Rodzicielska miłość, czyli dzieci – kwiaty życia. Mama powtarzała to jak mantrę, a tata z uśmiechem …

Miłość rodzicielska

Dzieci są jak kwiaty życia powtarzała zawsze mama. A tata, śmiejąc się, dorzucał:
Na grobie swoich rodziców rzucał to z przekąsem, mając na myśli dziecięce psoty, kaprysy i nieustanny hałas.

Dorota z ulgą, ale i radością westchnęła, usadzając dzieci w taksówce. Julka miała cztery lata, a Stasiek półtora. U babci i dziadka spędzili cudowny czas: ciasteczka, przytulasy, bajki i te pozwolenia na trochę więcej niż w domu szczęścia.

Dorota też była szczerze wdzięczna za ten wyjazd. Rodzice, siostry, siostrzeńcy rodzinny dom przyjmował ją zawsze, bez żadnych warunków. Domowe jedzenie mamy, któremu nie sposób było się oprzeć. Choinka, lśniąca światełkami i starymi, sentymentalnymi ozdobami. Tosty taty, całkiem długie, ale zawsze szczere i ciepłe. Mamine prezenty troskliwe, potrzebne, pełne miłości.

Przez chwilę Dorota poczuła się znowu jak dziecko. I bardzo chciała powiedzieć:
Mamusiu, tatusiu, dziękuję, że jesteście.

W tym roku postanowili z Andrzejem przygotować dla rodziców Doroty wyjątkowy prezent. Nie z obowiązku z wdzięczności. Za dzieciństwo pełne szczęścia, za miłość i troskę, które nasycały lata Doroty oraz jej sióstr. Za zaufanie, z jakim rodzice przyjęli Andrzeja i powierzyli mu najcenniejszą swoją córkę. Za wsparcie rodziny, za wiarę w ich wspólną drogę, za obecność przy każdym ważnym kroku.

Zawsze marzyłem, by podarować tacie samochód wyznał kiedyś cicho Andrzej. Ale mój ojciec nie doczekał tej chwili.
Zamilkł na moment, a potem dodał pewnie:
Ale twojemu tacie na pewno damy taki prezent!
Dorota uśmiechnęła się tylko, patrząc na męża tą miłością, w której było tyle wdzięczności, szacunku i nadziei.

Jak się umówili, Dorota przyjechała do rodziców z dziećmi. W rękach niosła przezroczyste pojemniki z domowymi sałatkami, mięsem, słodkościami: wszystko własne, przygotowane z sercem.

Staś wręczył babci ogromny bukiet róż tak duży, że ledwo mógł go utrzymać. Dorota mocno przytuliła tatę, ucałowała i wciągnęła głęboko znajomy, ukochany domowy zapach.

A gdzie Andrzej? Samych cię puścił? zaniepokoili się rodzice.

W tej chwili Dorocie zadzwonił telefon.

To Andrzej uśmiechnęła się. Trochę się spóźni, kazał zaczynać bez niego.

Dzieci już biegły do salonu. Pod wysoką, piękną choinką leżały pudełka i paczuszki z podpisami który to prezent przyniósł Święty Mikołaj.

Julka, co jasne, dostała najwięcej. W jednym pudle zaczarowana kareta Kopciuszka. W innym para lśniących, białych koni z długimi, złotymi grzywami. Nawet szklane pantofelki dla księżniczki. Dalej zwiewna sukienka z szeroką spódnicą i długie rękawiczki haftowane cekinami. Biżuteria, magiczne lusterko, dziecięce kosmetyki, zestawy kreatywne, książki

Staś otrzymał wielkie pudło z kilkupiętrowym garażem: małe, błyszczące samochodziki wjeżdżały windą do góry i śmigały po spiralnych zjeżdżalniach w dół. Był jeszcze wielki dinozaur z podświetlanymi oczami, łuk ze strzałami, suchy basen i cały worek kolorowych piłeczek, kosmiczny blaster migoczący wszystkim kolorami. No i oczywiście mnóstwo kolorowanek, kredek i magicznych markerów.

O Dorocie też nie zapomniano!
W małym pudełeczku z kokardką leżały złote kolczyki z kamieniami skrzyły się, odbijając światła choinki.

Na stole na dużym półmisku pyszniło się jej ulubione ciasto Mrówkowiec. Z orzechami, rodzynkami, kandyzowaną skórką i czekoladową posypką. Dokładnie jak w dzieciństwie.

Pod choinką leżały też osobno paczki dla Andrzeja. Surowo było zabronione otwierać je bez ukochanego zięcia.

Dorota z dziećmi uściskała bliskich i wręczyła własne prezenty: mamie flakon prawdziwych francuskich perfum, tacie srebrną bransoletę o wyjątkowym splocie. Julka z dumą podarowała portret babci i dziadka nieco śmieszny, trochę przypominający zdjęcie poszukiwani przez milicję, ale narysowany z taką miłością, że wszyscy się tylko śmiali i wzruszali.

Ale najważniejszy prezent był dopiero przed nimi!

Po jakiś trzydziestu minutach, po pierwszych toastach, gdy wszyscy przeglądali podarunki, Dorota założyła kolczyki. Migotały w uszach, podkreślając jej szczęśliwe oczy.

Julka uważnie się przyjrzała i nagle powiedziała:
Mama, ty założyłaś te kolczyki, żeby czekać aż powiem, że jesteś piękna?
Właśnie dla tego przyznała Dorota szczerze.
Jesteś bardzo piękna! oznajmiła poważnie Julka. I ja! I tata też! I nawet Staś! wszyscy znowu wybuchnęli śmiechem.
No gdzie nasz zięć? Już czas, żeby się pojawił!

I wtedy się pojawił. Rozświetliła się lampka, otwarły się bramy i na podwórko, głośno trąbiąc, wjechał wielki, biały samochód, lśniąc nowością.

Wszyscy od razu wybiegli na zewnątrz w śmiechu, pogaduszkach, podskakując z zimna.

Przy bramie stała ona. Nowiutka, błyszcząca samochodem z balonami przywiązanymi do lusterek i maski.

Andrzej wysiadł bez pośpiechu, podszedł do taty Doroty i podał mu kluczyki.
To dla was Z całego serca.
I objął go po męsku mocno, solidnie, bez zbędnej pompy. Ojciec aż cofnął się o krok i uśmiechnął się bezradnie.

Coście wymyślili, dzieci Nie mogę słowa mu się myliły, jakby bał się uwierzyć na głos.

Ale już został łagodnie poprowadzony, posadzony za kierownicą. Przesunął dłonią po kierownicy, spojrzał na deskę rozdzielczą świeciła się jak w promachu kosmicznym. Nowa tapicerka pachniała skórą i obietnicą przyszłych podróży.

Ojciec otarł oczy te, które rzadko widzą łzy.

No, przegięliście tylko tyle zdołał powiedzieć. A potem po kolei wyściskał wszystkich: Dorotę, Andrzeja, wnuki, żonę.
Krótko mówiąc, święta się udały.

Wszyscy byli szczęśliwi. Te dwa dni w gościach napełniły serca dorosłych i dzieci czystą radością.
Ale wszystko ma swój czas trzeba było wracać do domu.

Rano Andrzej pojechał do pracy. Teść odwiózł go już swoją nowiutką maszyną pewnie, z dumą, tak, jakby nagle ubyło mu lat i trosk. Dorota patrzyła za nimi i się uśmiechała: prezent żył własnym życiem, tak jak tego chcieli.

Po obiedzie Dorota z dziećmi zamówiła taksówkę. Walizki były lżejsze niż w dniu przyjazdu, ale serce pełniejsze. Julka jeszcze raz przytuliła babcię, Staś pomachał dziadkowi, ściskając w łapce autko na drogę.

Dorota z dziećmi wsiadła do taksówki. Droga była spokojna, dzieci szybko zmęczyły się i, przytulone do siebie, zasnęły na tylnym siedzeniu zadowolone, najedzone, szczęśliwe.

Po drodze Dorota poprosiła kierowcę, by zatrzymał się przy małym sklepie przy szosie.

Dosłownie na minutkę. Muszę kupić pampersa i coś do picia rzuciła do kierowcy.

Po pięciu minutach wyszła, wsiadła z powrotem do auta… I serce podeszło jej do gardła.

Nie było dzieci!

Kierowca spokojnie rozmawiał z jakąś obcą dziewczyną na przednim siedzeniu.

Co jest do powiedziała powoli Dorota.

Dziewczyna gwałtownie się odwróciła:
Kto to jest?! Co za baba?!
Kierowca wzruszył ramionami:
Nie wiem! i odwracając się do Doroty: Kim pani jest? Czego pani chce?

Oszaleliście?! Gdzie są moje dzieci?!

Ty drań! zaczęła wrzeszczeć dziewczyna. Masz dzieci z kimś innym?! i zaczęła okładać go torebką.

Ty naprawdę każdego ładujesz do auta?! już krzyczała Dorota. Gdzie moje dzieci, pytam?!

Przez trzy-pięć minut w samochodzie panował istny armagedon: wrzaski, pretensje, wymachiwanie rękami, poczucie bezgranicznej niesprawiedliwości.

I nagle drzwi się otwierają… Jakiś mężczyzna nachyla się i spokojnie mówi:
Proszę pani to nie jest pani samochód. Ja stanąłem kawałek dalej.

Wszystko stanęło w miejscu. Dorota bez słowa, wściekle trzasnęła drzwiami, wybiegła i podbiegła do prawie identycznej jasnej taksówki stojącej kilka metrów dalej.

Otworzyła drzwi.
Na tylnym siedzeniu spokojnie spały jej dzieci. Dwa aniołki, nawet nie drgnęły.

Dorota westchnęła, jakby właśnie zeszła z krawędzi przepaści. Wsiadła, zatrzasnęła drzwi i burknęła:
Jedziemy

I wtedy ogarnął ją śmiech. Prawdziwy, nerwowy, wyzwalający. Kierowca też zaczął się śmiać, ocierając oczy i ewidentnie ciesząc się, że wszystko skończyło się szczęśliwie bez tragedii, ale za to z opowieścią na całe życie.

Dorota spojrzała na śpiące dzieci i zrozumiała coś ważnego: w codziennym życiu rodzice bywają zmęczeni, rozbawieni, roztrzepani. Ale wystarczy moment zagrożenia i zmieniają się w lwy!

Bez zawahania, bez namysłu, bez strachu. Tylko jedno uczucie chronić!

Taka właśnie jest miłość.
Cicha, póki jest dobrze, ale niezłomna, gdy chodzi o dzieci.

Dziś wiem, że na tym polega siła rodzicielskiej miłości wszystko czujesz i robisz mocniej, by bronić tych, których kochasz najbardziej na świecie.

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

20 − piętnaście =

Rodzicielska miłość, czyli dzieci – kwiaty życia. Mama powtarzała to jak mantrę, a tata z uśmiechem …