Przywiozła ukochanego do polskiej wsi, a on postawił jej warunek…

Zosia przyjechała do rodzinnej wsi z narzeczonym, a on postawił jej warunek

Jasio zobaczył nadjeżdżający po wiejskiej, szutrowej drodze autobus i porzuciwszy piłkę, pobiegł co sił w nogach w stronę przystanku. Koszula w kratkę rozpięła się na wietrze, jasne włosy unosiły się w podmuchach.

Mama, mama przyjechała tylko to kołatało się w głowie chłopca podczas biegu. Ale Zosia nie wysiadła z autobusu sama obok niej szedł korpulentny mężczyzna w jasno-szarym garniturze. Maszerował przy matce, wymachując skórzaną teczką, wyglądając na poważnego urzędnika. Jasio podbiegł do mamy i chwycił ją za rękę, z radością patrząc jej w oczy.

Witaj, synku powiedziała trzydziestoletnia kobieta, schylając się i całując syna w czoło.
No cześć, młody! zagrzmiał mężczyzna, od razu targając gęstwinę Jasiowych włosów swoją szeroką dłonią. Ręka obcego była ciężka i aż chłopaka odrzuciło od tego ciepłego przywitania.

Zapraszam do stołu uprzejmie namawiała pani Helena Majchrzak, mama Zosi.

Dziękuję, dziękuję, mamusiu powiedział z powagą pan Andrzej Sobczak, rozglądając się łakomie po surowo nakrytym stole.

To właśnie wieś! pokazał na stół. W mieście wszystko na kartki, reformy, a tu swoje gospodarstwo, ludzie swojskie mięso jedzą!

I mleko, i śmietana domowa przypomniała niemal śpiewnie pani Helena. I warzywka z ogrodu.

Póki siły są, trzymamy się swojego włączył się w rozmowę pan Stanisław Majchrzak, ojciec Zosi drobny, powściągliwy, całe życie pracował w PGRze na kombajnie.

Ale i my nie tacy biedni, kartki kartkami, a ja u siostry na magazynie czasem załatwię coś spod lady dodał z dumą pan Andrzej, przesuwając dłonią po łysiejącej głowie. Zosię delikatesami zaopatruję.

Jasio przyglądał się obcemu wujkowi, zastanawiając się, jak tu do niego podejść. W mieście, gdzie mieszkał z mamą, chodził do szkoły i grał z chłopakami na podwórku, często zastanawiał się, jaki byłby jego tata. Wyobrażał sobie, jak idzie z ojcem do zoo, albo gra w piłkę. Wydawało mu się, że tata mógłby być podobny do taty Michała Zielińskiego, albo Karola Wiatrowskiego, a może zupełnie inny.

Teraz, gdy przy matce siedział ten korpulentny pan, Jasio pomyślał, że skoro przyjechał na wieś, to może będzie jego tatą.

Jasio wziął drewniany samolocik, który dziadek Staszek sam wystrugał, dokładnie szlifując skrzydła tak, by wyglądały jak prawdziwe. Podeszedł do rozgrzanego od jedzenia Andrzeja i nieśmiało powiedział:

Proszę, jaki samolot! i podał zabawkę gościowi.

Ooo, Andrzej złapał zabawkę i mocno palcami strzelił w śmigło, które dziadek Staszek zrobił ruchome. Śmigło nie zakręciło się, tylko odpadło na podłogę. Słaba ta twoja zabawka rzucił Andrzej, oddając samolot Jasiowi.

Chłopiec podniósł śmigło z podłogi, rzuciwszy spojrzenie na dziadka.

Spokojnie, naprawimy powiedział dziadek Staszek.

A pan Andrzej to nasz kierownik powiedziała szybko Zosia jest szefem warsztatu w naszej fabryce.

Pan Andrzej jeszcze bardziej nadął policzki, patrząc pobłażliwie na Zosię.

Trzydziestoletnia Zosia, krawcowa w fabryce, po raz pierwszy w życiu szykowała się do ślubu, ciesząc się, że ma poważnego narzeczonego, z pozycją, a i wiekowo starszy, to i mądrzejszy. Podsuwając mu talerze bliżej, zachęcała do skosztowania smażonej rybki i naleśników ze śmietaną.

Na ganku Andrzej rozpostarł ramiona i zawołał:

No, powiedzcie, nie ma tu pięknie?! A ten zapach powietrza!

Andrzeju, podoba ci się?

Pytasz jeszcze? Cudnie!

No to odetchniemy wiejskim powietrzem, odpoczniemy, a jutro jedziemy do miasta. Zabieramy Jasia, trzeba mu kupić mundurek do szkoły.

Zosieńko, a po co chłopaka ciągniesz do miasta? Nie ma tu szkoły?

Jest, ale tylko podstawowa

To i dobrze, niech rok tu pochodzi, potem zabierzemy. Remont zrobimy, mebli kupimy, u ciebie tylko starocie.

Pani Helena, słysząc propozycję Andrzeja, przestraszonym spojrzeniem szukała wsparcia u męża Stanisława. Ten, jak to mówił Jasio, podkręcał wąsa, wyrażając wyraźne niezadowolenie i rozważając ofertę narzeczonego córki.

No jak to, Andrzeju, przecież trzeba by ze szkołą załatwiać, rzeczy do wsi przewozić

Jakie tam rzeczy, dla chłopaka to chwila! Zobacz, tu zdrowe powietrze, mleko, warzywa, owoce wyrośnie jak na drożdżach. Rodzice popilnują, a w mieście i ja, i Zosia ciągle w pracy, nie będzie kiedy się nim zająć. Rok w wiejskiej szkole mu nie zaszkodzi. A my spokojnie się pobierzemy, urządzimy. Co ty na to, Zosieńko? Jak ci się podoba taki układ?

To nie propozycja, burknął Stanisław, ruszając wąsem. To warunek, nie układ.

Następnego dnia, gdy Zosia tłumaczyła, czemu nie zabiera Jasia do miasta, chłopiec kiwał głową na zgodę, ale nie powiedział słowa. Gdy Andrzej i Zosia poszli na autobus, Jasia nigdzie nie można było znaleźć. Pani Helena zaglądała i na strych, i do warsztatu dziadka, ale tam go nie było.

Gdzież on się podział, jeszcze niedawno tu był. Nawet rower stoi.

Znajdzie się, pewnie pobiegł do kolegów machnął ręką Andrzej.

Zosia raz jeszcze niespokojnie obeszła podwórze, po czym wyszła na drogę. Jasio przez cały ten czas krył się za węglem w komórce, przez szparę podglądał, co się dzieje. Bardzo chciał wyskoczyć i podbiec do mamy, złapać ją za rękę, ale się powstrzymał; czuł instynktownie, że z chwilą pojawienia się tego łysego pana zrobił się trochę niepotrzebny.

Ściskał w dłoni swój uszkodzony samolot, a łzy same ciekły po policzkach. Nie był z tych płaczliwych, nawet gdy dziadek go kiedyś przyłożył za rozwiązaną łódkę i próbę samotnego rejsu na rzece, nie płakał.

Wiedział, że dziadek sprawiedliwie karze. Ale teraz, choć nikt go nie tknął, łzy płynęły same, a Jasio rozcierał je pięściami, chcąc szybko zapomnieć o tej mokrości.

Znalazł się! zawołała babcia, gdy Zosia z Andrzejem już odjechali. Nie martw się, kochanie, mama wróci za miesiąc, jak obiecała, a my ci szkolny mundurek kupimy w powiecie przecież lubisz tu z nami z dziadkiem.

Jasio spuścił głowę, włosy spadły na czoło. Przypomniał sobie kolegów z miasta, kumpli z podwórka i mocno zapragnął do nich wrócić. Tu też miał przyjaciół, ale już dawno zrozumiał, że lato spędza u dziadków, których kocha nad życie, a jesienią wraca do miasta, do swoich.

Tydzień minął szybko. Jasio, grając z chłopakami, coraz rzadziej myślał o tym, że mama go nie wzięła.

Helena o mało nie upuściła wiadra, kiedy za furtką zobaczyła Zosię.

Córeczko, my nie spodziewaliśmy się ciebie teraz.

Zosia ciężko opadła na ławkę:

Obiecałam za miesiąc, a jestem już po dwóch tygodniach. Przyjechałam po Jasia.

Jak to? Przecież mieliście zostawić go u nas. Czyżby Andrzejek zmienił zdanie?

To ja zmieniłam, mamo. Nie zamierzam syna oddawać. A Andrzej to krętacz, zbliżył się do Simki, księgowej, teraz jej z magazynu jedzenie zanosi, ona dzieci nie ma. A dla mnie, jak twierdzi, przyprawą do związku jest Jasio i postawił warunek: Jasia ze wsi nie zabierać.

Pani Helena patrzyła smutno na córkę. Chciała dla niej szczęścia, ale nie takiego jak z Andrzejem.

Może to i lepiej, córeczko.

Lepiej, lepiej, mamo. Wezmę Jasia, kupię mu nowy mundurek i tornister, zaprowadzę do drugiej klasy i wszystko będzie jak dawniej. Jakoś bez deficytów, z Jasiem sobie poradzimy. Nie potrzebowałam od niego wędlin czy ciastek. Domu i ojca dla dziecka potrzebowałam.

Na podwórku pojawił się Jasio i zamarł na widok mamy. Było to tak niespodziewane, że bez pamięci rzucił się jej w ramiona:

Maam!

Synku! Jak ja się stęskniłam! Zosia mocno go uściskała, wpatrując się w jego opaloną buzię Przyjechałam po ciebie, zaraz szkoła.

Jasio spojrzał z niedowierzaniem.

Tak jak było, tak będzie. Ty się będziesz uczył, ja sprawdzać ci będę lekcje, jeszcze cię do kółka zapiszę i na piłkę, jak chciałeś.

Jasio próbował więcej upchnąć do swojego plecaka, żeby mama miała lżejszą torbę.

Synku, wystarczy, za ciężko ci będzie.

Dam radę! Jestem silny!

Dziadek z babcią odprowadzili Zosię i Jasia aż do przystanku. Autobus, błyskając światłami, zatrzymał się, drzwi otworzyły się szeroko. Jasio usiadł przy oknie i machał dziadkom póki nie zniknęli za zakrętem.

W ręku trzymał ten sam drewniany samolocik, który dziadek naprawił, a ukradkiem zerkał na mamę. Wracał do domu i czuł to dziecięcym sercem tak mocno, że aż przepełniała go duma, bo obok siedziała mama najbliższa osoba na świecie.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

1 − jeden =

Przywiozła ukochanego do polskiej wsi, a on postawił jej warunek…