, aż w końcu zasnął na kanapie w salonie.

***

Rano wyszła do kuchni z zapuchniętą twarzą. Mąż siedział jak posąg. Kawa zimna.

Nie wyszłam w nocy tylko przez dzieci, nie miałam ich gdzie zabrać rzuciła oschle.

Gienia…

Milcz. Nie chcę słuchać twoich uczuć. One nie mają dla mnie znaczenia.

Rozumiem.

Mówiłeś o wyjeździe. Gdzie chciałeś jechać?

Myślałem o cichym miejscu. Po prostu spacerować, rozmawiać…

Dobrze odwróciła się do okna. Pojedziemy. Ale nie licz, że coś będzie jak dawniej. Jadę zobaczyć, czy mogę na ciebie spojrzeć bez obrzydzenia.

Franek zgodził się na wszystko.

Zajmę się wszystkim dziś.

Jeszcze jedno Gienia się odwróciła. Przeniesienie chcę mieć kopię dokumentu. I twój telefon. Od dziś bez hasła.

Jasne. Jak powiesz.

Podał jej swój telefon, ale ona tylko krzywo się uśmiechnęła.

Potem. Idź pod prysznic. Muszę zebrać myśli, zanim odbiorę dzieci od Lidki. Nie chcę, żeby nas widziały takich.

Gdy drzwi łazienki się zatrzasnęły, Gienia osunęła się na krzesło. Odejść, zostawić człowieka, którego dopiero wczoraj kochała bardziej niż życie, bardzo chciała, ale nie mogła. Ze względu na dzieci.

***

Dni do wyjazdu rozciągały się bez końca, rozmowy były rzeczowe, krótkie.

Kupiłeś bilety?

Tak, na sobotę.

Odbierz Zosię ze szkoły.

Dobrze.

Dzieci wyczuły coś złego, Zosia milczała, gdy rodzice byli razem, a syn stał się marudny.

Mamusiu, czemu tata śpi w salonie? spytała Zosia, układając się do snu.

Gienia przełknęła łzy, poprawiając jej kołdrę.

Tato… Dużo pracuje, słońce. Boli go kręgosłup od krzeseł w pracy, na kanapie wygodniej.

Kłóciliście się?

Jesteśmy tylko zmęczeni, kochanie. Wszystko będzie dobrze. Pamiętasz, że pojedziemy nad morze?

Zosia tylko skinęła głową, ale w oczach miała cień nieufności. Dzieci czują wszystko.

***

W piątek, tuż przed podróżą, Franek wrócił wcześniej z papierami.

Proszę położył dokument na stół. To przeniesienie. Po urlopie idę do działu analiz.

Żadnych delegacji. W ogóle. Tamta kobieta zostaje w dziale zakupów. W innym budynku.

Gienia rzuciła okiem na pieczątkę.

Dobrze.

Gienia… zawahał się w drzwiach. Co godzinę o tym myślę. Jaki byłem… nikczemny…

Wystarczy, Franek! Ty wybrałeś wtedy teraz wybieram ja: decyduję, czy jeszcze chcę być z tobą.

Nie wyznała mu, że gdy spał na kanapie, zerknęła w jego telefon.

Brzydziły ją własne drżące ręce, lecz nie mogła inaczej. Nie usunął wiadomości ostatnie były od niego:

Koniec. To był koszmarny błąd. Nie pisz i nie szukaj mnie więcej.

Jej odpowiedź: Jak chcesz. Powodzenia.

Lżej jej nie było. Ale gdzieś na dnie duszy coś delikatnie drgnęło. Przynajmniej tu nie kłamał.

***

Sobotni poranek obudził ich drobnym deszczem. W milczeniu pakowali bagaże do samochodu.

Franek jakby zbyt troskliwy podawał rękę, sprawdzał okna, nawet na stacji kupił jej ulubioną kawę. A to bolało jeszcze bardziej.

Na warszawskim lotnisku, w hali odlotów, usiadł obok. Dzieci oglądały przez szybę startujące samoloty.

Wiesz powiedział cicho, patrząc na nie wczoraj przypomniał mi się nasz pierwszy wyjazd nad Bałtyk. Pamiętasz, jak namiot odleciał nam do jeziora?

Gienia nie mogła się nie uśmiechnąć.

Pamiętam. Całą noc trzymałeś linki, a ja spałam w twojej kurtce przeciwdeszczowej.

Myślałem wtedy, że nie ma nikogo fajniejszego od ciebie. I teraz też to myślę. Tylko… zgubiłem się.

Oboje się zgubiliśmy, Franek pierwszy raz od tygodnia spojrzała mu w oczy.

Wziął ją za rękę. Tym razem jej nie cofnęła, ale też nie ścisnęła z powrotem. Była jeszcze pogubiona.

Prawdopodobnie mu wybaczy. Chociażby po to, by dziecka nie rozdzierać.

Ale zanim mu wybaczy, musi go nauczyć. Porządnie, jak w śnie, gdzie wszystko można i wszystko jest dziwne.

Nad morzem zacznie jego resocjalizacjęW samolocie dzieci zasnęły, otulone szalikiem. Gienia patrzyła za okno na białe chmury i sunące poniżej łaty lasu, jakby świat został wywrócony do góry nogami i wszystko dało się urządzić od nowa.

Franek trzymał jej dłoń, zupełnie bez słów.

W głowie Gieni utkwiła jedna myśl: czy miłość da się wychować, zresocjalizować jak człowieka? Czy na jej gruzach można jeszcze zasiać cokolwiek dobrego?

Na wybrzeżu szli długo mokrym piaskiem, dzieci biegały przed nimi, zbierając muszle.

Franek raz po raz zerkał na nią, jakby chciał się upewnić, że prawdziwa Gienia idzie obok, a nie tylko pusta wydmuszka.

Zmarzłaś? zapytał w końcu, podając jej kurtkę.

Nie. Przynajmniej czuję, że żyję.

Stanęli oboje po kolana w chłodnych falach. Morze szumiało, rzucało muszlami pod nogi, a ona nagle, niespodziewanie, poczuła ulgę.

Nie wybaczyła mu. Nie zapomniała. Ale już nie bolało tak samo. Odetchnęła głęboko.

Franek powiedziała w końcu. Idziemy dalej, ale tym razem, choćby wiatr urwał namiot, trzymamy się razem. Zawsze.

Popatrzył na nią z wdzięcznością, której nie trzeba było wyrażać słowami.

Nad wodą dzieci śmiały się wolno, a oni ruszyli przed siebie, bez planu, z mokrym piaskiem w butach, gotowi spróbować jeszcze raz nie dla ideału, ale dla siebie. W nowym świecie, w którym z gruzów też można ulepić dom.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

2 × 1 =

Próba naprawy męża — Byliśmy razem, Waluś. Podczas tej… ostatniej delegacji do Poznania. Wszystko w…