Serce kota głucho biło w piersi, myśli błądziły, a dusza bolała. Co mogło się takiego wydarzyć, że jego pani oddała go obcym ludziom, dlaczego go zostawiła?
Kiedy Zofii na parapetówkę podarowano całkowicie czarnego brytyjczyka, przez kilka minut trwała w oszołomieniu…
Skromne, jednopokojowe mieszkanie na warszawskiej Pradze, które z trudem kupiła na kredyt, wciąż czekało na urządzenie. Było też sporo innych spraw, które wymagały jej uwagi.
A tu kotek! Otrząsnąwszy się z szoku, spojrzała w bursztynowe oczy malucha, westchnęła, uśmiechnęła się i zapytała człowieka, który wręczył jej prezent:
To kot czy kotka?
Kot!
No dobrze, kot, będziesz Filipem odezwała się do kociaka.
Mały rozwarł pyszczek i pokornie zapiszczał: Miau…
*****
Okazało się, że brytyjskie koty to wyjątkowo wygodne zwierzęta. I tak od trzech lat Zofia i Filip żyli razem w zgodzie. Co więcej, w trakcie wspólnego życia wyszło na jaw, że Filip ma czułą duszę i ogromne serce.
Z radością witał panią, ogrzewał ją podczas snu, oglądał z nią filmy, wtulony pod bokiem, i kręcił się wszędzie tam, gdzie ona sprzątała.
Życie z kotem nabrało ciepłych barw. Miło, gdy ktoś czeka na ciebie w domu, z kim można się pośmiać i popłakać. Najważniejsze, że rozumie cię bez słów.
Wydawałoby się, żyj i ciesz się, ale…
Ostatnio Zofia zauważyła, że boli ją prawa strona brzucha. Najpierw sądziła, że może się nieuważnie skręciła i naciągnęła mięśnie, później zwalała winę na tłuste potrawy. Ból jednak narastał, więc poszła do lekarza.
Kiedy lekarz postawił diagnozę i wyjaśnił, co ją czeka, Zofia cały wieczór przepłakała, skulona w poduszkę. Filip, wyczuwając jej nastrój, cicho przytulił się obok i próbował ją uspokoić melodyjnym mruczeniem.
Niepostrzeżenie, słuchając mruczenia Filipa, Zofia zasnęła. Rano, pogodzona z losem, zdecydowała, że nie powie bliskim o swojej chorobie, żeby nie narażać się na współczujące spojrzenia i krępujące próby pomocy.
Została jej drobna nadzieja, że lekarze zdołają zwalczyć jej schorzenie. Zaproponowano jej leczenie, które mogło poprawić stan.
Pojawił się problem: co zrobić z kotem? W głębi duszy, pogodziwszy się z tym, że jej choroba może skończyć się tragicznie, postanowiła znaleźć Filipowi nowy dom i dobrych ludzi.
W internecie zamieściła ogłoszenie, że odda rasowego kota w dobre ręce.
Pierwszy zainteresowany zapytał, dlaczego chce rozstać się z dorosłym zwierzakiem. Zofia, sama nie wiedząc czemu, odpowiedziała, że jest w ciąży i podczas jej przebiegu pojawiła się u niej alergia na kocią sierść.
Po trzech dniach Filip, w transporterze z całym dobytkiem, wyruszył do nowych właścicieli, a Zofia położyła się do szpitala…
Po dwóch dniach zadzwoniła do nowych opiekunów, pytając o Filipa. Po stu przeprosinach usłyszała, że kot uciekł jeszcze tego samego wieczoru i nie mogą go znaleźć.
Pierwszym jej impulsem było wybiec ze szpitala i zacząć szukać kota. Nawet poprosiła o to pielęgniarkę, ale ta stanowczo ją zganiła i odesłała z powrotem do łóżka.
Sąsiadka z łóżka obok, widząc rozterki młodej kobiety, spytała, co się stało. Zofia, zalana łzami, wszystko jej opowiedziała.
Nie trać nadziei, dziewczyno rzekła drobna starsza pani. Jutro ma przyjechać wybitny profesor z Krakowa. U mnie też zdiagnozowali coś złego; syn, biznesmen, chciał mnie przenieść do innej kliniki, ale odmówiłam.
Jak załatwił konsultację, nie wiem, ale się postarał. Poproszę, by ten profesor i ciebie obejrzał, może nie jest tak źle mówiła, ciepło głaszcząc Zofię po ramieniu.
****
Wyszedłszy z transportera, Filip zrozumiał, że trafił do obcego domu. Ktoś nieznajomy wyciągnął rękę, żeby go pogłaskać…
Kocie nerwy nie wytrzymały; pacnął łapą, rzucił się w ciemny kąt.
Paweł, nie dotykaj go na razie, niech się oswoi powiedział miękki kobiecy głos, lecz nie była to jego pani.
Serce Filipa tłukło się rytmicznie w piersi, myśli wariowały, dusza krwawiła. Jak to możliwe, że pani oddała go obcym, dlaczego go zostawiła?
Bursztynowe oczy przeszukiwały pokój w panice. Nagle dostrzegły uchylone okno. Czarny kocur jak błyskawica przemknął przez pokój i wyskoczył na dwór!
Na szczęście to był tylko drugie piętro a pod oknem rozciągał się zadbany trawnik. Stąd Filip zaczął swoją drogę powrotną do domu…
*****
Profesor zjawił się u Zofii jako sympatyczna kobieta w okolicach czterdziestki. Przedstawiła się jako Maria Pawłowska, uważnie przejrzała dokumentację, potem poprosiła Zofię, by położyła się na lewym boku.
Długo badała, opukiwała, wypytywała o rodzaj bólu, później znów czytała kartę. Potem były jeszcze badania na specjalistycznym sprzęcie.
Zofia nie oczekiwała niczego dobrego. Wróciła do sali, gdzie na łóżku czekała już sąsiadka.
I co ci powiedziała, dziewczyno? zapytała.
Na razie nic, powiedziała, że przyjdzie jeszcze do sali.
Rozumiem. A mi potwierdziła tę straszną diagnozę odparła smutno kobieta.
Bardzo mi przykro i dziękuję pani za wszystko odpowiedziała Zofia, sama nie wiedząc, jak pocieszyć kogoś, kto wie, że odchodzi.
Pół godziny później do pokoju weszła Maria Pawłowska z innymi lekarzami.
Zofio, mam dobre wieści. Twoja choroba jest w pełni wyleczalna, już zleciłam terapię, zostaniesz dwa tygodnie, przejdziesz leczenie i wyjdziesz zdrowa powiedziała z uśmiechem.
Gdy lekarze wyszli, odezwała się sąsiadka:
No i świetnie. Cieszę się, że przed odejściem mogłam zrobić jeszcze coś dobrego. Bądź szczęśliwa, dziewczyno dodała.
*****
Filip nie znał żadnej gwiazdy przewodniej, ale szedł do domu, kierowany kocią intuicją. Droga przez miejskie tarapaty była pełna niebezpieczeństw i śmiesznych przypadków.
Nieznający ulic kot z Pragi w jeden dzień stał się drapieżnym dzikusem z wyostrzonymi instynktami.
Unikając hałaśliwych ulic i aut, Filip biegł, skradał się, pędził niczym cień (tak mu się wydawało, gdy uciekał przed psami), wskakiwał na drzewa za wszelką cenę dążył do celu.
W jednym z cichych podwórek, gdzie schował się przed gwarem szosy, spotkał doświadczonego miejskiego kocura.
Ten od razu rozpoznał w Filipie obcego. Z głośnym miaukiem rzucił się na przybysza, lecz Filip z arystokraty przemienił się w ulicznego wojownika i nie uciekł.
Walcząc krótko i zajadle, miejscowy kocur zbiegł z poobitym uchem w krzaki. Bo jak mogłoby być inaczej? Ten podwórzowy boss chciał pokazać, kto tu rządzi, ale Filip miał swój cel dom i nic nie mogło go zatrzymać.
Dalsza droga była trudna. Filip, wspominając odległych przodków, nauczył się spać na drzewie, wybierając te o wygodnym rozwidleniu.
O, wstyd się przyznać, ale Filip nauczył się jeść ze śmietnika i podkradać jedzenie kotom, które dokarmiali współczujący sąsiedzi.
Pewnego razu napotkał sforę psów. Zagnały go na rachityczne drzewko i próbowały dosięgnąć, szczekając i podskakując.
Ludzie, zwabieni hałasem, przegonili psiaki. Jedna z kobiet postanowiła przygarnąć Filipa, zwabiła go kawałkiem dobrej kiełbasy.
Głód i stres odebrały kotu rozsądek, zszedł do niej, dał się przytulić, nawet pogłaskać. Jednak…
Po kilku dniach odpoczynku w cieple, Filip przypomniał sobie o swej misji. Skorzystał z dogodnej chwili wyskoczył za kobietą na klatkę schodową, poślizgnął się przez otwierane drzwi i ruszył dalej do domu…
*****
Po wyjściu ze szpitala Zofia wróciła do mieszkania. Wciąż brzmiały jej w głowie słowa znajomej z sali, która życzyła jej szczęścia. Oczywiście cieszyła się, że diagnoza się nie potwierdziła i jest zdrowa.
Ale serce bolało za Filipem. Nie wyobrażała sobie powrotu do pustego mieszkania, gdzie nikt na nią nie czekał.
Ledwie przekroczyła próg, zadzwoniła do ludzi, którzy zabrali kotka, poprosiła o dokładny adres. Pojechała tam, dowiedziała się, jak Filip uciekł i postanowiła odnaleźć ślady kota.
Mówiono jej, że to nierealne, że minęły dwa tygodnie, że domowy kot nie przeżyje na ulicy, ale nie chciała w to wierzyć.
Szła pieszo, zaglądała w każdy zakamarek podwórek, przeszukiwała skwery, garaże. Próbowała myśleć jak kot, który nigdy nie był na dworze. Wołała Filipa, zaglądając w ciemne piwniczne okienka.
Gdy była już blisko swojego domu, zrozumiała, że kot przepadł bez śladu. Wydawało się niemożliwe, by się tutaj przedostał, skoro jej samej zajęło to dwie godziny z wszystkimi opóźnieniami.
Do własnego bloku weszła ze smutną miną, łzy cisnęły się do oczu, dusza bolała. Przez załzawione spojrzenie zauważyła, że po drugiej stronie chodnika idzie w jej kierunku czarny kot.
Jakiś czarny kot? przemknęło jej przez myśl. Zatrzymała się i, wpatrując się, poznała go. Rzuciła się z miejsca z krzykiem: Filip!
A kot nie pobiegł do niej. Nie miał już siły, usiadł tylko i, mrużąc oczy ze szczęścia, cicho zamiauczał: Wróciłem!.





