Spotykałam się z mężczyzną (54 lata) przez półtora roku. Mówił: „jesteś moją rodziną”. Trafiłam do szpitala na trzy tygodnie — ani razu mnie nie odwiedził

Spotykałam się z mężczyzną (54 lata) przez półtora roku. Mówił: jesteś moją rodziną. Trafiłam do szpitala na trzy tygodnie on nie pojawił się ani razu.

Mam czterdzieści osiem lat, a Piotr ma pięćdziesiąt cztery. Poznaliśmy się na portalu randkowym. Wszystko zaczęło się całkiem bajkowo: pierwsza randka w małej warszawskiej kawiarni, a już na trzecim spotkaniu przywiózł mi na urodziny zamówiony tort. Na torcie widniał napis: Bogumile od człowieka, który się cieszy, że się urodziłaś. Znaliśmy się wtedy raptem trzy tygodnie.

Piotr sprawiał wrażenie człowieka szczodrego, ale bez ostentacji. Potrafił przynieść kwiaty bez okazji; zaproponować wypad za miasto na mazury, żeby oderwać się od codzienności. Raz naprawił mi kran w łazience, a później pokrył koszt remontu w mieszkaniu mojej mamy. Miał własny serwis naprawczy, mieszkał sam.

Ty jesteś moją rodziną, Boguś powiedział kiedyś, gdzieś w ósmym miesiącu naszej znajomości. Mam dorosłego syna, była żona mieszka pod Białymstokiem, dawno się rozeszliśmy. A ty ty jesteś już wszystkim, co mam.

Uwierzyłam mu. No bo jak tu nie uwierzyć facetowi, który nie tylko mówi miłe rzeczy, ale też przywozi torty z wyznaniami i ochoczo zabiera się za naprawę cieknącego kranu?

Trzy tygodnie ciszy: jak brzmi zdrada bez ani jednej awantury?
Jak trafiłam do szpitala, przez pierwszy tydzień nawet się nie obraziłam. Przecież ma firmę, robotę, ciągle nowe zlecenia. W drugim tygodniu zaczęłam się niepokoić. A w trzecim dotarło do mnie: on nie przyjedzie. No po prostu nie przyjedzie.

W mojej sali leżała pani Helena, siedemdziesięciolatka. Co sobotę jej mąż przynosił jej bukiet kwiatów. Któregoś dnia zapytała mnie:
Bogusia, a kiedy przyjdzie twój narzeczony? Ani razu go tutaj nie widziałam.

Ma dużo pracy odburknęłam.

Spojrzała nade mną ponad okularami i powiedziała cicho:

Każdy ma pracę, kochana. Mój Stasio też. Ale i tak jedzie przez pół Krakowa trzy tramwaje przesiadki z bolącymi plecami… bo po prostu nie jest w stanie nie przyjechać. Rozumiesz? Nie chce po prostu nie jest w stanie nie przyjechać. Jak mężczyzna może nie przyjechać, to znaczy, że równie dobrze może nie zostać.

Ta fraza została ze mną na długo. Trafniejsza niż niejedna rada terapeuty.

Wypisano mnie w środę. Wieczorem zadzwonił Piotr.
Bogusia, już cię wypuścili? To co, wpadnę w sobotę, posiedzimy.

W sobotę. Za trzy dni. Dopiero co wyszłam po operacji, a on gada jakby o wyjściu do kina.

Nie, Piotr. Dzisiaj.

Przyjechał po dwóch godzinach z kwiatami, siatką owoców i miną jak zbity pies. Usiadł w kuchni. Od razu przeszłam do sedna:
Piotr, dlaczego ani razu nie przyjechałeś?

Przecież dzwoniłem codziennie.

No dzwoniłeś. Ale przyjechać nie. Trzy tygodnie. Dwadzieścia jeden dni. Miałam operację, szwy, gorączkę prawie czterdzieści. Siedziałam na szpitalnym betonie i czekałam. Ty dzwoniłeś wieczorem i pytałeś: I jak tam?

Naprawdę planowałem przyjechać. Ale w pracy miałem totalny sajgon: dwa duże zamówienia, pracownik się zwolnił, robiłem za trzech. Nie miałem kiedy.

Przez trzy tygodnie? Ani godzinki? Szpital czynny do ósmej. To czterdzieści minut autem. Jeden jedyny godzinny w dwadzieścia jeden dni nie znalazłeś?

Boguś, nie zrozumiesz nawet, co się ze mną działo. Martwiłem się o ciebie, serio. Ale majsterkowanie musiało lecieć.

Nie mogłeś… czy po prostu nie chciało ci się?

Zapadła cisza. I w tej dziurze między słowami zobaczyłam całą prawdę, której nie chciałam wiedzieć przez te półtora roku: dla Piotra przeżywam i jestem obok to dwa różne sporty. A to pierwsze doskonale zastępuje mu to drugie.

Wiesz, Boguś, powiedział w końcu ja po prostu nie umiem w szpitale. Nie potrafię siedzieć przy łóżku, patrzeć na kroplówki i blade twarze. Trzęsie mnie od tego. Mama zmarła mi w szpitalu, a potem przez trzy lata omijałem kliniki szerokim łukiem. Jak zadzwoniłaś i powiedziałaś, gdzie wylądowałaś chciałem przyjechać. Ale zawsze coś mną ściskało, odkładałem na jutro, potem na pojutrze I tak dni zamieniły się w tygodnie.

I to jest to zdanie, które paraliżuje dłonie. Nie nie chciałem. Nie nie kocham. Nie nie miałem czasu. Tylko nie umiem być obok, gdy jest źle.

Piotr powiedziałam powoli. Półtora roku jesteś ze mną, gdy jest dobrze. Kawa, torty, spacery po lesie w Otwocku. Pomoc przy remoncie mamy, naprawy, żarty i foty na fejsa. Gdy byłam zdrowa i śmiałam się jak głupia do sera, byłeś idealny. Ale kiedy zrobiło się źle serio źle nie było cię. Dzwoniłeś, ale telefon to nie człowiek. Przeżywać na odległość nie znaczy być obok.

Wiem, że zawaliłem.

Nie jesteś winny, Piotr. Taki po prostu jesteś. I to jest nawet gorsze niż wina, bo z winą można coś zrobić. Z charakterem nie bardzo.

Bukiet od męża nie-swojego i decyzja, która dojrzała przy szpitalnym oknie
Tamtego wieczora pojechał. A ja siedziałam w kuchni, sączyłam herbatę i przypominałam sobie panią Helenę oraz Stasia z trzema tramwajami i plecami, które ledwo pozwalały mu wstać z łóżka. On nie wygłaszał patetycznych deklaracji w stylu jesteś moją rodziną. On po prostu przyjeżdżał. Bo dla niego nie dało się inaczej.

Dla Piotra się dało. Dwadzieścia jeden dni z rzędu to było wykonalne. I w tym jednym słowie da się było wszystko, co muszę wiedzieć o naszym półtorarocznym romansie.

Tydzień później przyszedł od Piotra długi SMS. Były przeprosiny, obietnice, wyznania miłości. Pisał, że ogarnął go strach. Przeczytałam do końca i po raz pierwszy nie poczułam ani odrobiny ciepła.

Bo słowa bez czynów są jak tapeta bez ściany ładnie wygląda, ale mieszkać się w tym nie da.

Nie odpisałam. Nie z żalu i nie z potrzeby zemsty. Po prostu wreszcie zrozumiałam. Potrzeba mi faceta, który przyjedzie. Nie takiego, co zadzwoni o ósmej wieczorem z rutynowym co u ciebie?. Takiego, co wejdzie na salę z siatką pomarańczy. Faceta, który nie tylko przeżywa, ale dla którego nieprzyjechanie jest niewyobrażalne.

Blizna powoli się zagoiła. Mama mówi, że nawet lepiej wyglądam niż przed operacją. Może to dlatego, że za jednym razem pozbyłam się nie tylko tego, co niepotrzebne w brzuchu.

I tak na koniec mam pytanie, które pewnie niejedną z nas dręczy.

Dziewczyny: zdarzyło się wam, że facet przeżywał przez telefon, ale nie przyjechał, gdy naprawdę trzeba było? Dałyście radę to wybaczyć, czy podziękowałyście mu za współpracę?

Panowie: bądźcie szczerzy jesteście z tych, co nie da się nie przyjechać, czy raczej wybieracie przewijanie listy kontaktów niż przewijanie dróg do szpitala?

Nie umiem być obok, gdy jest źle to jeszcze tłumaczenie, czy już wyrok dla związku?

Oceń artykuł

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

17 + 10 =

Spotykałam się z mężczyzną (54 lata) przez półtora roku. Mówił: „jesteś moją rodziną”. Trafiłam do szpitala na trzy tygodnie — ani razu mnie nie odwiedził