Bydgoszcz, ulica Gdańska, sala numer siedem, luty tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego ósmego roku.
Kreda skrzypiała o tablicę, kiedy pani Zdzisława dopisywała ostatnią cyfrę zadania. Odłożyła kredę na rynienkę, otrzepała palce i powiedziała: "Kamil, do tablicy".
Chłopiec wstał. Krzesło zaszurało o podłogę głośniej, niż powinno, bo wstał za szybko. Podszedł, wziął kredę z rynienki — była już krótka, ledwie starczało jej między palcami — i stanął przodem do klasy.
Zadanie brzmiało: siedem razy dziewięć.
Otworzył usta. Nic.
Ktoś za nim zaszurał zeszytem. Ktoś inny wstrzymał oddech tak wyraźnie, że było go słychać w drugim rzędzie. Zegar nad drzwiami tykał — Kamil zaczął liczyć te tyknięcia, bo to było łatwiejsze niż liczenie sekund wprost. Jeden. Dwa. Trzy. Kreda w jego dłoni zostawiła białą smugę na mankiecie swetra, bo palce zacisnęły się na niej za mocno. Siedem. Osiem. Dziewięć.
Ktoś z ostatniej ławki kaszlnął — może naprawdę się zakrztusił, może chciał zapełnić tę ciszę czymkolwiek. Piętnaście. Szesnaście.
Usta Kamila drgnęły. Nic nie wyszło. Poczuł, jak coś napina mu się w gardle, jakby słowo utknęło fizycznie, jak korek w butelce potrząśniętej za mocno.
Dwadzieścia trzy. Dwadzieścia cztery.
Pani Zdzisława nie ponaglała. Stała z rękami splecionymi na brzuchu i patrzyła w okno, jakby dawała mu ten czas w prezencie, którego nie wolno było zauważyć na głos.
Dwadzieścia siedem.
"Sześćdziesiąt trzy" — powiedział Kamil, cicho, ale wyraźnie.
Nikt się nie roześmiał. Nikt nawet nie odetchnął z ulgą zbyt głośno — jakby całą klasą nauczyli się już, że hałas po tej ciszy byłby czymś nieprzyzwoitym. Kamil odłożył kredę na rynienkę i wrócił do ławki, a koleżanka z sąsiedniego rzędu, nie patrząc na niego, przesunęła mu bliżej piórnik, który zsunął się na brzeg blatu. Taki gest, bez słowa, jakby chciała powiedzieć: dobra robota, siadaj.
*
Piętnaście lat później, w akademiku przy Politechnice Wrocławskiej, ktoś walił pięścią w drzwi pokoju numer sto dwanaście.
— Wardęga, ruszaj się, próba za dwadzieścia minut!
Kamil siedział nad skryptem z automatyki, z ołówkiem wsuniętym za ucho, i nie miał zamiaru nigdzie iść.
— Nie idę. Powiedziałem ci wczoraj.
— Nikt nie każe ci gadać. Stoisz z boku, robisz miny, koniec kariery aktorskiej. Reżyserka potrzebuje kogoś do sceny w kolejce po chleb, tam nawet kwestii nie ma.
Kamil odłożył ołówek. Nie musiał nic mówić — w tym cała rzecz.
Na scenie klubu "Pod Kalamburem" stał w kolejce razem z czterema innymi studentami, trzymając w rękach pustą siatkę na zakupy. Scena polegała na tym, że kolejka się przesuwała, a on wciąż nie mógł podejść do lady, bo siatka zaczepiała mu się o but sąsiada, potem o poręcz, potem sam sobie nadepnął na sznurowadło. Nie powiedział ani słowa przez całą scenę. Widownia zaczęła chichotać już przy drugim potknięciu, a kiedy w końcu dotarł do lady i siatka rozerwała mu się w rękach, sala śmiała się tak, że reżyserka z boku sceny musiała zasłonić usta dłonią, żeby nie zagłuszyć aktorów.
Po próbie podeszła do niego z notatnikiem.
— Skąd ty to wziąłeś? Ten timing z sznurowadłem?
Kamil wzruszył ramionami.
— Nie wiedziałem, co powiedzieć. To znaczy — wiedziałem, ale nie chciałem ryzykować, że utknę w połowie zdania na scenie. Więc pomyślałem, co mogę zrobić rękami zamiast tego.
Reżyserka zapisała coś w notatniku i nie pytała dalej.
*
Redakcja telewizji we Wrocławiu, styczeń tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku, siedemnasta czterdzieści pięć.
Telefon na biurku sekretarki zadzwonił, kiedy większość ludzi już wychodziła z płaszczami przewieszonymi przez rękę.
— Telewizja Wrocław, słucham.
Cisza po drugiej stronie trwała chwilę, po czym kobiecy głos zapytał, czy to prawda, że ten mężczyzna w musztardowej marynarce, co nic nie mówi, ma jeszcze jakiś odcinek, bo syn płakał, że się skończyło.
Sekretarka zakryła słuchawkę dłonią i krzyknęła w stronę korytarza:
— Ryszard! Ktoś dzwoni w sprawie tego skeczu z teczką!
Telefon zadzwonił znowu, zanim zdążyła odłożyć słuchawkę. Potem jeszcze raz. Reżyser Ryszard Podleś stanął w drzwiach swojego gabinetu z filiżanką w ręku i patrzył, jak trzecia linia zaczyna migać.
— To był przerywnik między filmem a wiadomościami — powiedział do nikogo konkretnego. — Miał kosztować grosze i zniknąć.
Sekretarka zasłoniła mikrofon dłonią po raz kolejny.
— Teraz dzwonią z Poznania.
*
Wrocław, przedmieścia, dzisiaj.
W osiedlowym sklepiku spożywczym mężczyzna w wełnianym płaszczu podszedł do lady z bochenkiem chleba i kartonem mleka. Ekspedientka, młoda, nowa, nie znała go z widzenia.
— Dzień do… — zaciął się, usta drgnęły, powietrze uwięzło mu w gardle na moment, który dla niej pewnie nie znaczył nic, a dla niego był starym, dobrze znanym korytarzem. — Dzień dobry.
Odliczył monety z portfela co do grosza, powoli, jedną po drugiej kładąc je na ladzie. Ekspedientka przesunęła mu bilon bliżej krawędzi, żeby łatwiej było go zgarnąć do dłoni, i podała chleb. Mężczyzna skinął głową, wziął siatkę i wyszedł, a dzwonek nad drzwiami zadźwięczał za nim tak, jak dzwoni za każdym innym klientem tego popołudnia.






